A przecież mi żal...
W oryginale „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej zaczyna się od prologu Mandragory. Niepokojąco profetyczne słowa zjawy („Ja jestem synteza ludzkich dusz”) stanowią kontrapunkt, albo punkt wyjścia dla inscenizatorów. Bo tekst Zapolskiej to nie licha komedia ku uciesze gąb rozwartych w radosnym rechocie. Pobrzmiewa tu głos tołstojowskiej Anny Kareniny, można szukać dzwonów wiktoriańskich „Opowieści Wigilijnych” Dickensa. Oczywiście, jest także wartki dialog. Postaci znacznie bardziej rozbudowane, niż u Michała Bałuckiego ale i Jego krople atramentu spadły moim zdaniem na kartki zapisywane przez Zapolską. Śmiech przez łzy. A może łzy podszyte śmiechem? Dowolnie. Na pewno jednak „Ich czworo” to coś więcej niż tylko zabawka. Co ocalało z pierwowzoru po przeniesieniu tekstu na współczesną scenę warszawskiego Teatru Komedia? „Ich czworo” właśnie miało swój premierowy wieczór. Reżyseruje Marek Kalita.
Gdy kurtyna w Komedii idzie w górę można mieć, przyjemne skądinąd, skojarzenie z wyjętą prosto z któregoś tomu przygód Harry’ego Pottera komnatą Hogwartu. Ciemno, punktowe światła. Podobny podkład muzyczny. I Mandragora (Maksymilian Termin) w kostiumie i z atrybutami kojarzącymi się z magią. Zręcznie operując świetlistą kulą - symbolem życia? Spiritus movens widowiska? - podaje tekst. Nie jest to jednak monolog z oryginału. Tekst zmieniono i uproszczono. Dodano mu czarodziejskie zaklęcie, bez którego wejście w świat spektaklu, zwany grą, ma nie być możliwe. Gra. Słusznie. „Ich czworo” to swoisty zapis gry. Perfidnej rozgrywki dorosłych głupców wokół dziecięcego losu, jakimś złym zrządzeniem złożonego w ich rękach. Zaskakująco to współczesne, prawdziwe. Smutno jest konstatować, że honor, uczciwość, prawda - umarły już w 1907 roku. Wtedy tekst powstał.
Ten zbudowany na scenie Komedii nastrój baśni wciąga. Czaruje. Chciałoby się w nim pozostać. Popatrzyć, jak odnajdą się tu postaci „tragedii ludzi głupich”. Bo tak Zapolska swój utwór opisała. Nie „komedia”. Nie „tragikomedia”. Tragedia. I tu musimy się rozejść. Ja i wizja Reżysera. Ale zrobimy to w pełnym szacunku, zrozumieniu intencji. Ja - pójdę w kierunku tragedii. Głupcy swoją małością i podłościami rujnują świat dziecka. Zamieniając je w bezwolną lalkę uprzedmiotawiają. Pozbawiają radości. Stawiają w obliczu konformizmu, kłamstwa i porzucenia. Tu szukałbym istoty całej intrygi. Złotej żyły, która poprowadziłaby widzów przez smutny, refleksyjny obraz ruin rodziny w obliczu zdrady. Marek Kalita poszedł inną ścieżką. Jego „Ich czworo” jest komediowe. Postawił na przeniesienie dialogów w tych scenach które w pierwowzorze miały rzeczywiście śmieszyć. Usunął to co budowało tragiczny nastrój. Zaproponowane przezeń postaci bawią. Skrzętnie ukrył przed widzami ich podłość.
Oglądamy śmieszne perypetie fatalnie skojarzonego małżeństwa zamkniętego w sobie intelektualisty (Mąż, grany przez Mariusza Zaniewskiego) z niezbyt mądrą, ale uzbrojoną w cięty język, przebojową Żoną (Aleksandra Popławska). Ta ostatnia ma Kochanka (Kamil Szeptycki). Ten zaś, w wersji Marka Kality, jest zabawnym lowelasem żyjącym z oszustw i kredytów oraz wykorzystywania zapatrzonej w niego Wdowy (Renata Dancewicz). Mąż i Żona mają córeczkę. Lusia (Zosia Orłowska/Nina Różewska) stara się być spoiwem pękającej od słów i złośliwości rodziny.
Można powiedzieć, że Kalita eksponuje to, co Zapolska podpatrzyła u Bałuckiego. Zabawne dialogi, komedyjkę będącą satyrą na hipokryzję mieszczan przełomu dziewiętnastego i dwudziestego stulecia. Aktorzy grają w tę jego grę aż miło, widzowie śmieją się serdecznie. Jak na Teatr Komedia przystało. Ale czy to naprawdę wszystko? W wartkim, co z satysfakcją odnotowuję, spektaklu ginie pierwotny zamysł. Pokazania bohaterów „Ich czworo” jako postaci tragicznych. Egoistycznych. Kochanek nie ma w sobie pierwiastka bezwzględnego gracza z życiem. Oszusta, wykorzystującego wszystkich i wszystko. Żona, poza pustką intelektualną, została pozbawiona podłości która u Zapolskiej prowadzi do
kulminacyjnego momentu. Pozostawienia własnego dziecka w dorożce i oddania się ramionom Kochanka. A potem zupełnego o nim zapomnienia i ratowania za wszelką cenę bezpiecznego, małżeńskiego status quo. To w zasadzie nie wybrzmiewa. Umyka widzowi, zapatrzonemu w zabawną scenę reanimacji Męża, który omdlewa podczas inspekcji mieszkania Kochanka. Nie brzmi czystym dźwiękiem złamane słowo honoru, którym szafuje Kochanek chcąc ukryć swój romans. Wspaniale napisana i dramatyczna moim zdaniem scena, w której Dziecko tylko dzięki dobroci wiecznie wykorzystywanej Wdowy ma szansę na powrót do domu - także jest potraktowana po macoszemu.
Pokażę to Państwu na przykładzie. Weźmy fragment, bardzo moim zdaniem ważny dla zrozumienia tragicznego wydźwięku tekstu Zapolskiej. Dziecko wraca do domu z Wigilii u babci, matki Męża. W domu wpada na Żonę, czyli swoją mamę. Ta jest świeżo po schadzce z Kochankiem. Rozedrgana, rozemocjonowana. Odbywa się między nimi taki dialog:
Żona oświetlając się czerwoną lampą – włosy rozwichrzone, kołnierzyk u szyi odpięty. Wszedłszy roześmiana i rozbawiona spotyka się ze wzrokiem Dziecka, które od okna się odwróciło na stuk drzwi i patrzy na nią w milczeniu szeroko rozwartymi oczami...
ŻONA
Jesteś?
Dziecko milczy
Czego się tak na mnie patrzysz? no... czego?
Dziecko milczy
Nie znasz mnie?...
Chce zbliżyć się do Dziecka. Dziecko instynktownie wyciąga ręce i zasłania się
Co ci?
DZIECKO
z krzykiem
Nie rusz!
Żona mimo woli cofa się
ŻONA
Oszalałaś? Chcesz rózgą?...
Dziecko milczy; Żona zmieszana przechodzi się po pokoju, podchodzi do Dziecka
Chora jesteś?
DZIECKO
Nie... tylko... tak... coś we mnie... Taka mamcia była inna... ja mamci nie poznałam...
ŻONA
coraz więcej zmieszana
No już dobrze... dobrze...
Idzie do lustra, poprawia kołnierzyk i włosy
Chwila milczenia
Cóż tam u babci?
DZIECKO
Śmieją się... tańczą... bawią...
Ważne. Pełne napięcia. Dziecięcej podejrzliwości. Dorosłej przemocy. U Kality zostało z tego niewiele. Lusia wchodzi, mama się uśmiecha. Lusia mówi, że mama ładnie wygląda. Mama się uśmiecha i pyta co słychać u babci. Lusia odpowiada, że się śmieją, tańczą i bawią. Szlus. A gdzie dziecięce przerażenie? Może właśnie rodzące się podejrzenie, że w domu stało się cos ważnego? Coś, po czym nic nie będzie już takim, jak było do tej pory? Szkoda. Wycięcie całej psychologicznej podszewki z „Ich czworo” dla mnie ociera się o kastrację utworu.
Jak już napisałem, nasze drogi z Reżyserem się rozeszły. Doceniam i szanuję Jego pomysł na to aby pokazać „Ich czworo” jako lekką komedię, z zamiarem ewentualnym tu i tam przylepienia czegoś quasi tragicznego. Powstał spektakl lekki, przyjemnie się oglądający. Może chwilami, przynajmniej dla mnie, zbyt rozwlekły. Ale to bardziej pojedyncze minuty, niż nawet kwadrans do ewentualnego podcięcia. Myślę, że publiczność Teatru Komedia tę wizję doceni i polubi. Ale brakowało mi drugiego dna. Tego, co Zapolska w tekście wyraźnie zapisała. Męczarni źle dobranych małżonków. Bezwzględności, żerujących na rozpadzie ich związku, ludzkich hien. A przede wszystkim tragedii szarpanego emocjami, popychanego i przekazywanego sobie jak przedmiot Dziecka. Wyszedłem z niedosytem. Ale, jak często powtarzam, nie jestem wielkim miłośnikiem lekkich spektakli. Pozostanę zatem tym widzem, który „Ich czworo” Marka Kality oklaskiwał, ale do owacji nie wstał.
Najmocniejszym, moim zdaniem, punktem tej inscenizacji jest scenografia. Marcin Chlanda uwolnił „Ich czworo” z łańcucha przynależności do określonych czasów. Epoki. Wprowadzając elementy eklektyczne, umiejętnie mieszając style, dodając nieźle wykoncypowane projekcje wideo, dał spektaklowi wartość ponadczasową. To może dziać się dzisiaj, mogło wydarzyć się sto lat temu. Ale może także przytrafić się za kilkanaście lat. A pomysł jest prosty: Surowy, pozbawiony ozdób stół. Szezlong. Kilka krzeseł. Niby nic, gdy się o tym czyta. A cały projekt spójny, charakterystyczny i zarazem uniwersalny.
Żal mi. Zapolskiej, literatury. Żal mi niezłego tekstu, który po adaptacji stracił swój pazur. Stał się jednowymiarowy. Nagi. Śmieszny. Brakuje postaciom głębi. „Ich czworo” zostało spłycone. Nie ma tragicznej wymowy. Nie budzi takich emocji, jakie budzić mogło. Jest śmiech. A miało być tak:
I cóż? na pozór nic?... trywialne, głupie nic. Tragedie? jakież? gdzie? Nie umarł przecież nikt!
Nie pogrążono wielkiej idei żadnej w grób, z przeznaczeniami nikt – nie wiódł herosów bój...
A przecież z duszy mej – wyrwano krwawy szmat. – Bo w błoto poszło dwoje – trzeci nie
uniknie szpon – a oto czwarte cierpi, cichutko, smutno łka – a potem łańcuch cały starganych
istnień, mąk... szantaży... życia na wiarę... ciskania hańby w twarz!... (Mandragora - monolog finałowy „Ich czworo”).
Ale - nie było…
Gdyby nie świetny popis taneczny Lusi, w spektaklu premierowym Zosi Orłowskiej, zakończenie kompletnie by nie wybrzmiało. Dzięki Zosi, jej popisowemu układowi tanecznemu, zostajemy z przesłaniem. Oto Dziecko. Porzucone, potraktowane jak przedmiot, okłamane i zlekceważone. Rusza w tańcu oskarżenia. Już nie jest sztywną, porcelanową lalką, poddającą się woli dorosłych. Nabiera treści. Kształtu. Człowieczeństwa. Wyzwolone z kokonu podłości, odzyskuje barwy dzieciństwa. Zniszczoną radość małego świata, który powinien być bezpieczny, dbały, serdeczny i sprawiedliwy. Za ten taniec, Zosiu, bardzo Ci dziękuję. Dzięki niemu moim zdaniem uratowałaś część przesłania Gabrieli Zapolskiej i jej „Ich czworga”. W dużej mierze uratowałaś ten spektakl dla takich smutasów jak ja. Życzę Ci kolejnych wspaniałych popisów na scenie. Brawo!
Ich czworo
Autorka tekstu: Gabriela Zapolska
Reżyseria: Marek Kalita
Scenografia i projekcje: Marcin Chlanda
Kostiumy: Zuzanna Markiewicz
Muzyka: Maciej Bieniawski
Choreografia: Ewelina Adamska- Porczyk
Reżyseria światła: Marek Klepczarek
Konsultacje iluzjonistyczne: Wojciech Rotowski
Występują: Aleksandra Popławska – Żona, Mariusz Zaniewski – Mąż, Kamil Szeptycki – Kochanek, Joanna Balasz – Krawcowa, Renata Dancewicz – Wdowa, Maksymilian Termin – Mandragora oraz Zosia Orłowska i Nina Różewska – Dziecko


Komentarze
Prześlij komentarz