Ułani i bigos nad bigosami!!!
Gdyby chcieć napisać o czym to jest - jest o wszystkim, co polskie. Jarosław Marek Rymkiewicz napisał tekst tak, jakby chciał osadzić fabułę w czymś na wskroś symbolicznie narodowym. Jest polski dworek, który przechodzi z rąk do rąk. Ułani odbijają go austriackim grenadierom a potem grenadierzy ułanom. Czyli jak w dowcipie o leśniczówce i walce partyzantów z Niemcami.
„Ułani” w reżyserii Piotra Cieplaka mieli w niedzielę jubileusz. Na Scenie przy Wierzbowej warszawskiego Teatru Narodowego zagrano ten spektakl po raz setny. A widzowie nadal dopisują. Nadal wstają w burzy oklasków. Bo jest co tu oklaskiwać.
Zacząłem od fabuły, pozostanę zatem moment przy tekście. Rymkiewicz z niebywałą lekkością przesuwa piórem po największych polskich dziełach literackich. Nad sceną unoszą się duchy „Wesela”, „Dziadów”, „Pana Tadeusza”, „Nocy Listopadowej”, pamiętnika Zofii Bobrówny. Duchy dzieł wielkich i zakurzonych. A Rymkiewicz wyrywa z nich wytatuowane w polskiej pamięci kluczowe frazy, błyskotliwie zszywa i wkłada w usta swoim bohaterom. Powstała arcyciekawa zabawa słowem. Aby wyłapać wszystkie meandry, perskie oczka i dyskretne, porozumiewawcze spojrzenia w kierunku widzów - zapewne trzeba by „Ułanów” obejrzeć kilka razy. W wersji Teatru Narodowego można o takim przedsięwzięciu myśleć z przyjemnością.
Popatrzmy na strukturę spektaklu. Nazwałem go w myślach „farsa slow motion”. Bo dzieje się tu wiele scen rodem z gatunku a zarazem przebiegają w innym, zupełnie niefarsowym tempie. Trzy akty. Z przerwami dwie godziny i dwadzieścia minut. Intrygujące. Jeśli na antrakty przeznaczyć po piętnaście minut, to na trzy akty zostaje ledwie minut sto i dziesięć. Jak to? Każdy akt po niecałe czterdzieści minut??? Jak lekcja w podstawówce? Piotr Cieplak, mam nadzieję wciąż patrzący z Zaświatów na swój spektakl i trzymający go w rękach, podzielił to jeszcze inaczej. Jeszcze bardziej poszatkował. „Ułani” zaczynają się w foyer. Pierwsza scena widowiska dzieje się między czekającymi na otwarcie drzwi na widownię zaciekawionymi gośćmi Narodowego. Między nimi przesuwa się Feldmarszał (Jerzy Radziwiłłowicz) w pogoni za Zosią (Dominika Kluźniak). To tu jego zapędy hamuje Ciotunia (Anna Seniuk) a narrację prowadzą dwie urocze jej służące Ania (Paulina Korthals) i Frania (Anna Ułas). Czy ten zabieg artystyczny „wypala”? Głosy były podzielone. Starsza część widowni narzekała na męczące stanie i czekanie. Młodszym podobało się bliskie obcowanie z wielkimi przecież postaciami polskiej sceny.
Po kwadransie zajmujemy miejsca i spektakl rusza od przerwanej rozmowy Ciotuni z Zosią, która zaczęła się w foyer. Na pewno można napisać, że przy takim podziale widowiska czas się nie dłuży. Bo ledwo dobrze usiedliśmy - przerwa. Ale mieliśmy szczęście. Z okazji setnego przedstawienia widzowie zostali zaproszeni na… bigos! Podobno na samym samiuteńkim początku, czyli w 2018 roku gdy „Ułani” mieli w Narodowym premierę, bigos był serwowany za każdym razem. Z przyjemnością skorzystałem z zaproszenia i napiszę z radością: Tak dobrego bigosu nie jadłem w życiu! Nawet pomyślałem sobie, że to genialne rozwiązanie: Gdy spektakl jest bardzo długi i nudny - wystarczy anonsować widzom, że w przerwach dostaną bigos! Z pewnością będą siedzieć w spokoju i radości. Nawet na „Niewyczerpanym żarcie” Kamila Białaszka. Tu kuchnie polowe miałyby sporo do roboty.
Ale wracajmy do „Ułanów”. szczerze mówiąc, umknęła mi idea zorganizowania drugiej przerwy. Akty nie są tu zamkniętymi całościami. Po prostu nagle zmienia się oświetlenie. Scena zamiera a widownia tonie w jasności. I tyle. Natomiast można w czasie tego kwadransa odbyć wycieczkę po scenie. Zazwyczaj wejście na nią jest surowo zakazane. Tu odwrotnie. Jesteśmy wręcz zachęcani do zwiedzania. Bo spektakl ma podtytuł. „Muzeum Wszech-Ułaństwa polskiego”. Pełno tu przeróżnych eksponatów. Jest okienko, pod które ułani przybyli. Możemy zobaczyć Zosię gdy pląsa po ogródku, zajrzeć do wiadra, z którego poi się konie, czy zobaczyć mundury poszarpane narodowymi sprawami. Nie mam zdania na ten temat. Odniosłem wrażenie, że widzowie krążąc między eksponatami też go nie mieli. Byli tym raczej zaskoczeni.
Ja także pozwolę sobie krążyć wokół „Ułanów”. Bo niby o fabule już było, ale nie wszystko. Bądź co bądź te sto i dziesięć minut w teatrze to mnóstwo czasu na wydarzenia. Rzecz kręci się wokół polskości. Jej mitycznej tradycji, fantazji. Pewnej rubaszności. Przenikania się stanów i spraw. Ale jest też uchylone okienko do rzeczy zupełnie nam współczesnych. Porucznik Lubomir, który z przyczyn całkowicie nieułańskich nie zamierza poślubić Zosi, wybierając pocałunek na ustach Feldmarszała. Zosia, której słowa i półsłówka umykają z pokoików modrzewiowego dworku i dźwięczą w uszach niczym odbijające się od dzisiejszych warszawskich murów urywki mimochodem podsłuchiwanych rozmów przechodniów. Zabawny. Tak. „Ułani” to spektakl zabawny. Nie dostrzegłem w nim owej goryczy, jaką zazwyczaj podszywane są widowiska dotykające cech i tradycji narodowych. Piotr Cieplak pokazał je w sposób zabawny i nieinwazyjny. Nawet najbardziej zagorzały patriota, mam taką nadzieję, nie znajdzie w „Ułanach” niczego, co zamiast lekkiego uśmiechu miałoby wywoływać święte oburzenie z powodu niszczenia sacrum.
Prawdziwa to przyjemność móc obcować z Artystami tej klasy co Anna Seniuk, Jerzy Radziwiłłowicz, czy Mariusz Benoit - ten ostatni pojawia się gościnnie w roli Widma. Ale nie tylko Oni. To jest piękna praca Zespołu fantastycznych aktorów. Dominika Kluźniak czyni z Zosi postać żywą, zabawną i taką, na której każde kolejne pojawienie się na scenie czekamy z zaciekawieniem. Świetni są tytułowi Ułani, czyli Major (Piotr Grabowski) i porucznik Lubomir (Hubert Paszkiewicz). Bardzo dobrze w roli Jana ogląda się Arkadiusza Janiczka, nie zapominając o dwóch pokojówkach granych przez Paulinę Korthals i Anne Ułas. Tekst błyskotliwie zabawny. Aktorsko i reżysersko - równie to błyskotliwie zostało stworzone.
Muzeum Wszech-Ułaństwa musi pełnić rolę środowiska, w którym rzecz się dzieje. Połączenie świata muzealnego z dworkowym to zasługa Andrzeja Witkowskiego, który zaprojektował scenografię i oświetlenie. Wyszło i wychodzi bardzo dobrze. Jest przejrzyście, funkcjonalnie i zarazem zabawnie. Pan Andrzej jest także autorem kostiumów. Rozumiem ideę ich powstania, jako pewnego rodzaju żart. Propozycję umowy z widzami. Stwarzają pole dla wyobraźni. Są współczesne. Niedosłowne. A jednak czułem niedosyt. Może mój pomysł trąciłby lunaparkiem, ale ułani bez mundurów mnie zawiedli. Nieco zawiedli.
Reasumując mamy w Narodowym możliwość zobaczenia spektaklu rzadko spotykanego. Ciekawego pod względem struktury, umowy z widzami. Świetnie zagranego i co najważniejsze opartego o bardzo dobry tekst. Sto przedstawień za Zespołem. Życzę kolejnej setki i kolejnych owacji na stojąco. A o przepis na bigos uśmiechnę się w swoim czasie.
reżyseria: Piotr Cieplak
scenografia, kostiumy, światło: Andrzej Witkowski
muzyka: Paweł Czepułkowski
współpraca literacka: Barbara Klicka
animacje obrazów: Antoni Witkowski
asystentka reżysera: Wiktoria Monika Gołębiewska
inspicjent: Krzysztof Kuszczyk
suflerka: Anna Leszczyńska
Obsada
Dominika Kluźniak - Zosia
Anna Seniuk - Ciotunia
Hubert Paszkiewicz - Lubomir, porucznik ułanów
Piotr Grabowski- Major, przyjaciel Lubomira
Jerzy Radziwiłłowicz - Graf, feldmarszał
Mariusz Benoit - Widmo (gościnnie)
Arkadiusz Janiczek - Jan, ordynans
Paulina Korthals - Ania, pokojówka Ciotuni
Anna Ułas - Frania, pokojówka Ciotuni
(fot. Krzysztof Bieliński)


Komentarze
Prześlij komentarz