Ci genialni Lehmanowie
Sezon teatralny ma się ku końcowi i zaczyna przypominać finisz emocjonującej gonitwy na wyścigach konnych. Sypnęło znakomitymi premierami, a stołeczny Widz może w nich przebierać i wybierać niczym gracz w koniach prezentujących się na padoku. Postawić na „Iwonę księżniczkę Burgunda” w Ateneum? Pójść w stronę „Hamleta” w Powszechnym? A może na „Muszenie” z Dramatycznego.? Na dodatek zza pleców tej wyśmienitej stawki wyskakuje Teatr Współczesny i „Bracia Lehman” w reżyserii Oskara Winiarskiego. A publiczność wstaje do oklasków!
Mamy do czynienia z widowiskiem kompletnym. A może raczej totalnym? Winiarski udowadnia, że teatr nie wymaga wielkiej sceny, nagromadzenia na niej rekwizytów. Feerii świateł i skomplikowanej zabudowy. Nie potrzebuje batalionu aktorów i kuszących oczy projekcji rodem ze świata sztuczno-komputerowego. Wystarczy mała scena, dobrze dobrane oświetlenie, wysmakowane animacje. Do budowy drewno i tkanina. Do takiego świata reżyser wprowadza trzech Aktorów. Świetnie kreujących role, bawiących się swoimi postaciami. Balansujących na nitkach emocji z gracją linoskoczków.
Trzech facetów opowiada historię kapitalizmu. Od powstania, poprzez rozkwit fazy początkowej, upadki, tryumfy i krachy. Aż do dnia, w którym uderzył ten świat o ziemię z siłą tak wielką, że do tej pory pamiętamy wstrząs. Bracia Lehman przybywają do Ameryki w połowie dziewiętnastego wieku. Kolejno, w kilkuletnich odstępach. Śledzimy ich przygody, można rzec ponowne narodziny w Nowym Świecie. Zaczynają śnić swój amerykański sen. Mozolnie kładą podwaliny. Zbierają pierwsze owoce. Inwestują. A sen trwa. Zmienia się. Proroczy, koszmarny - symboliczny na pewno bo wracający w spektaklu kilkukrotnie u progu najważniejszych decyzji biznesowych, jakie przed Lehmanami stoją. Całe ich życie przecież to jeden wielki sen, który się wydarzył na jawie. Unosi ich wciąż wyżej i wyżej na fali prostych, genialnych pomysłów wyprzedzających epokę starego, murszejącego dziewiętnastowiecznego porządku świata. Lehmanowie kontra historia USA. Chociaż bardziej pasowałoby zdanie: Lehmanowie tworzący historię USA. Odbudowują Stany Zjednoczone z pożogi wojny secesyjnej. Wymyślają podstawy nowoczesnej bankowości. Ustanawiają jej prawa i pojęcia, którymi operujemy do dzisiaj. Wymyślają fikcję pieniądza inwestycyjnego.
Nie będę opisywać ich losów. Stefano Massini, autor „Braci Lehman” zrobił to perfekcyjnie. Nieco ponad dwie i pół godziny spektaklu, od którego trudno oderwać oczy. Ogląda się go jak wartki, dynamiczny thriller oparty na faktach. Wszystko za sprawą trzech Panów Aktorów - Przemysława Kowalskiego, Mateusza Króla i Szymona Roszaka. Tempo, jakie narzucają jest wprost fenomenalne. Precyzja w przekazywaniu dominanty przypomina mistrzowską sztafetę sprinterów. Mateusz Król i Przemysław Kowalski przeistaczają się w postaci kobiece, wyskakują z nich, aby swobodnie balansować między pokoleniami Lehmanów budujących rodowa potęgę. Szymon Roszak zadziwia charyzmą i siłą swoich postaci. Od tych, które są „ramieniem” rodziny, poprzez lidera politycznej sceny, dziecko, aż do rekina finansjery nowych czasów. To się wprost kapitalnie ogląda. Dość powiedzieć, że od samego początku i ja i pytani przeze mnie Widzowie mieli to samo odczucie. Co chwilę, w zasadzie wraz z każdą kolejną sceną, myśliliśmy: O! Tu już osiągnęli szczyt możliwości! To jest kulminacja widowiska. A oni spokojnie wskakiwali w kolejną i znowu z radością konstatowaliśmy, że jest jeszcze lepsza od poprzedniej. I tak… przez cały spektakl!
Kłaniam się nisko Panu Scenografowi, Markowi Idzikowskiemu. Co za projekt! Przyglądałem się nie wierząc własnym oczom, ile można zakląć treści w prostych, drewnianych ramach przypominających ościeżnice. A rozpięty między krańcami sceny sznur linoskoczka? I najważniejsze dla mnie z punktu widzenia tej kapitalnej scenografii wykorzystanie prostej, białej tkaniny. Wystarczy wyobraźnia scenografa-artysty i bez kłopotu wielkie jej pasma przenoszą widza do dziewiętnastowiecznej przędzalni bawełny, zabierają do świata finansjery lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, albo pozwalają śledzić konkury Emanuela Lehmana podbijającego Nowy Jork. Światła, które z tą scenografią tworzą wspaniałe widowisko to także, podobnie jak kostiumy, dzieło Marka Idzikowskiego. Kompletne, fantastyczne, zaskakujące. No i to wszystko na Scenie w Baraku, o której powiedzieć można wiele dobrego, ale nie to, że jej usytuowanie i powierzchnia ułatwiają zbudowanie czegokolwiek.
„Bracia Lehman” są wreszcie znakomicie skonstruowanym utworem. Opartym o najprostszy schemat teatralny - porządkującą rozwój wydarzeń chronologię. Daje to reżyserowi pole do inscenizacyjnych i interpretacyjnych popisów. Wyrastają „Bracia…” poza zwykłą historię o triumwiracie braterskim który dzięki zręcznym, odważnym decyzjom podporządkowuje sobie świat finansów na ponad sto lat. „Bracia Lehman” to historia o tym, jak zrodziła się marka, wymykająca się rodzinnej kontroli, regułom i etyce opartej na wielowiekowej, kulturowej tradycji. I zarazem jak ta marka upadła. Nagle, niespodziewanie, zderzając się z prawdą o sobie. Swojej starannie zbudowanej fikcji. Pustce. Czy za katastrofą stało właśnie odejście od ustalonych, sprawiedliwych reguł? Przecież Lehmanowie od początku, ktoś po kroku stwarzali American Dream oparty o slogany za którymi w pewnym
momencie przestało nadążać realne, finansowe pokrycie.
Jest tu mnóstwo inteligentnie i subtelnie wplecionych symboli. Scen które do ich rangi wyrastają. Moim zdaniem tym najważniejszym, aktorsko i literacko doskonałym, momentem jest scena „czarnego czwartku” z 1929 roku. Gdy imperium Lehmanów zatrzęsło się, dookoła upadały inne. A oni trwali. Mimo odbierających sobie życie maklerów, próśb o kredyty. Trwali bezwzględni, skupieni na realizacji strategii. Wygrali. Obronili „Lehman Brothers”. Wyszli z opresji silniejsi niż kiedykolwiek. Ale - to moje subiektywne zdanie. Jak już napisałem, każda scena tego widowiska jest na swój sposób kulminacją. A zarazem preludium przed kolejną, która także wygląda na najważniejszą a przecież czyni tylko drogę następnej. Tak jakbyśmy lekko, bez wysiłku wskakiwali stopień po stopniu pnąc się w górę po schodach. Aż do końca. Upadku imperium Lehman Brothers. I ostatniego w widowisku Winiarskiego symbolu. Kadisz odprawianego nad trupem nie kolejnego brata. Nad śmiercią świata konsumpcjonizmu. Pogoni za dobrami zbytecznymi, nabywanymi za fikcyjne pieniądze. Modlitwy za spokój duszy ogólnoludzkiej iluzji.
Sugeruję szybko łapać bilety. Scena w Baraku nie ma dużej widowni. A nie zobaczenie „Braci Lehman” byłoby niepowetowaną stratą. Dynamiczne, pełne humoru i refleksji, kompletne pod każdym względem widowisko. Must see po prostu.
OBSADA:
TWÓRCY:

Komentarze
Prześlij komentarz