Maryla jest, ale gdzie przestroga???

Monodram o dwóch obliczach. Przeciwstawnych choć co stanowi pewien paradoks - nie wykluczających się. Anna Rozmianiec i jej „Maryla - ku przestrodze”. Spektakl firmuje autorski Teatr Fuzja. Ja zobaczyłem go na scenie Mazowieckiego Instytutu Kultury w Warszawie. 


Autorka scenariusza, aktorka, inscenizatorka i w połowie Pani Reżyser „Maryli…” to osoba związana z teatrem lalek, teatrem fizycznym. Performatywnym. I to widać w jej scenicznych poczynaniach. Jest piekielnie sprawna. Fizycznie. Warsztatowo potrafi na pewno zbudować rolę. Stworzyć na scenie coś, co widzów trzyma w uwadze. Dostarcza wrażeń estetycznych. Jej próby wokalne także są na poziomie co najmniej godnym zauważenia. Od tej strony „Maryla” jest spektaklem moim zdaniem bez zarzutu. Rozmianiec zadziwia przede wszystkim posągową muskulaturą. Bardziej przypomina sportowca wyczynowego, niż grającą tę rolę aktorkę. 


Historia, na której opiera się widowisko jest znana. Maria „Maryla” Kwaśniewska, polska oszczepniczka, która na Igrzyskach w Berlinie w 1936 roku zdobyła brązowy medal. Zasłynęła niewykonanym gestem hitlerowskiego pozdrowienia na podium, zabawną ripostą na uwagę Fuehrera, że jest malutka (Pan też nie jest najwyższy). Obok medalu przywiozła z Berlina do Polski zdjęcie z kanclerzem Rzeszy. To ostatnie za kilka lat miało stać się niezwykle ważnym rekwizytem w jej życiu. Jej i tych, których bohatersko ratowała. Bo Maria Kwaśniewska zasłynęła także z tego, że po Powstaniu ruszyła na pomoc cywilom zgromadzonym przez niemców w Pruszkowie. Pokazując swoje zdjęcie z Hitlerem przekonywała wartowników, że ma prawo  poruszać się po terenie obozu. Dzień za dniem wywoziła z niego ilu tylko ludzi mogła. Jej brązowy medal Igrzysk zamienił się w złoty medal. Z humanitaryzmu. Po wojnie wróciła do sportu. Także do idei olimpijskiej. Tego już jednak w monodramie nie ma. Szkoda. Bo życiorys Kwaśniewskiej przecież nie skończył się wraz z upadkiem Rzeszy. Nie skończyła się także Olimpiada w jej życiu. Trwał. Pisała kolejne, piękne jego karty. 


Rozmianiec skupia się na dwóch epizodach z biografii Kwaśniewskiej - Igrzyskach i pruszkowskim Dulagu. Buduje postać dziewczyny, która nie kłaniała się Rzeszy, a odwaga pomagała jej pozostać człowiekiem w dniach, gdy człowieczeństwa prawie nie było. Aby to zagrać aktorka dwoi się i troi, korzysta ze swojej niebywałej sprawności fizycznej. Śpiewa, monologuje, gra całą sobą. Fajnie. Ale co z tego wszystkiego zostaje po wyjściu z teatru? Tak - wiem, że „Maryla” została uhonorowana nagrodami na przeróżnych festiwalach. Zgadzam się z decyzjami jury. To jest bardzo dobrze przemyślane i zagrane. Bez dwóch zdań.


Martwi mnie inna sprawa. „Maryla” nie należy do monodramów  nadmiernie  głębokich. Historia w niej opowiedziana jest znana. Niespecjalnie na potrzeby tego spektaklu, mam wrażenie, pogłębiona. Ot fajna dziewczyna rzuca oszczepem. W pośpiechu teatralnego skrótu bije kolejne rekordy życiowe szykując się do Igrzysk. Zdobywa medal - olimpijskie zawody oszczepniczek stanowią, moim zdaniem, najlepszą scenę monodramu. Potem daje po łapach Hitlerowi, robi sobie z nim fotkę i wraca do Polski. Tu następuje zmiana kostiumu. Aktorka zrzuca wyczynowy strój i przywdziewa sukienkę. Symbolicznie odcina sportową pępowinę. Zaczyna się koszmar wojny, który jak już wspominałem w spektaklu sprowadza się do owego Dulagu. Po nim jest finał. Z przesłaniem, abyśmy się nie dawali i pamiętali. 


Widziałem co najmniej kilkanaście tego typu widowisk. Przesłanie abyśmy się nie dawali i pamiętali miesza się w nich z kolejnymi typu: Warszawa oskarża, historia zatacza koło. To jakiś teatr kasandryczny, który zapewne jest znakiem naszych coraz bardziej niepokojących czasów. Natomiast w „Maryli”, mam wrażenie, są tylko tezy. Nie ma dowodów. Mało się na scenie znajduje. Za mało aby mówić o spektaklu zapadającym w pamięć. Ważnym literacko, czy istotnym filozoficznie. Posiedziałem, popatrzyłem. Zaklaskałem, bo uczciwie Artystka na brawa zasłużyła. I tyle. Za kilka dni zapewne zapomnę. To nie jest monodram, który będzie powracać w myślach jak „Pani Pomsel”, „Stara kobieta wysiaduje”, „Biała bluzka”, czy „Mała Empiria”. I to mnie zasmuciło. Dlaczego utalentowana aktorka o świetnych warunkach fizycznych, głosowych i bardzo ciekawych możliwościach warsztatowych nie może sięgnąć głębiej? Pokazać postać Kwaśniewskiej w sposób bardziej osobisty. Ciekawszy psychologicznie. Tego mi w „Maryli” bardzo brakowało. 


Mimo tych utyskiwań tetryka uważam, że warto. Choćby po to, aby zobaczyć teatr w dużej mierze oparty na stalowych mięśniach. Sile głosu. Dynamice ruchu. To jest pewnym wyróżnikiem „Maryli - ku przestrodze”. Chociaż sama przestroga do mnie z monodramu nie dotarła. 


Twórcy:

Anna Rozmianiec – inscenizacja, reżyseria, scenariusz na podstawie materiałów archiwalnych oraz Przerwanych igrzysk Gabrieli Jatkowskiej i Stulecia przeszkód. Polaków na igrzyskach Daniela Lisa.
Jakub Woźniak – muzyka
Agnieszka Mikulska – scenariusz, reżyseria
Tomasz Rozmianiec – reżyseria




Komentarze

Popularne posty