Życie na gorąco
Rozwód na absurdalnie wesoło, ale z refleksją. To pobieżne określenie spektaklu „Moja żona odeszła z naszą terapeutką” w warszawskim Klubie Komediowym. Autorem scenariusza i reżyserem jest Michał Sufin. Tak. Nie wszystkie przedstawienia Klubu to improwizacja. Choć jej elementy w „Mojej żonie” są. Jednak aktorzy, jak na początku zapewniał Reżyser, znają spore fragmenty tekstu. Oczywiście - żartował. Bo znają cały. Prawie… Teraz żartowałem ja.
„Film zaczynać ma się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma narastać” - tak, wiem. Obciach przytaczać wyświechtaną sentencję Alfreda Hitchcocka, ale pasuje tu jak ulał. Zaczyna się ten spektakl właśnie od Big Bang. Główny bohater od swojej terapeutki dowiaduje się, że koniec z sesjami. Na dodatek pani profesor Jamochłońska oznajmia, że odchodzi razem z jego żoną. Kolejna niespodzianka czeka w domu. A w zasadzie na jego progu. Pani małżonka z uśmiechem wręcza mu torbę, poduszkę pod lędźwie i kilka nieistotnych drobiazgów, wskazując drogę prosto w objęcia rozwodu.
I start! Zaczyna się cykl lekkich, absurdalnych i zabawnych skeczy, składających się na całość podróży naszego bohatera przez meandry wynajmu mieszkania, nowych terapii i wizyt przeróżnych postaci chcących go mniej lub bardziej wesprzeć w niedoli. A może doli? To oczywiście zależy od punktu widzenia.
Klub Komediowy bardzo cenię za jakość. Humoru, tekstu, warsztatu aktorskiego. Jakość oprawy muzycznej, akustyki. I za klimat. Bo gdy jest jakość, klimat powstaje niepostrzeżenie. Przeciąga się jak zadowolony kot i układa wygodnie w ciepłym kącie. W Klubie tak to właśnie wygląda.
Na scenie znakomici Aktorzy. Urocza Małgorzata Mikołajczak ma w sobie to „coś”, co powoduje że wystarczy jeden jej gest, jedno poruszenie brwiami i już nie wypada, nie można wprost się nie roześmiać. I głos. Pięknie śpiewa Pani Małgorzata. Zresztą w Klubie umiejętności wokalne są na bardzo wysokim poziomie. Zawsze. Przecież śpiew Wiktorii Wolańskiej, szczególnie w duecie z Bartoszem Szpakiem to rzadki przykład w polskim teatrze gdy dwie osoby śpiewają w tej samej tonacji. I się nie ścigają. W pozostałych rolach męskich wystąpił Mateusz Lewandowski. Człowiek, któremu wystarczy pięć sekund i trach - mamy improwizowany wiersz łączący stringi, majtki oraz podwiązki. Na dodatek to jest zabawne. Nie głupie, nie jarmarczne. Po prostu zabawne w fajnym stylu.
To nie wszyscy. Specjalnie zostawiłem na koniec słów kilka o jeszcze jednej Aktorce tego spektaklu. Monikę Pikułę widuję głównie na scenie warszawskiego Teatru Współczesnego. Trudno jej nie zauważyć w „Vanitas”, „Grupie krwi”, czy „23 i pół godziny”. Ale to zupełnie co innego. Inny rodzaj aktorstwa. Może inna strona talentu? Tu, w rolach ciotki i dalekiej kuzynki głównego bohatera Monika Pikuła jest jak właśnie zdetonowana bomba atomowa. Jest wszędzie. Śpiewa, skacze po stole, gra z werwą jakby nagle ktoś włączył jej dodatkowy silnik odrzutowy. Świetnie się słucha i patrzy na aktorkę, której talent komediowy, podszyty refleksją w Klubie „zasysa powietrze”. Nie wiedziałem, że Monika Pikuła potrafi w ciągu kilku minut od solidnie zaciągającej wschodnim akcentem ciotuni-wampa przeskoczyć do wrażliwie sapioseksualnej zahukanej intelektualistki. I zrobić to tak, jakby obie role grały dwie identycznie wyglądające, ale zupełnie inaczej się zachowujące aktorki.
Śmiech. W Klubie Komediowym jest go dużo. Ale nie tylko śmiech tworzy urok Klubu. Michał Sufin ma lekkie pióro. Tak. Jego spektakle się po prostu pochłania. Ma też znakomity talent poetycki. Pisze piękne wiersze, które umieszcza w klubowych widowiskach.
„Lecz nie wyrzucaj tego zdjęcia
Z Sopotu z dziećmi tam za molem
Gdzie śmiał się z nas dziabnięty koleś
Kiedy nie miałem ja pojęcia
a ty się przyznać wciąż sumienia
że już nas nie ma
I nie wspominaj gdy w salonie
przy małej nam pobledły dłonie
i nie mów proszę o mej winie
nie przy niej.”
Płynie tekst wiersza. Zamyślamy się. Kto po rozwodzie, kto bez rozwodu wychodził w noc co znaczyła nic, zamykając za sobą drzwi? Wiedząc, że po tej drugiej stronie wbija się w nie wzrok najbardziej kochanych na świecie dziecięcych oczu. Kto czuł ten wzrok na sercu, ten się pogrąży w półcieniu. Zamilknie. Posłucha. Takie chwile Klub Komediowy umie stworzyć. Utrzymać dokładnie tyle, ile potrzeba aby nie uleciał nastrój i lekkość spektaklu. Bo żeby docenić śmiech, trzeba umieć się także zasmucić…
Nie mogę oprzeć się przyjemności zacytowania fragmentu jeszcze jednego utworu Sufina, który w „Mojej żonie…” pięknie zagrany i wypowiadany stanowi doskonały, wzruszająco ciepły i zarazem zabawny happy end.
„Chciałbym ci córki przedstawić
Żebyś przyszła tu do nas
I żeby starsza w drzwiach stała
taka groźna żona
I powiedziałbym: „Poznaj Helenę, Oleńkę”
I by się w domu zrobiło
Tak jakoś niedzielnie
Wpierw na klatce byś stała
z otwartymi drzwiami
Helena by pytała
„Po co jest ta pani?”
Patrzyłabyś a w ręku
topiłby się nugat,
Bo długo ta dziewczynka
potrafi nie mrugać.
„Chodź, wejdź, tak nie stójmy”
powiedziałbym tobie
Kiedy byś przyszła poznać
Moje córki obie.”.
Znowu mogę zapytać: Kto z Państwa był w takim domu stroną drzwi otwierającą, kto pocił się za nimi stremowany? A kto był na miejscach Heleny i Oleńki? Pięknie się ten spektakl ogląda, słucha. Pięknie się go przeżywa.
„Moja żona odeszła z naszą terapeutką” w warszawskim Klubie Komediowym. Świetny wieczór w najlepszym literackim i aktorskim stylu. Kto nie był - nie wiem na co jeszcze czeka!
Twórcy:
Obsada (wymiennie):
Joanna Halinowska, Monika Pikuła, Małgorzata Mikołajczak, Weronika Noskowska, Mateusz Lewandowski, Bartosz Szpak, Jakub Snochowski, Wiktoria Wolańska


Komentarze
Prześlij komentarz