Można się zakochać, można znienawidzić

Fascynujące są oblicza tego spektaklu. Można go wielbić za niewątpliwe walory artystyczne, a można także znienawidzić za rozwlekłe prowadzenie narracji i zaludnienie sceny warszawskiego Nowego Teatru postaciami, które czyniły więcej zamieszania niż wymagała tego opowieść. „Pulverkopf” w reżyserii Katarzyny Kalwat. Z pewnością to spektakl, o którym będzie się mówić i zapewne znajdzie tylu sojuszników, co wrogów. 


Rzeczywiście pierwszy, prawie dwugodzinny akt budzi wątpliwości. Miałem wrażenie, że opowiadane w nim wydarzenia przypominają tryby wielkiego zegara, który rozpadł się na wiele elementów. Te walają się po scenie i nikt nie chce, albo nie potrafi z nich na nowo sklecić sprawnego mechanizmu. Gdyby nie fantastycznie kreujący postać Patryka Werhunta Jacek Poniedziałek, byłbym skłonny postawić tezę, że skomplikowana fabuła powieści Edwarda Pasewicza pokonała teatralnych adaptatorów. Mamy tu ciąg scen i sekwencji scen. Dzieją się w różnym czasie, miejscu i bez nadmiernego powiązania przyczynowo skutkowego. Akt ten można dowolnie skrócić - bez szkody dla narracji, albo… wydłużyć o kolejne obrazy sceniczne. Nic na tym by nie stracił i nie zyskał. Osobiście byłbym za skrótami. 


Podobnego zdania była również spora część widzów. W przerwie zewsząd słyszałem „przeciągnięty”, „nudnawy”, „przeładowany treścią”. Tak. Rzeczywiście umykanie Patryka znad brzegu Obry i jego pokręcone losy zostawiały mętlik w głowie. Dziwna śmierć sąsiada, nałożone na nią tajemnicze historie czasów drugiej wojny, opowiadane przez babkę głównego bohatera. Na to wszystko nałożona muzyka Scarlattiego, przemoc i pierwsze homoseksualne zauroczenia. A tuż obok, równolegle budująca się opowieść o Norbercie von Hannenheim. Pierwocinach szaleństwa i podobno wielkim talencie kompozytorskim. Podobno - bo większość jego dzieł przepadła w czasie wojny. Na dodatek dziwne wątki Węgierskiego Dziecka, niepokojąco demonicznej pani Tańskiej - czyli żony utopionego w Obrze sąsiada z Międzyrzecza. Mieszały się tu także języki. Niemiecki, polski, rosyjski brzmiały w różnych tonacjach i różnych momentach poszatkowanej fabuły. Czytałem „Pulverkopfa” dawno. Ale pamiętam, że podobny zabieg literacki tam także wymagał od czytelnika skupienia. Jednak przewaga powieści nad wersją sceniczną jest tu bezdyskusyjna: W chwili zagubienia wystarczy cofnąć się o kilka stron i przeczytać raz jeszcze. Teatr takiej szansy niestety nie daje. 


Drugi akt rozpocząłem bardzo wygodnie, ponieważ miejsca obok mnie opustoszały. Sporo osób poddało się i zrezygnowało z dokończenia spektaklu. Mają czego żałować. Bo choć poszatkowana konwencja nie zmieniła się nadmiernie, to w tej odsłonie moim zdaniem otrzymaliśmy teatr na bardzo wysokim poziomie aktorskim i reżyserskim. Innymi słowy: dalej żeglowaliśmy po oceanie nie posługując się locją, ale mielizn było zdecydowanie mniej niż wysp szczęśliwości. Kilka scen jest tu doprawdy fantastycznie i zagranych i przez Katarzynę Kalwat wymyślonych. Jacek Poniedziałek gra, moim zdaniem, najlepszą ze swoich dotychczas przeze mnie oglądanych ról. Jest wyrazisty, prawdziwy. Przemieszcza się po scenie zmieniając wydarzenia, czasy i funkcje. Jest narratorem, pisarzem, szarpanym emocjami i uczuciami człowiekiem. Pierwsza ze scen, na które zwracam Państwa uwagę to ta, w której w zasadzie nie mówi. Gra ciałem. Nagim. Jest uosobieniem martwego człowieczeństwa i zarazem ilustracją świetnego monologu Babki (Bogusława Schubert). Zagrane to jest z wielkim smakiem i wyczuciem. Nagość na scenie moim zdaniem musi być zawsze dokładnie przemyślana, aby nie stała się po prostu chwackim wywijaniem siusiakiem, co czyni nagminnie pewien aktor w pewnym innym teatrze. A tu jest na nią i pomysł i logicznie zaplanowane miejsce. Na dodatek Jacek Poniedziałek zagrał w tej scenie wprost rewelacyjnie. Ma ona jednak ciąg dalszy. Patryk, już chory i w stanie ciężkim, trafia do szpitala. Dyskutowałbym z kolei nad sensownością tego, co dzieje się wokół jego postaci i pod odkrywającym ją prześcieradłem. Miałem wrażenie, że to właśnie jeden z tych momentów, który mógłby spokojnie poddać się reżyserskim nożycom. 


A potem jest kapitalny, kilkunastominutowy monolog Norberta von Hannenheima. Krzysztof Oleksyn zagrał to wprost brawurowo. A Katarzyna Kalwat zobaczyła w wyobraźni i wspaniale wyreżyserowała scenę, w której miesza się strach karpackiej potyczki z czasów pierwszej wojny, szaleństwo prowadzące do pierwszego załamania nerwowego tajemniczego kompozytora, oraz brzmiący między słowami koncert symfoniczny. Oleksyn stwarza na scenie niesamowitą aurę grozy, strachu i szaleństwa, które wybuchając niczym szrapnel opanowują myśli i czyny granej przez niego postaci. Żongluję słowami, zmienia tempo. Ociera się o zawrotną szybkość wypowiadanych słów. Zwalnia. Cichnie i znów zmierza w kierunku pełnego ekspresji krzyku. To, moim oczywiście zdaniem, najlepsza scena tej inscenizacji „Pulverkopfa”. Najlepsza, ale niejedyna ważna i warta opisania. Bo tuż przed nią jest prawie tak samo doskonale pomyślana i zagrana rozmowa Patryka z Norbertem. Spotkanie dwóch światów w Zaświatach. Przeszłość z teraźniejszością, zbudowawszy most, wreszcie spotykają się niejako symbolicznie doprowadzając do końca poszukiwania śladów Norberta von Hannenheima w życiu Patryka Werhunta. W zasadzie po tych scenach nie ma już wiele w „Pulverkopfie” do dodania. To znaczy - niby jest, tylko czy to jeszcze jest sensowne? Rzeczywiście Karolina Rzepa pokazuje wspaniałe możliwości wokalne i zarazem aktorskie w scenie szamańskiego wskrzeszenia Patryka.  Rzeczywiście Alona Szostak w roli matki tegoż także musi mieć swoje pięć minut na pokrzyczenie. Jednak dla mnie nie było to koniecznym „podprowadzeniem” do finałowego monologu Werhunta. Jacek Poniedziałek i z nim poradził sobie znakomicie. 


Gasną światła. „Pulverkopf” w deszczu braw przechodzi, dla mnie przynajmniej, do sfery wspomnień. Dobrych wspomnień, przyznam, po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” jakie zebrały się w mojej głowie podczas i po tym spektaklu. Na pewno trzeba uzbroić się w wytrwałość, bo trwa to prawie cztery godziny z jedną przerwą. Na pewno można pokusić się o opowiedzenie tej historii nieco krócej. Niewiele co prawda, ale jednak. Natomiast artystyczne popisy w drugim akcie nie tylko wynagradzają, ale wręcz czynią widowisko warszawskiego Nowego Teatru dzielem ważnym dla każdego, kto o teatrze myśli i lubi z nim prowadzić dyskusję. 


 Na podstawie Pulverkopf Edwarda Pasewicza

Reżyseria: Katarzyna Kalwat

Adaptacja: Krzysztof Szekalski, Edward Pasewicz

Muzyka: Fryderyk Lutyński

Scenografia: Aleksandra Wasilkowska

Kostiumy: Tasha Katsuba

Asystentka kostiumografki: Kat Zhydovich

Współpraca choreograficzna: Wojciech Grudziński

Światła: Paweł Zabel

Charakteryzacja: Joanna Chudyk
 

Występują: Wojciech Kalarus, Piotr Kaźmierczak, Barbara Krasińska, Denis Kudijenko, Fryderyk Lutyński, Hiroaki Murakami, Krzysztof Oleksyn, Jacek Poniedziałek, Karolina Rzepa, Bogusława Schubert, Alona Szostak


Koprodukcja: Nowy Teatr i Teatr Polski w PoznaniuIdentyfikacja graficzna spektaklu: Beata Śliwińska Barrakuz
W identyfikacji graficznej spektaklu wykorzystano obraz Mikołaja Sobczaka „Anty-Mars”, 2025; olej i kolaż na panelu drewnianym, 50 × 80 cm. Dzięki uprzejmości Polana Institute
Fotografia: Maurycy Stankiewicz





 

Komentarze

Popularne posty