Mama na czwórkę z minusem
Bardzo lubię teatr dla dzieci. Tu najwięcej dzieje się na widowni. Spektakl analizowany jest w czasie rzeczywistym, werdykty wydawane całym ciałem, głośnymi okrzykami. A argumenty pro i kontra niebywale celne. Dla dorosłego zaskakujące.
Myślałem o tym wracając z warszawskiego Teatru Lalka, gdzie premierowo pokazano „Naszą Mamę Czarodziejkę” w reżyserii Leny Frankiewicz. Scenariusz Sandra Szwarc oparła na motywach zaczerpniętych z literatury Joanny Papuzińskiej. Oglądałem spektakl uważnie. Jako osoba dawno już po ukończeniu edukacji przedszkolnej miałem do niego kilka zastrzeżeń. Zdziwiłem się, gdy podobne sformułowali jego najważniejsi widzowie. Siedzące dookoła mnie maluchy.
Na scenie zaczęło się zupełnie nieźle. Przyjemne wrażenie sprawiają kostiumy, scenografia i lalki autorstwa Agaty Stanuli. Stroje są utkane z pogranicza baśni i realiów współczesnej Warszawy. Pewne ich elementy przerysowane tak, aby wzmacniały portrety charakterologiczne ubieranych w nie postaci. Dwaj podcasterzy - Wojtek i Piotrek - może nieco za infantylnie wypadają w swoich porciętach, podkolanówkach i fryzurach przypominających gości z kabaretu OTTO przebranych w kostiumy z programu „Tik Tak”. Ale wszystko równoważy ciekawa zabudowa przestrzeni scenicznej. Dach, który w trakcie spektaklu zmienia się w mieszkanie czarodziejskiej rodziny, okolice pomników Chopina i Syrenki. Miłe, przyjazne oku.
Gdzie w takim razie tkwi problem? Co powodowało, że siedzący obok mnie gentleman lat może pięciu w pewnym momencie głośno zapytał „Kiedy będzie ta walka?” I dlaczego grupka teatromanów w jego mniej więcej wieku zgodnie oświadczyła, że „W porządku ale Skarpetki były lepsze”. Musiałem poszukać w internecie, bo mam swoją godność i nie zapytałem z pokorą tych teatromanów o jakim mówią spektaklu. Znalazłem. Zapewne mieli na myśli „Niesamowite przygody skarpetek” w reżyserii Roberta Jarosza z warszawskiego Teatru Baj. Próbowałem podsłuchiwać dalej, ale przeszli do fachowych ustaleń z mamą co i gdzie będą jeść. Ważna decyzja, jeden z praktycznych maluchów oświadczył że się już nasiedział i chce jeść na stojąco. Pozostali przyklasnęli i rozmowa odeszła od „Naszej mamy czarodziejki”. A ja pozdrawiam Mamę, która z tymi małymi teatromanami była. I chyląc przed Nią z szacunkiem czoła gratuluję. Jest Pani wspaniałym Rodzicem. Dzięki Pani rosną i pięknie rozkwitają nowi miłośnicy teatru. Bardzo serdecznie Pani za to dziękuję. Jest Pani prawdziwą Mamą Czarodziejką.
Wróćmy do spektaklu Teatru Lalka. Co w takim razie tu może zgrzytać, skoro kostiumy fajne, scenografia ładna, Aktorzy budzący sympatię? Mam wrażenie, że za dużo zastosowano skrótów myślowych i uproszczeń. Historia działa na wyobraźnię. Jest tak: W Warszawie od lat mieszkają czarodzieje. Dobrzy, czasem złośliwi, zabawni. Ale kochają swoje miasto. W sytuacjach zagrożenia stają zawsze do walki ze złem. Taką czarodziejką jest mama Zuzy i Antka. Dzień po dniu rozwiązuje większe i mniejsze problemy stołecznych zakamarków. W jej pracę oczywiście zaangażowana jest cała rodzina a podglądają czary dwaj podcasterzy, twórcy audycji o magicznych miejscach Warszawy. Spotkali Mamę Czarodziejkę w akcji uwalniania Księżyca, który zahaczył o Pałac Kultury i nie mógł się uwolnić.
Brzmi niemal potterowsko, prawda? Dołóżmy do tego czarny charakter, otwarcie szczeliny czasu i wydobycie z niej wegetariańskiego tyranozaura, weźmy także dziadka-czarodzieja i… co tu się ma nie udać? No właśnie. Moim zdaniem niedobrze, że sporo atrakcyjnych dla malucha wydarzeń dzieje się w domyśle. Poza jego okiem. Dorosłych może rozbawi wrzutka o powstrzymaniu urzędników, chcących wyrugować z siedziby Komunę Warszawa. Albo ta o czarach mających naprawić fontannę w Ogrodzie Saskim tryskającą ramenem. Dzieci jednak muszą to zobaczyć, aby uwierzyć. Widzieć, jak Mama Czarodziejka rozmawia z urzędnikiem i jak amen znów zmienia się w parkową wodę. Muszą też dowiedzieć się kto te wszystkie anomalie powoduje. A tu najfajniejszy ciąg miejskich czarów odbywa się tak: Dzwoni telefon, mama odbiera. Głośno powtarza co też właśnie się stało w mieście. Potem grupa bohaterów na scenie podnosi ręce i ciach, załatwione. Mama odbiera kolejny telefon z inną sprawą. W tym momencie, jak zauważyłem i poczułem na własnej skórze - nastrój na widowni siadł.
Na domiar złego wydarzenia, kilka wydarzeń, które znalazły miejsce na scenie są znacznie mniej atrakcyjne od tego co muszą sobie widzowie wyobrazić. Mama Czarodziejka udaje się do Wilanowa aby na placu zabaw nauczyć nadętego Brajana asertywności. Trącący dydaktycznym smrodkiem banał. Zuzia z Antkiem oraz podcasterami jadą na Żoliborz na spotkanie z dziadkiem. Siadają a starszy pan prawi im, niczym kombatant w harcówce, o dawnych czasach.
Koronnym przykładem sceny gdy dzieje się za mało jest finałowa walka dobra ze złem. Mama Czarodziejka i Mroczny Mroczysław (prawie nazywa się jak ja, co konstatuję z przyjemnością) kicają w lewo oraz prawo, jak ludziki w dawnych najprostszych gierkach komputerowych. Raz Mroczysław łapie mamę za nogę. Po krótkiej chwili, doprawdy z przebiegu sceny stawiałbym w tej walce na remis, Mroczysław przegrywa. Pokonany oświadcza że już lubi roślinki i maszeruje je sadzić. I właśnie wtedy ów młodzian z widowni zapytał, kiedy będzie walka. Zgadzam się z nim.
Widziałem sporo przedstawień dla dzieci. Sporo nie znaczy oczywiście tyle, ile mógłbym gdybym wieczorami nie chadzał do „dorosłych” teatrów. Jednak nawet mój ogląd świata teatru dziecięcego pozwala na wątpliwości, czy „Nasza Mama Czarodziejka” nie jest zbyt pobieżna. Powierzchowna jak na gust widza do którego ją skierowano. Przypomniałem sobie wyjście, po jednych z głośniejszych owacji jakie słyszałem, z wrocławskiej „Arabeli” w reżyserii Piotra Ratajczaka w oparciu o kapitalny tekst Maliny Prześlugi. I tę dziewczynkę, która ledwo opuściła widownię już ciągnęła tatę do kasy po bilety aby zobaczyć to raz jeszcze. Różnica była oczywista. Tam prowadzeni przez Reżysera Studenci Akademii Sztuk Teatralnych wykreowali dynamicznie się zmieniający, wiecznie zaskakujący, śmieszny i ironicznie pokazany świat. w „Naszej mamie…” tego moim zdaniem brakuje. Weźmy jeszcze raz na warsztat wątek walki dobra ze złem. OK, nic to przecież w bajkach nowego. Ale dobro i zło ścierają się w nich prawie od samego początku. Tutaj na dowiedzenie się kim jest i jak wygląda Mroczny Mroczysław dzieci muszą czekać aż do ostatniego kwadransa tego 75 minutowego widowiska. Oczywiście postać ta na scenie wcześniej jest. Nie psując dzieciom zabawy - zapewne czytają mnie ich Rodzice - napiszę, że facet z peruką a la Presley, będący szefem korpo w którym Mama kiedyś pracowała jest właśnie tym złym. Jednak kiedy zostaje zdemaskowany nie zachodzi w nim żadna przemiana. Nie zrzuca kostiumu szefa, pod którym miałby dajmy na to czarny strój Mroczysława. Po prostu mówi mnie więcej: OK, jestem zły. I zaczyna się opisana wyżej walka z Mamą Czarodziejką.
Reasumując. Dzieci spektakl oklaskiwały. Na pytanie czy się im podobało krzyknęły w kierunku sceny, że tak. Jednak żaden maluch za żadne skarby świata nie przyzna się przed bajkowymi postaciami które go z życzliwością pytają czy było fajnie, że było zaledwie spoko. Takie rzeczy mówi się Mamom, Tatom. Ale już po wyjściu z widowni. „Nasza Mama Czarodziejka” to spektakl średni. Nie można powiedzieć zły, byłoby to nieprawdą. Ale moim zdaniem do czołówki, przynajmniej w grupie tych widowisk które oglądałem, to bym go nie zaliczył.
Choreografia: Agnieszka Kryst
Muzyka: Magdalena Sowul
Reżyseria światła: Maciej Iwańczyk
Asystent reżysera: Jakub Tofil
Obsada:
Nikola Czerniecka - Zuza
Bartosz Krawczyk - Tata
Wojciech Pałęcki - Podcaster Wojtek
Agnieszka Sawicka - Mama Czarodziejka
Wojciech Słupiński - Dziadek Andrzej, Księżyc, Pianista
Jakub Tofil - Antek
Piotr Tworek - Podcaster Piotrek
Andrzej Perzyna - Filip Fliperski, Brajan, Dinozaur, Mroczny Mroczysław


Komentarze
Prześlij komentarz