Telefon z przesłaniem w tle
Teatr Kwadrat lubi spektakle niby zabawne a zarazem z pewnym zacięciem w kierunku refleksji. Poszukuje tego typu komedii na potrzeby swojej Dużej Sceny. Ich najnowsza premiera „Każdy twój telefon” jest próbą pozostania w tym nurcie. Czy jednak reżyserującemu widowisko Michałowi Staszczakowi udało się stworzyć coś błyskotliwie zabawnego na bazie tekstu Jarosława Sokoła? Popatrzmy uważnie.
To komedia. Czarna komedia. W żadnym razie farsa. Postaci są na to zbyt statyczne, za bardzo osadzone w poukładanej jak doskonale do siebie pasujące klocki fabule. Nie ma tu wariactwa, gwałtownych zwrotów akcji. Jest konsekwencja następujących po sobie sekwencji scen. Historia rozwija się powoli, interesuje ale nie porywa od pierwszej chwili jak wartki strumień. To może nużyć. Szczególnie pierwszy, ponad pięćdziesięciominutowy akt, sprawiał momentami wrażenie zbyt oczywistego. Wszystko tu było dosłowne. Drugi jest zupełnie inny. O ile początek spektaklu to śmieszne potyczki słowne i sytuacyjne żarty, broń Boże nie gagi, o tyle drugi przyciąga uwagę niepokojącymi niewiadomymi, jakie nagle pojawiają się pomiędzy wydawać by się mogło już określonymi i sformatowanymi postaciami. Zaczyna tu pachnieć kryminałem, opartym na znanym modelu „morderca jest wśród nas”. Wprawdzie nie o morderstwo chodzi, a o osobę będącą utajonym obcym ciałem w grupie, ale jej członkowie zaczynają prowadzić prywatne dochodzenie, jak z opowieści Agaty Christie.
Finał „Każdego twojego telefonu”, powiedzmy wprost, nie jest pomysłem w komediach - nawet tych granych obecnie w Polsce - niczym nowym. A jednak zaskakuje lekkością i kreacją. Można powiedzieć - wynagradza ten czas w którym widz zastanawia się czy ta i kolejne sceny są doprawdy tutaj konieczne. Na końcu, gdy poznajemy rozwiązanie, okazuje się że są. Wszystkie wątki zostają zaplecione w jeden solidny sznur. I zakończenie rzeczywiście jest warte wieczoru. Zupełna zmiana narracji i pełne zaskoczenie warte zobaczenia. Chociaż, powiedzmy to sobie wyraźnie, zakończenie jest tak znamienne i zapadające w pamięć, że nie spodziewałbym się widzów chętnych przeżyć te emocje raz jeszcze. Byłoby to jak czytanie kryminału, w którym od początku jest jasne kto zabił.
Zapytają Państwo: O czym to do cholery jest??? A ja spieszę z odpowiedzią. Pięcioro bohaterów komedii trafia do kliniki leczenia uzależnień. Wszyscy tkwią w szponach swoich telefonów, a sieć dla nich oznacza pajęczynę oplatającą ich myśli i nie pozwalającą na życie bez cyfrowej smyczy. Czy konika ich wyleczy? Czy wyjdą z niej bez paskudnego nałogu komórkowego? Gdybym się tutaj nie zatrzymał, nie darowałbym sobie zepsucia Państwu przyjemności oglądania tego, co na scenie. No i oczywiście zakończenia. Klinika okazuje się miejscem wielu znaczeń, losy bohaterów pewnego rodzaju symbolami. I tak aż do końcowego morału.
A kogo na tej scenie spotykamy? Aktorzy grają aż iskry lecą, czyli wydobywają z tekstu wszystko, co tylko się da aby ich spektakl był błyskotliwym zetknięciem współczesnego „zatelefonowanego” widza z rzeczywistością. Uczciwie mówiąc - brakowało mi tu kilku mocnych stricte komediowych scen. Było to zabawne. Wywołujące uśmiech. Ale czy u widzów setów po-premierowych wyciśnie głośniejszy śmiech? Odpowiedź zapewne poznamy za miesiąc, może dłużej gdy „Każdy twój telefon” ruszy podbijać serca warszawskiej widowni. Urocza Ewa Ziętek w roli dobrodusznej choć potrafiącej postawić na swoim byłej głównej księgowej zapewne szybko zaskarbi sobie sympatię publiczności i utoruje do niej drogę pozostałym, także bardzo dobrze zagranym postaciom.
Z ciekawością czekałem na to, jaki będzie kolejny projekt scenografii Wojciecha Stefaniaka. Zdziwił mnie. Spodziewałem się czegoś „kwadratowego”, że się tak wyrażę. Miejsca bardzo realistycznego, funkcjonalnego. Zaczerpniętego z kanonu współczesności. A na scenie jest zupełnie inaczej. Sterylne, czyste wnętrze chłodzi myśli. Jest, jak to u Stefaniaka bywa, do perfekcji funkcjonalne, wyzbyte z niepotrzebnych ozdobników. Białe krzesła, w horyzoncie scenicznym co na kształt wielkiej soczewki, czy obiektywu kamery. Złudzenie głębi potęgują lustra, wbudowane w boki scenografii. zastanawiałem się, czy jej twórca ie przesadził z oszczędnością środków, składając odpowiedzialność za wywołanie u widzów nastroju prawie wyłącznie na pracę świateł, świetnie rozplanowanych przez Macieja Iwańczyka. Nie. Zupełnie nie. Scenografia Stefaniaka staje się zupełnie zrozumiała i oczywista dopiero w sekwencji finałowej. Jest pod jej kątem znakomicie wymyślona i gdy opada mgła tajemnicy ona także dostarcza widzom przyjemnego efektu „Ahaaaaa! o to tu chodziło!”
„Każdy twój telefon” w warszawskim Teatrze Kwadrat to solidna, stabilna propozycja dla widzów ceniących scenę komediową. Jest okazja do uśmiechu, śmiechu. Jest także element zastanowienia i mocno brzmiące przesłanie spektaklu, z którym teatr opuszczamy. Może nie jest to coś, po czym ocieramy zapłakane od wybuchów radości oczy, ale przecież nie każda komedia ma prowadzić do takich wydarzeń. Ta szanuje wieczorne makijaże Pań i nie zmusza Panów do konstatacji, że zapomnieli z domu chusteczek.
Aktorzy
babcia Geena: Ewa Ziętek
Alisha: Aleksandra Radwan
Brat Sebastian/Doktor Schneider: Marcin Piętowski
Craig: Karol Kossakowski
Mark: Patryk Pietrzak
Douglas: Artur Kujawa
Twórcy
Reżyseria i oprawa muzyczna: Michał Staszczak
Scenografia: Wojciech Stefaniak
Kostiumy Zuzanna Markiewicz
Reżyseria świateł: Maciej Iwańczyk
Produkcja: Joanna Wysocka
Asystentka reżysera: Elżbieta Kozak
Wizualizacje multimedialne: Hektor Werios


Komentarze
Prześlij komentarz