Zmasakrowane dzieło

Wreszcie czas mi pozwolił i obejrzałem „Bezimienne dzieło” w reżyserii Jana Englerta. To ostatnie. Z Teatru Telewizji TVP. Miałem tego nie robić. Wewnętrzny Witkacy szarpał się jak sfora spazmatycznych meduz. Ale obejrzałem. Trudno. Muszę z tym żyć. 


Na początek pewne założenie, ważne dla poniżej spisanych zdań: Używam w nich wyłącznie imion i nazwisk aktorów i innych twórców tej telewizyjnej adaptacji. Żaden z fikających przed kamerą artystów ni na jotę moim zdaniem nie zbliżył się do postaci z „Bezimiennego dzieła”. Zatem tytułowanie ich imionami i nazwiskami stworzonymi przez Witkacego byłoby nieporozumieniem. 


O wy, znikomo małe fakty w nieskończoności czarnych żądz. O, jakże marne są wszystkie akty tych, co się puszą, karki swe gnąc". Mówi w pierwszym akcie, na samym jego początku II Grabarz. Ten tajemniczo profetyczny wiersz skupia w sobie całe założenie czteroaktowego dramatu. Więcej. W nim jest esencja myśli Autora. Zapis i wskazówka jak widzi świat i zaludniające go potwory. Mam wrażenie, że nikt tego zdania nie przeczytał. Albo je  przeczytano i pominięto w jakimś chocholim tańcu dopasowywania sztuki do poziomu odbiorcy. Czyli obrażania odbiorcy a prori założeniem jego idiotyzmu. Jan Englert w 1987 roku wyreżyserował „Bezimienne dzieło”  jako przedstawienie dyplomowe studentów PWST. Wystawił je w warszawskim Teatrze Polskim. Rok później ten spektakl trafił do Teatru Telewizji. Do dzisiaj pamiętam z niego właśnie tę scenę. Symboliczną. Wspaniale zagraną. Chylący się nad grobem pułkownik budził współczucie a zarazem przerażał nieuchronnością tego co ma nastąpić - śmierci, ale i poprzedzających śmierć paskudztw życia. A tu? Zajęczy bobek w 2026 roku z tego wyszedł, moim zdaniem. 


Justyna Kowalska zagrała tak, jakby przydająca jej postać nie była monstrum sklejonym z żądzy i fałszu, ale podlotkiem flirtującym nad sojową latte z nieśmiałym kolegą. Potworne. Po prostu potworne to było i basta. Maciej Stuhr w III akcie, „Cela”, gdy walił w więzienne drzwi przypominał swojego ojca w roli Maksymiliana Paradysa który po rozmrożeniu w „Seksmisji” domagał się uwolnienia z aresztu. Na dodatek jego kostium wyglądał zupełnie jak kombinezony ze słynnego filmu Machulskiego. W tym momencie nawet się roześmiałem, patrząc na nieporadne próby Macieja Stuhra starającego się wydobyć z siebie to coś czego tam w bebechu w ogóle nie ma i nigdy nie było. Metafizyki. Nie ma w Polsce aktora, który lepiej od Macieja Stuhra zagra postać przyziemną. Realistę zagubionego w świecie narastającej głupoty. Ale kamień gołębiem nie będzie i nie poleci w niebiosa. „Dwa są tylko miejsca dla metafizycznych jednostek w naszych czasach: więzienie i szpital wariatów.” - mówi Stuhr i jest to tak przerażająco nieprawdziwe jak tylko Maciej Stuhr potrafi. Dominika Kluźniak siłą rzeczy w miarę pasowała do swojej postaci, ponieważ zawsze jest taka jak i tu. Czyli efemeryczna, oderwana od rzeczywistości. Zagrać siebie to jednak za mało. Za mało na „Bezimienne dzieło”. Można było uczynić z tego punkt wyjścia. Ruszyć w podróż. Zabrakło, mam nadzieję, jedynie odwagi. 


To zresztą uwaga do każdego kto w tym spektaklu pojawia się przed kamerą. Englert gra Englerta. „Młody Stuhr” „Młodego Stuhra” Kluźniak Kluźniak. Najgorzej mają w przedstawieniu Teatru Telewizji najmłodsi, bo jeszcze za mało zagrali aby zagrać siebie. I to aż piszczy z ich prób udawania, że są w temacie. Nie można u Witkacego grać zaledwie siebie. Witkacy wymaga bezwzględnego posłuszeństwa postaciom. Inaczej Jego teatr rozmywa się, rozsypuje jak piasek z dziecięcego zamku na plaży. Tak się to właśnie tu stało. 


Czy na podstawie tego galimatiasu nieporadnych podskoków można napisać cokolwiek o „Bezimiennym dziele”? Wielkim dramacie Stanisława Ignacego Witkiewicza, w którym zamknął kłębki swoich lęków, myśli i teorii. Nie.  Nie można. Bo doszlibyśmy do wniosku, że wystarczy pójść na bazar i szukać sztuki Witkacego między budkami z drobiem, rybami czy owocami. Taki to teatr w telewizji, moim zdaniem, dostajemy. 


Pięknie to jest sfilmowane. Wysmakowane i znakomicie doświetlone kadry. Wyraźnie określone ich granice. Skupienie na detalu. I co? I nic. A nawet jeszcze więcej. Wklęsłe dno. Czysta Forma nie udaje się gdy zabieramy jej szeroki plan. Dusimy w bliskich. Wpada w jakieś pół-plany. Praca kamery Piotra Wojtowicza i montażystki Milenii Fiedler nie pomogła. A przeciwnie. Zabiła do szczętu ten fatalny moim zdaniem spektakl. 


Obejrzałem. Żałuję. Cóż zrobić. Kusiło i mam za swoje. 


Reżyseria

Jan Englert

Scenografia

Arkadiusz Kośmider

Kostiumy

Dorota Roqueplo

Muzyka

Piotr Moss

Zdjęcia

Piotr Wojtowicz

Montaż

Milenia Fiedler

Obsada

Maciej Stuhr

Daniel Olbrychski

Jan Englert

Grzegorz Małecki

Justyna Kowalska

Dominika Kluźniak

Arkadiusz Janiczek

Ireneusz Czop

Beata Ścibakówna

Mateusz Tomaszewski

Anna Ułas

Gabriela Kowalewska

Jakub Sasak

i inni






Komentarze

Popularne posty