Twarzą w twarz z fizjologią

Kobieta na progu depresji, borykająca się z postępującymi problemami osobowościowymi, wraca do rodzinnego domu. Pod jego dachem chce uporządkować swoje sprawy. Rozstrzygnąć kwestię życia i śmierci. Jest psychiatrą. To ważne. Doskonale czuje zmiany zachodzące w swojej psychice. Wystawia się na próbę poznając doktora z pobliskiego szpitala. W finale odzyskuje siły. Akceptując  głęboko zakorzenioną potrzebę samotności wraca na stronę życia. Uwalnia się od nękających ją demonów. Zyskuje spokój. 


Tak. To film Ingmara Bergmana „Twarzą w twarz”. Powstał w 1977 roku i stanowi ważny obraz kina psychologicznego. Kina. Próba przeniesienia go na scenę teatralną, przynajmniej ta w wykonaniu Mai Kleczewskiej, moim zdaniem zakończyła się kompletnym fiaskiem. Jej „Twarzą w twarz” - spektakl na podstawie filmów Ingmara Bergmana razi wieloma dyskusyjnymi elementami. Właśnie kończy się jego pięcioletni żywot w repertuarze warszawskiego Teatru Powszechnego. Postanowiwszy się z nim pożegnać, przyjrzałem mu się. 


Po pierwsze trzeba się na coś zdecydować. Albo jesteśmy w teatrze i wykorzystujemy teatralne środki artystyczne, albo wybieramy film z jego możliwościami i konsekwencjami. A tu, mam wrażenie, Pani Reżyser stanęła okrakiem nad przepaścią oddzielająca sztukę od rzemiosła. Z jednej strony kusiła ją zapewne hermetyczność teatru, sprowadzonego do jednej przestrzeni wyznaczonej trzema ścianami i czwartą otwartą. Z drugiej błyskała możliwość całkowicie przeciwna. Otwarcie na wielorakość przestrzeni, co umożliwia  praca z kamerą. Zapomniała o jednym. 


Sven Nykvist. Z Ingmarem Bergmanem współpracował kilkadziesiąt lat. Prowadził kamerę w ponad dwudziestu jego filmach. Nazywany „kapłanem światła” operator filmowy stał się ikoną bergmanowskiej poetyki. Nie ma bez jego pracy ani „Szeptów i krzyków”, ani „Persony”. Nie ma też „Twarzą w twarz”. Ustawienie przaśnej kamerki przypominającej sprzęt wuja na imieninach cioci i zafiksowanie jej w jednym planie, pracy Nykvista nie zastąpi. Film to fascynująca, skomplikowana przygoda. Kamera jest jak różdżką czarodzieja. Zmienia wszystko. Postrzeganie ruchu aktora, wagę detalu, określa świat dookoła wydarzeń. Największym mankamentem teatralnego „Twarzą w twarz” jest fatalny, moim zdaniem, pomysł na bylejakość filmowania. 


W ogóle kamera w teatrze sprawdza się bardzo rzadko i tylko jako uzupełnienie fabuły, która opanowuje scenę. Raz. Jeden raz widziałem spektakl, w którym mnogość projekcji filmowych nie raziła. To „Śnieg” w reżyserii Bartosza Szydłowskiego. Filmu było tam sporo. Ale doskonale przemyślano jak go wykorzystać i po co go na scenę wprowadzano. 


Maja Kleczewska, mam wrażenie, dobrego uzasadnienia nie podała. Niby jej spektakl to wiwisekcja i rozliczenie Bergmana z kreowanego przez niego w filmach świata. Niby. Bo Bergman-narrator znika w pewnym momencie. Uwalniając od swojej opowieści aktorów bardziej pozostawia ich w bezradnej niepewności, niż daje wolność. Niby - użyję tego słowa raz jeszcze - Kleczewska przygotowywała swoje widowisko w czasie pandemii i ona determinowała przeładowanie go pracą kamery. Ale poetyka lockdownowych online’ów była zupełnie inna niż w jej spektaklu. Ani pierwszy ani drugi argument do mnie nie trafiają. Dostajemy nijakie pomieszanie projekcji z aktorskimi scenkami, granymi nota bene bliżej horyzontu niż proscenium. Niewiele z tego można zobaczyć, tym bardziej że na pierwszym planie widzimy pokaźnych rozmiarów pupę Pana Operatora. Ustawiono go na samym środku i krawędzi sceny. Tuż przed pierwszym rzędem. Skutecznie zasłania zatem to, co próbują zagrać aktorzy. 


Pisałem o pseudonimie Nykvista. „Kapłan światła”. Kiedy oglądam filmy Ingmara Bergmana ujęcia zapadają w pamięć jak wysmakowane, wieloznaczne obrazy. Gra światła i cienia jest tu dopracowana do perfekcji. Nie tylko zresztą Nykvist słynął z szacunku dla światła. Przecież genialna „Siódma pieczęć”, gdzie właśnie cień i blask budują napięcie to dzieło innego legendarnego operatora, Gunnara Fischera. A reżyserował oczywiście Ingmar Bergman. Jeśli duchy Nykvista i Fischera wpadły zobaczyć spektakl w Powszechnym, to zapewne pisały petycje do Pana Boga o ustanowienie instytucji samobójstwa dla duchów. Widowisko jest oświetlone tak, jakby zamiast pełnej reflektorów rampy dookoła sceny zamontowano kilka poczciwych „czterdziestek”, „sześćdziesiątek” i może ze dwie „setki” - czyli żarówki z czasów gdy ledy i halogeny były pieśnią przyszłości. Raz jeden zza drzwi prosto w oczy widzów - bez żadnego ostrzeżenia - wali potężny snop skupionego, białego światła. Dostałem się w jego niszczące oczy działanie. Mam odwarstwienie siatkówek. Wolałbym być o takich strzałach światłem informowany przed spektaklem. A najbardziej to bym chciał, aby one były po coś. 


Scenografia. No cóż. Skoro Maja Kleczewska nie zdecydowała czy chce zrobić film czy teatr, zadanie Zbigniew Libera miał trudne. Zbudował coś anty-teatralnego. Konstrukcję, która zupełnie nie uwzględnia interesu czwartej ściany. Widowni. Najważniejsze rzeczy w spektaklu „Twarzą w twarz” dzieją się hen hen daleko od niej. Upchnięte gdzieś pod ścianą na końcu sceny. Albo w ogóle poza polem widzenia publiczności. W zamkniętej przestrzeni, do której dostęp ma jedynie kamera. Tam odbywają się najważniejsze dla spektaklu dialogi. Tam buduje się jego dramaturgia. Możemy to oglądać jedynie w statycznym planie średnim na wielkim ekranie zawieszonym wysoko nad sceną. 


Rzeczywiście w spektaklu jest mocna jedna rola. Kilkukrotnie nagradzana i dostrzegana przez krytyków Karin, czyli postać głównej bohaterki kreowana przez Karolinę Adamczyk. Bardzo bym chciał zobaczyć tę postać bez konieczności oczopląsu między ekranem a poszukiwaniem jej w zakamarkach sceny. Pani Karolina stworzyła Karin bardzo umiejętnie. Jej rozdwojenie osobowościowe między to, co realne a to co urojone wyszło znakomicie. Z zainteresowaniem można by śledzić postępujące osuwanie się w depresyjne szaleństwo Karin. Gdyby nie ta fatalna pogoń wzrokiem i wieczny dylemat: wolę oglądać Karolinę Adamczyk na żywo, czy w filmie? 


I teraz najgorsze z najgorszych. Ale będę szczery. Gdy w ocienionym zakątku sceny facet z głową barana wraz z kumplem gwałcił Karin, wpadła mi do głowy myśl: Nie chcę już. Ucieknę. Powstrzymałem się, bo była to bodaj czterdziesta piąta minuta prawie trzygodzinnego spektaklu. Ale gdy na mniej więcej pół godziny przed jego końcem byłem już tylko obolałym strzępkiem mięśni szyi naciągniętych od wiecznego zadzierania głowy, oczy mnie piekły od wytrzeszczania ich i przymykania czyli przeskakiwania od ekranu do sceny i z powrotem, a na domiar złego facet obok mnie spokojnie kimał - podjąłem rozpaczliwą decyzję. Wiem. To świętokradztwo. Zrobiłem to ledwie kilka razy w życiu. Jestem w rozpaczy i wstydzie. Jednak usłyszawszy szmer obok i zobaczywszy parę widzów mocujących się z  drzwiami - zwiałem. Uciekłem za nimi z widowni. Tak. Sypię popiół na głowę, wdziewam liche pokutne odzienie. Na swoje usprawiedliwienie mogę okazać jedynie rachunek z apteki, do której momentalnie pognałem po krople dla zdewastowanych oczu. 


A na zakończenie groteska. „Twarzą w twarz” w Teatrze Powszechnym trwa sto siedemdziesiąt minut bez przerwy. I spektakl ten był oferowany w ramach… dnia seniorskiego!!! Wyobrażają sobie Państwo na jakie upokorzenie i mękę Powszechny próbował skazać osoby starsze? Często bywam na spektaklach granych właśnie dla seniorów. Wiem, że wiek nie pomaga fizjologii. Zastanawiam się, czy oni w Powszechnym zrobili to dla okrutnego żartu, czy po prostu nie pomyśleli…


  obsada


Karolina Adamczyk- Karin

Aleksandra Bożek – Estera

Michalina Dement-Żemła (gościnnie) – Weronika

Michał Jarmicki - Johan (dziadek)

Ezra Kos (gościnnie) – młody Bergman

Damian Kwiatkowski gościnnie) – Wankel, Mikael, Gwałciciel, Demon

Dagmara Mrowiec-Matuszak (gościnnie) – Agnes/Maria

Arkadiusz Pyć - (gościnnie) – gość

Maria Robaszkiewicz - Marianna (babcia)

Piotr Stramowski  (gościnnie) – Tomasz

Michał Surówka (gościnnie) – Gwałciciel 2

Julian Świeżewski - Bergman

Małgorzata Witkowska (gościnnie) – Charlotta (matka)

Anna Dzieduszycka (zastępstwo za Arkadiusza Pycia w dniach: 27-31 marca)


twórcy


reżyseria – Maja Kleczewska

dramaturgia – Łukasz Chotkowski

scenariusz sceniczny – Łukasz Chotkowski, Maja Kleczewska

scenografia – Zbigniew Libera

kostiumy – Konrad Parol

muzyka – Cezary Duchnowski

reżyseria światła - Piotr Pieczyński

realizacja materiałów filmowych – Kacper Fertacz

montaż materiałów filmowych – Alan Zejer

producentka, asystentka reżyserki – Michalina Dement-Żemła

wideo live – Klaudia Kęska

asystentki reżyserki – Olga Ciężkowska, Patrycja Wysokińska

operator kamery na scenie – Łukasz Nadwodny

inspicjentka - Sandra Milošević

realizacja dźwięku na planie i udźwiękowienie materiałów filmowych – Jan Moszumański

ostrzyciel, asystent operatora kamery – Maciej Berski

realizacja światła na planie – Jakub Gamdzyk (mistrz), Kamil Andryszczyk, Bartosz Baprawski

statysta – Robert Dobak

we fragmentach filmowych występują także – Anna Dzieduszycka, Krzysztof Nagnajewicz, Krzysztof Lach







Komentarze

Popularne posty