Pajdokracja bez koncepcji
To się kompletnie nie trzyma kupy. Fakt. Kilka do kilkunastu minut jest śmieszne. I tyle. TR Warszawa, moim zdaniem, już nie dryfuje. Ten sezon ma po prostu bardzo słaby. Oto refleksje po „Power Play”, najnowszym tu spektaklu, w reżyserii Samary Hersch.
W „Power Play”, co najgorsze, nie ma krztyny sensu. Są przeciągnięte do granic możliwości sekwencje scen, które składają się na ledwie osiemdziesiąt minut błąkania się po scenie. Pierwsze pół godziny to prezentacja antyteatralna. Rzecz, a jest nią skrócona wersja opowieści o Królu Maciusiu Janusza Korczaka, dzieje się w badziewnym namiocie. Nie widzimy aktorów. To znaczy nie widzimy w realu. Wszystko, co możemy zobaczyć to transmisja pokazywana na wielkim, kinowym ekranie zajmującym górną część horyzontu. Po co? Bóg raczy wiedzieć, o ile nie wyszedł po kilku nudnych do bólu minutach. Na dodatek aktorzy nie mówią. Grają ciałem, a opowieść snuje przebrany za motyla Tomasz Tyndyk. OK. Po pół godzinie maska opada. Oglądaliśmy mianowicie próbkę tego, czym - podobno - dzieci są w sztuce karmione. Czyli kiczem, chłamem i infantylnym ich przedstawianiem. Bzdura. Niech Twórcy Szanowni zajrzą do Teatru Dramatycznego i zobaczą „Dziwny przypadek psa nocną porą”, a potem po sąsiedzku zahaczą o Teatr Studio i rzucą okiem na „Wyspę Jadłonomia”. Jeśli im nie wystarczy, mogą podjechać za Wisłę, do Teatru Rampa i popatrzyć na „Pippi”. Jeszcze mało? To mogą z maluchami, ale już takimi maluchami prawdziwymi, wybrać się na widowisko Analog Collective „Niesporczaki”. To, co TR Warszawa próbuje powiedzieć swoim „Power Play” nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Miało. Tak. W latach gdy po telewizyjnych studiach błąkali się otyli statyści poprzebierani za muchomory i gajowi o twarzach esbeków, którzy polowali na Wilka.
Po pół godzinie namiot na scenie upada. Zostaje obalony przez pajdokrację. Dzieci biorą sprawy w swoje ręce, dostają kwadrans na pokazanie „czegoś”. I - nie dzieje się przez kilka minut zupełnie nic. W jednym kącie sceny siada grupka dzieci, a na jej środku czworo aktorów. Czekamy. Czas płynie. Nic się nie dzieje. W końcu dzieci wychodzą na proscenium i oświadczają, że są głodne. Jeśli ktoś pójdzie do Żabki i przyniesie jedzenie, to pozwolą mu wyznaczyć aktorom jedno zadanie, a ci będą musieli je wykonać. Na razie sami biorą się za wydawanie poleceń. Pani Mario, pani Moniko, Panie Dobromirze i Panie Tomaszu. Naprawdę jest w tym TR aż tak marnie? Trzeba tarzać się po scenie udając żółwia, bo tak kazało dziecko? Albo czołgać się między rzędami jako - o ile dobrze zapamiętałem, bo wrzask i harmider w tej części spektaklu utrudnia słuchanie - brzydka kaczka? Trzeba być kulejącym starcem i podrygiwać w takt „Wesołego życia staruszka”? To było po prostu straszne. Fakt. Zarazem śmieszne, bo przecież czworo aktorów to zawodowcy. Umieją w kaczkę, staruszka i żółwia. Ale jaki był sens tej sekwencji? Jaka wymowa? Ja zrozumiałem jedno: To miało być ośmieszenie teatru inkluzywnego, kolektywnego, pozbawionego lidera - reżysera i scenariusza. Ale… czy to przypadkiem nie uderza właśnie w idee kołaczące się po TR? Dzieci biegają, aktorzy się wyginają. Widownia pełna Krewnych i Znajomych Królika się cieszy. A ja patrzyłem ze zgrozą. Oto eksperyment teatralny, który swoim wybuchem wysadza laboratorium. Po scenie walają się pokruszone chipsy, którymi dzieci „nagradzają” artystów. Ci wykonują najgłupsze polecenia. W pewnym momencie pojawia się umyślny z Żabki i rozkazuje im udawać psy. Udają. Dodam, że w TR Warszawa spektakl w identycznej konwencji zrealizowała Anna Karasińska. Nazywa się „Fantazja” i jest fantastyczny. Głos Pani Reżyser prowadzi Artystów, którzy błyskawicznie zmieniają zadania aktorskie i fascynująco się z nich wywiązują. Ale w „Fantazji” jest konsekwencja. Szacunek. Interakcje aktora z aktorem. To zupełnie inna para kaloszy. Przypominam spektakl Karasińskiej tylko dlatego, aby zwrócić Państwa uwagę na wtórność pomysłu wykorzystanego w „Power Play”.
Trzecia i ostatnia „część” spektaklu to sen. Nagle dominanta przechodzi w ręce aktorów. Zaganiają dzieci do niby - spania. Na scenie rozpościerają potężne i nikomu do niczego niepotrzebne pokłady tkanin. Napełniają je tu i tam powietrzem tak, że wyglądają jak skacowane obozowisko nad jeziorem Bełdan po nocnej balandze. Znikają potem wszyscy w objęciach tkanin. I tu moje wielkie zdziwienie. Bo zasypiają nie dzieci, a dorośli. Dzieci krążą między nimi i wydobywają z nich opowieści, będące historiami o snach. Dobromir Dymecki mówi jak podkładał ojcu kaczkę w czasie meczu, żeby ten mógł załatwić swoje potrzeby. Maria Maj wspomina sen o spadaniu w przepaść. Tomasz Tyndyk zasnąć nie może, bo ma kłopoty i mówi że na kłopoty dobry jest spacer z psem. Jedna z rezolutnych dziewczynek doradza mu, że najlepiej porozmawiać z mamą. Ona tak robi i pomaga. Monika Frajczyk nie ma snu. Ma kamerę. I prowadzi przez scenę inną z dziewczynek, która kreuje historię o ciemnym parku, przez który chciałaby przejść sama i chciałaby mieć trzydzieści lat. Pani Monika, poproszona ładnie, zgadza się być jej przewodniczką. Odchodzą i zapada nieoczekiwana ciemność. Po chwili konstatujemy, że „Power Play” już za nami. Jeśli finał miał być nawiązaniem do słynnego psalmu 23 („Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.”) To Monika Frajczyk Bogiem się nie okazała.
Kilka jeszcze słów o scenografii, autorstwa Marty Szypulskiej. Dla mnie fundamentalne w teatrze jest bezpieczeństwo. Widza i Aktora. Nie zgadzam się na wystawianie na szwank zdrowia kogokolwiek w imię ryzykownych rozwiązań scenograficznych, pirotechnicznych, akrobacyjnych. To koniec spektaklu. Szlus. Ma być teatr domen sztuki, która nie zagraża zdrowiu ani życiu. Te bezsensowne płachty z ostatniej części „Power Play” walają się nie wiedzieć po co po scenie. Obawiałem się o bezpieczeństwo Moniki Frajczyk, która w skąpym świetle musi iść tyłem, trzymając kamerę do której swoją rolę gra jedna z dziewczynek-amatorek, Nina Rogacka. Na szczęście pani Monika bezpiecznie się z zadaniem uporała. Inaczej rzecz miała się z Marią Maj. Tuż po zakończeniu spektaklu, gdy aktorzy ruszyli w stronę widzów, zahaczyła nogą o tkaniny i upadła. Przez chwile nie ruszała się, na pomoc ruszył Dobromir Dymecki. Pani Maria wstała i mam nadzieję, że nic się jej nie stało. Jednak tam jest zwyczajny przerost formy nad treścią. Te płótna nie mają żadnego sensu i w trakcie ostatniej sceny można je za pomocą, dajmy na to linek, usunąć.
Może kogoś to bawi, że dzieci komenderują aktorami. Może komuś odpowiada władza małoletnich, którym pozwala się na wszystko czego dusza zapragnie. Mnie to nie bawi. Wręcz przeciwnie. Uważam „Power Play” za przykład spektaklu szkodliwego z punktu widzenia wychowawczego. Uczymy nim dzieci, że teatr to podwórko, po którym można dowolnie szaleć, a aktor jest zabawnym pajacem spełniającym zachcianki. Czas powiedzieć: Dość. Teatr to miejsce w którym osoby obdarzone zdolnościami, zwanymi często aktorskim talentem, i wyposażone w narzędzia zdobyte podczas kilkuletnich studiów, grają w spektaklach. Te z kolei oparte są o teksty literackie i przenoszone na sceny przez osoby mające doświadczenie i umiejętności reżyserskie. Inaczej mamy przedstawienia rodem z osiedlowego domu kultury. Możliwe do wyobrażenia, ale traktowane z przymrużeniem oka.
Mam tylko jedną nadzieję: Może doświadczyliśmy falstartu? TR Warszawa przygotowuje „Power Play” jako sceniczny żart - niespodziankę dla dzieci z okazji Dnia Dziecka? Tylko omyłkowo zamiast pierwszego czerwca spektakl pokazano już w kwietniu? Bo istotnie, byłbym w stanie go „kupić” w konwencji prezentu dla milusińskich z okazji ich dnia. Ale wtedy i tylko wtedy.
koncepcja i reżyseria: Samara Hersch
scenariusz: Samara Hersch, Szymon Adamczak, Marta Keil, Solomon Thomas
W scenariuszu zostały wykorzystane improwizacje aktorskie całego zespołu – dziecięcego i dorosłego.
dramaturgia: Szymon Adamczak
dramaturgia, opieka kuratorska: Marta Keil
współpraca artystyczna i reżyseria wideo: Solomon Thomas
scenografia i kostiumy: Marta Szypulska
muzyka: Karol Nepelski
współpraca koncepcyjna: Aaron Orzech
reżyseria świateł: Jędrzej Jęcikowski
współpraca scenograficzna i kostiumograficzna: Natalia Dziarczykowska
wykonanie kostiumów i rekwizytów: Marta Szypulska, Natalia Dziarczykowska, Wiktor Droszcz, Oliwia Repczyńska, Hanna Rosińska i Julia Wasilewska.
wykonanie ilustracji będącej elementem wnętrza namiotu: Marta Szypulska, Natalia Dziarczykowska, Apolonia Chmielewska, Zbyszek Chmielewski
tłumaczenie prób i wsparcie merytoryczne: Kasia Kania
zdjęcia dzieci na stronie: Iga Staszewska
obraz będący bazą do plakatu: Patryk Różycki
rysunek będący inspiracją do plakatu: Aurelia Pawlak
Obsada:
Dobromir Dymecki, Monika Frajczyk, Maria Maj, Sebastian Pawlak, Tomasz Tyndyk
W spektaklu biorą udział dzieci:
Lea Fabiś, Vincent Kalita-Porcari , Alicja Malczewska, Łucja Moraczewska, Klara Olszewska, Aurelia Pawlak, Nina Rogacka, Oliwia Strzępka


Komentarze
Prześlij komentarz