To jest teatr...
Gdy wybrzmiały ostatnie słowa i aktorzy zeszli ze sceny - zapadła cisza. Siedzieliśmy w milczeniu. Nikt nie miał siły się poruszyć. Nie chciał zerwać tej subtelnej więzi jaka powstaje w teatrze między widzami a twórcami. Wytwarza się jednak tylko wtedy, gdy teatr mówi. Nie krzyczy, nie kwili, nie bełkocze. „Żydowski pies” w reżyserii Ewy Galicy właśnie mówi. Spektakl grany jest w warszawskim Teatrze Żydowskim od jesieni 2023 roku. I oby grano go jak najdłużej na malutkiej scenie przy Senatorskiej.
W roli tytułowej Jerzy Walczak. To jeden z najlepszych aktorów dramatycznych, których można współcześnie podziwiać na polskiej scenie. Drobny, przykuwający uwagę. Świetnie operujący słowem i natężeniem dźwięku. Tempem wypowiedzi i pauzą. Tu w roli odkrywającej się wolno, wymagającej skupienia i kapitalnych zdolności aktorskich. Obserwowanie jak przekształca swojego bohatera, wraz ze zmianami status quo, to po prostu wykład Mistrza na spotkaniu z uczniami. Proszę pozostałych Aktorów o wybaczenie. Zagrali Państwo znakomicie i zbudowaliście na scenie konstrukt emocjonalny najwyższej próby. Jednak w „Żydowskim psie” jest po prostu teatralna kreacja Jerzego Walczaka i trudno nie skłonić przed Nim z szacunkiem głowy.
Tekst dramatu powstał w oparciu o prozę Ashera Kravitza pod takim samym tytułem. Przenosimy się za sprawą „Żydowskiego psa” do Niemiec. Druga połowa lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Wypadki zaczynają przypominać tworzenie górskiej lawiny. Już odrywają się i osuwają pierwsze bloki lodu i śniegu. Symptomy nadciągającego kataklizmu. Ale wciąż jeszcze można łudzić się, że katastrofa jakimś cudem się zatrzyma. Lawina zastygnie nie czyniąc nikomu krzywdy.
Tak w swoim mieszkaniu myśli Kalman Gottlieb (Rafał Rutowicz). Żyd zwolniony już z pracy za pochodzenie. Wciąż łudzący się, że na Niemcy musi przyjść opamiętanie. Jego żona, nauczycielka Shoshana (Joanna Przybyłowicz), chce uciekać. Czuje że każdy dzień w państwie Hitlera to igranie ze śmiercią. Jednak zostaje w domu, w którym poza nimi mieszkają dwa owczarki niemieckie. O jednym z nich właśnie jest ta historia.
A potem jest już za późno. Lawina ruszyła i zmiatając ze swojej drogi wszystko co tylko napotkała, wpadła do świata Shoshany i Kalmana. Ona uwierzywszy zapewnieniom o wyjeździe do pracy w fabryce, gdzieś w malowniczym okręgu przemysłowym, daje zapakować się do pociągu. On zostaje w domu, uważając że miejsce ma się tam gdzie się przyszło na świat. Kobieta trafia do Treblinki, mężczyzna ginie od strzału z pistoletu SS manna.
Zostaje pies. Trafia do niemieckiej rodziny. Hildegarda Dürer to spodziewająca się dziecka szefowa klubu kobiet SS. Teodor, jej mąż - pnący się po szczeblach kariery nazista i morderca Kalmana. Pies jest naturalnym uzupełnieniem ich rodziny. Zmienia się. Inaczej zachowuje. Zaczyna budować relacje z nowymi właścicielami. Jednak ich świat ma lec w gruzach przez losowe zdarzenie. Mężczyzna ginie w wyniku nieszczęśliwego wypadku, kobieta traci ciążę i pozbywa się zwierzęcia. Zagubiony, głodny i zziębnięty pies trafia do miejskiego hycla Ralpha, marzącego o karierze mundurowej.
Tu zaczyna się kariera owczarka niemieckiego, który od pierwotnego imienia Kaleb, przez Wilhelma staje się Blitzem. Szybko się uczy. Jego nowy pan i mocodawcy w czarnych mundurach są zachwyceni. Blitz trafia ze swoim trenerem do Treblinki. Pełni służbę na rampie kolejowej. W obozie spotyka go Shoshana.
Skrót. Nie jest to spektakl, który daje się łatwo i chłodno opisać. Oglądamy ciąg koszmarnych zdarzeń w skupieniu i bezruchu. Trzymani w napięciu chłoniemy rozwijającą się na naszych oczach sieć niewyobrażalnego zła. I patrzymy na tych, którzy tkają ją dla własnego sukcesu albo na swoją zgubę. W „Żydowskim psie” nie ma dobrych i złych. Są tylko słabi i szykowane im okrucieństwo przez silnych. Słabość nie jest zresztą żadnym usprawiedliwieniem. Jest jedynie postawą, która w ostatecznym rozrachunku nie przyniosła jej zwolennikom niczego dobrego. W tym zawirowaniu trwa pies. Posłuszny woli swoich panów wykonuje okrutne polecenia. Bawi się nimi. Traktuje dyżury na obozowej rampie jak grę w której ludzka ciżba stanowi pionki, karane za niesubordynację ostrymi psimi zębami.
Z wielkim wyczuciem został zagrany spektakl. Na dodatek z przyczyn lokalowych grany tak blisko widzów, że mamy wrażenie uczestniczenia w prezentowanych wydarzeniach. Jesteśmy w domu Kalmana. Obserwujemy jego śmierć. Przenosimy się do mieszkania urzędników machiny tej śmierci, aby wreszcie wylądować w obozowej kwaterze strażnika.
I ten przerażający koniec. Gdy zdemaskowany, niepotrzebny swoim mocodawcom Blitz wreszcie pierwszy i ostatni raz w życiu spotyka na swojej drodze bezinteresowność. Nikt już niczego nie oczekuje od pól sparaliżowanego, poranionego zwierzaka. Dostaje jednak coś, czego innym ludziom nie dawała machina w której Blitz służył. Możliwość spokojnej i godnej śmierci.
Świetny. Po prostu niebywale świetny spektakl Teatru Żydowskiego. Wrócił. Zagrali go trzy razy w secie marcowym. Zagrają jeszcze w tym sezonie? Moim zdaniem warto śledzić repertuar Teatru Żydowskiego. Żeby nie przegapić.
Twórcy
Reżyseria i Scenariusz
EWA GALICA
Scenariusz i Choreografia
ANDRZEJ MICHALSKI
Scenografia i Kostiumy
MAREK IDZIKOWSKI
Muzyka
MICHAŁ LAZAR
Światło, Multimedia
SEFA SAGIR
Inspicjentka
MONIKA SOSZKA
Obsada
JERZY WALCZAK
JOANNA PRZYBYŁOWICZ
MAŁGORZATA TRYBALSKA
RAFAŁ RUTOWICZ
MARCIN BŁASZAK


Komentarze
Prześlij komentarz