Straszne Sanatorium
Obejrzałem retransmitowany finałowy koncert 46 Przeglądu Piosenki Aktorskiej. W TVP Kultura zafundowano taką frajdę wczoraj. Koncert miał dziwaczny tytuł: „Gorączka życia. Sanatorium”. Wszystko zresztą było w nim dziwaczne. Od razu zaznaczę - widzowie klaskali. Może inaczej się taką imprezę odbiera na żywo, a inaczej przepuszczoną przez filtr telewizora?
Zaczęło się od schizo-dialogu. Barbara Wrzesińska starała się przekonać, że zamiast „Jak dobrze wstać skoro świt”, powinno być „Jak dobrze spać…”. OK. Bywały na świecie rzeczy bardziej pretensjonalne niż metafizyczne rozważania o głębi płaskiego talerza w najgłębszym punkcie - pomyślałem życzliwie. I na tym się moja życzliwość w zasadzie skończyła. Zaczęły się dziać na scenie i w telewizorze rzeczy groteskowe. W najlepszym razie groteskowe.
Najpierw jakieś młode panie, mimo votum separatum Wrzesińskiej, machnęły tego biednego Koftę i Jego „Radość o poranku”. W porównaniu z wersją GrupyI było to jakieś ciężkawe, śpiewne z wysiłkiem. Jakby Artystki ironicznie pragnęły zwrócić uwagę, że pokolenie „Z” w ogóle o takich porach nie myśli wstawać, bo to jest sprzeczne z prawami człowieka. Nadal jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka. „Radość o poranku” to był tylko tryl skowronka…
Bo oto na scenę wkroczył duet egzotyczny. Dwoje. On duży, ona mała. Na dodatek w szlafrokach i przypięci do kroplówek. Wyglądali jak dwoje pacjentów którzy urwali się z chemioterapii i niestety sił im nie starczyło na uciekanie. Zaśpiewali… „Wieżę radości, wieżę samotności” - stary ale jary przebój zespołu Sztywny Pal Azji. Pamiętam ten kawałek z koncertu w Remoncie podczas festiwalu „Poza Kontrolą”. Było to lato 1987 bodaj roku. Doprawdy. Nie wiem dlaczego musiałem zobaczyć to teraz w wykonaniu Pata i Pataszona w trakcie chemii.
Przepraszam, że dworuję sobie ze spraw poważnych. Nigdy nie pozwoliłbym sobie na to gdybyśmy mieli opisywać, czy omawiać prawdziwy ludzki ból i chorobę. Usprawiedliwia mnie, że Twórcy tego widowiska używali jak i gdzie popadło przeróżnych smutnych rekwizytów. Proszę bardzo! Już w kolejnym przeboju - świetnym, wręcz szlagierowym „Zaopiekuj się mną” pamiętnej grupy Rezerwat - na scenę wturlano Panią Artystkę na wózku inwalidzkim. Podjechała do stolika, przy którym druga Pani Artystka mieszała w talerzu owsiankę. Albo coś co ją udawało. I pani z wózka zaczęła melorecytować to „Zaopiekuj się mną”. Wtedy pożałowałem, że jestem tak stary i wersja oryginalna jest mi znana. Może gdybym jej nie słuchał wiele razy to bym jakoś to przełknął. Ale gdy pani numer dwa odsunęła talerz, siadła twarzą w twarz z panią na wózku i obie ryknęły sobie prosto w oczy: Zaopiekuj się mną!!! Ja też ryknąłem. Śmiechem. To była w założeniu piękna, rockowa ballada. O zmęczeniu życiem, potrzebie pomocy. Poszukiwaniu zrozumienia u drugiego człowieka. Miłości. Teraz będę pamiętać talerz owsianki. I dwie panie, które krzyczą żeby się nimi zaopiekować.
Nie zdążyły skończyć jeszcze a zza kulis słychać krzyki - można by napisać słowami pięknej piosenki o cyrku z Danii, autorstwa Jacka Kleyffa. Dwoje. W futrach. On próbuje śpiewać z petem w ustach. Pod futrami chyba piżamy. Wyglądają jakby zmyliwszy ciecia stanęli koło prosektorium zajarać szlugi. Niestety. Powierzono im tekst Wojciecha Młynarskiego. „Ogrzej mnie”. Zmasakrowany tu, sprowadzony do szmeru, niewyraźny. Ale najlepsze zadziało się w, powiedzmy, warstwie teatralnej tego kawałka. Zastanówcie się Państwo. Co może być ustawione w zimie, niedaleko prosektorium. Tam gdzie oni w tych futrach zwiali na fajkę? No jasne że składane, kempingowe krzesełka! Przecież to coś zupełnie oczywistego, że w zimie stawia się takie krzesełka. Kto by na nich siadał w upalny czas kanikuły, skoro można sobie posiedzieć gdy mróz trzaska. Tak. Takie były tam krzesełka i dwoje artystów odwaliło „Ogrzej mnie” siedząc i osuwając się na ziemię z nich właśnie. Pod koniec kamera pokazała Zbigniewa Zamachowskiego. Wszedł na scenę i patrzył na to z miną człowieka obserwującego płonący dorobek własnego
życia. Musiał go ten moment sporo kosztować.
Ale potem Zbigniew Zamachowski zaśpiewał. I to jak! Zupełnie jakby chciał po profesorsku pokazać jak to się robi. Wspaniały głos, świetna interpretacja. Zbudowana dramaturgia. A zabrzmiała „Długość dźwięku samotności” największy chyba przebój Myslovitz. Nie wiem. Czy wersja Zamachowskiego, czy oryginał. Doprawdy. Sam nie wiem. Świetnie to Mistrz wykonał.
Moment to był i za chwilkę wróciło wszystko do normy. Na scenę wturlano. Tak, drugi raz używam tego słowa i to całkiem świadomie - wturlano szpitalny wózek z sympatyczną dziewoją, która w pozycji leżącej próbowała machnąć „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko. Są misje i jest mission impossible. Pani Krystyna słynęła i słynie ze wspaniałych możliwości wokalnych. Pani w łóżku zaśpiewała ten „Lek” tak cicho, że rzeczywiście zrobiło się smutno, niczym przy łożu śmierci. Nawet pan Zamachowski, poruszony i zaniepokojony podszedł do śpiewającej i dyskretnie sprawdził jej puls. Żyła. I chyba żyć będzie bo w pewnym momencie, cholera wie dlaczego, powstała z łóżka. Wykonała dwa piruety wokół pana Zamachowskiego i wróciła pod kołdrę. Proszę się nie śmiać. To działo się naprawdę.
Panią w łóżku wypchnięto a jej miejsce zajęła sympatyczna osóbka w okularach, która spróbowała sił swoich w starciu z „Tak…Tak…To ja” Grzegorza Ciechowskiego. To była już, moim zdaniem, czysta profanacja. Pani wyraźnie nie dawała sobie rady z frazami stworzonymi przez lidera Republiki. Głównie zachłystywała się powietrzem, które gorączkowo próbowała wepchnąć do płuc. Bezlitosny mikrofon rejestrował to wszystko a jeszcze bardziej bezlitosne głośniki podawały dalej. Brzmiało jakby pani próbowała jednocześnie płynąć w falującym morzu i śpiewać, że za chwilkę stłucze lustro. Jako bonus dołożyła katatoniczne wygibasy i ekstatyczne krzyki. Ciekawe. Poznawczo ciekawe. Jednak nie propagowałbym tego eksperymentu publicznie.
Ożywiłem się widząc, ze na scenę wkracza Justyna Szafran. Miałem przyjemność oglądania jednego z Jej recitali wokalnych i od tamtej pory żałuję, że widziałem tylko jeden. Bardzo, mam wrażenie, umiejętnie dobrała Pani Justyna dla siebie utwór. „Odkryjemy miłość nieznaną” Edyty Geppert. Bardzo - to także moje zdanie - słusznie zdecydowała, że lepsze jest wrogiem dobrego i trzeba o tej nieznanej miłości po prostu pięknie zaśpiewać bez dokładania wygłupów. Zaśpiewała. Szkoda, że tylko jeden utwór wykonała w tym widowisku, szkoda że fragmentami a capella w zasadzie. To nie pomogło ani Jej, ani pięknej przecież piosence. A dlaczego ubrana była w zieloną piżamę i miała na głowie papiloty? To już Jej i Twórców słodka tajemnica.
Przetarłem oczy ze zdumienia. Bo teraz wszedł facet zawinięty w kapę. Taką narzutę dmuchniętą pewnie komuś z sofy. Co to będzie? Myślałem gorączkowo. Coś o namiotach? Może cygański „Czerwony pas”??? Nie! Pan usiadł, poprawił na sobie narzutę i zaczął recytować „Co mi panie dasz” Bajmu. Cóż. To była usilna i nieudana próba stworzenia czegoś niemożliwego. „Co mi Panie dasz” od początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ma tylko jedną wersję. Idealnie ostateczną. Jest to wersja Bajmu i Beaty Kozidrak. Zawinięty w kapę pan w pewnej chwili, dla zwiększenia wrażenia artystycznego wstał, dzikim wzrokiem potoczył po sali i… usiadł na krzesełku obok! Rzeczywiście. To było widowisko. Usiadłszy oświadczył, że został mu nagi brzuch. Coś jeszcze mówił, ale reszta tekstu utonęła w tymże brzuchu. Nie była słyszalna. Pod koniec zerwał z siebie dywan i okazało się że jest w lekarskim kitlu. I wtedy zaczął nie wiadomo po co wrzeszczeć. Aż chrypiąc od tego. Nadal jednak nie widziałem żadnego powodu do postawienia fundamentalnego pytania - co mi Panie dasz? Obawiałbym się w jego sytuacji boskiej odpowiedzi. Bóg mógłby okazać się admiratorem grupy Bajm i zrobić mu coś naprawdę nieprzyjemnego. Wreszcie pan wykonawca zabrał dywan/kapę i sobie poszedł.
Dwie panie, z których jedna wcześniej miała wózek inwalidzki oraz szukała pilnie opieki, wykonały „Sambę przed rozstaniem”. To był niegdyś zaczarowany, pełen seksapilu, emocji, rozpaczy i nadziei szlagier. Był. Gdy śpiewała go Hanna Banaszak. Z pięknej piosenki o nieszczęśliwej miłości zrobiły panie potworka z akademii szkolnej w Międzynarodowym Dniu Terminalnie Chorych. Może nie znając pierwowzoru, nie wsłuchując się wiele razy w znaczenie tekstu, można by to „kupić”. Ja nie mogłem. W drugiej części utworu pani aktorka wstała nagle z wózka i sobie poszła. Cud się wydarzył, jednak balladzie nie pomógł.
Miałem już to wyłączyć. Dobrze, że tego nie zrobiłem. Dzięki temu zobaczyłem perełkę aktorską Jana Peszka. Bez udawania wielkiego głosu, bez wrzasku i wydziwiania. Mistrz Peszek po prostu wyszedł na scenę i w dialogu z chórem chłopięcym zagrał starego, szarpanego życiem człowieka. Zagubionego w meandrach rzeczywistości wciąż pytającego, ustawiającego się w kolejkach. Wciąż szukającego odpowiedzi, sensu życia. Pięknie Jan Peszek zinterpretował „Psalm stojących w kolejce” Krystyny Prońko. Zagrał to jak na piosenkę aktorską przystało. Wszystko tu miało wyraz. Jakość. Nawet jego sposób siadania na krzesełku. Był jakiś. Melorecytacja też. Ale jest melorecytacja i melorecytacja. Peszek stworzył dramaturgię. Mikro scenkę rodzajową ze swojego występu.
I finał. „Och życie, kocham cię nad życie” z repertuaru Edyty Geppert. Czy piosenka aktorska zakochała się w tym sojuszu młodych ze starymi wyjadaczami? Mam wątpliwości. Ale i tak ten finał był jakiś. Dużo głosów, dynamika. I największa jego zaleta: Zwiastował koniec. Czas był po temu najwyższy.
Refleksja po obejrzeniu koncertu jedna. Repertuar lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia to niebywale trudne wyzwanie dla współczesnych nam aktorów młodego i średniego pokolenia. Dla tych, którzy prezentowali przeboje na scenie we Wrocławiu - za trudne. Pretensjonalne aranżacje, dziwaczna zmiana znaczeń znanych przecież utworów Spłycanie wręcz tych znaczeń. No i paranoiczne posadowienie całości w realiach jakiegoś psychiatryka, eufemistycznie zwanego „Sanatorium”. Moim zdaniem ten spektakl roztrzaskał się w drobny mak. Ale oczywiście - każdy może mieć swój pogląd.
Reżyseria Milena i Marcin Czarnik
Wykonawcy: Barbara Wrzesińska, Alona Szostak, Alicja Czarnik, Helena Czarnik, Ptakova, Justyna Szafran, Klaudia Waszak, Małgorzata Gorol, Emose Katarzyna Uhunmwangho, Magdalena Osińska, Bartosz Bielenia, Jan Peszek, Zbigniew Zamachowski, Cezary Studniak, Michał Żurawski
oraz
Chór Chłopięcy NFM pod kierownictwem muzycznym Małgorzaty Podzielny
Muzycy: Adam Lepka (instrumenty klawiszowe, trąbka), Małgorzata Kogut – Ślanda (skrzypce), Jan Skopowski (wiolonczela), Tomasz Wendt (saksofony, flet), Hubert Radoszko (gitary), Piotr Matusik (instrumenty klawiszowe), Piotr Mazurek (bas), Łukasz Sobolak (perkusja)
(zdjęcie - materiał promujący wydarzenie)


Komentarze
Prześlij komentarz