Kukła
„Lalka” Bolesława Prusa nie jest żadną świętością. Jest dziełem literackim. Jak każde. Literatura, która zostaje okrzyknięta sacrum - umiera. Przestaje się czytać na inne, niż jedynie słuszny, sposoby. Trwa. Kolejne pokolenia podchodzą do niej z coraz większym dystansem. Wreszcie kończy na strychu historii. Dlatego nie ujmuję Mikicie Iłynczykowi prawa do odczytania „Lalki” Prusa według własnych reguł i obserwacji. W tym względzie jego spektakl w Teatrze Dramatycznym jest eksperymentem możliwym do przyjęcia. Ale w zasadzie tylko w tym.
Moje dotychczasowe dwa spotkania ze sztuką Mikity Iłynczyka, Białorusina mieszkającego w Polsce, były można rzec mało udane. Po haniebnie antypolskim „Witaj Abdo”, tu jest autorem tekstu, oraz umiarkowanie antypolskim „Unpackingu” - tu z kolei Iłynczyk reżyseruje - w myśl zasady do trzech razy sztuka, zobaczyłem w jego reżyserii i adaptacji „Lalkę” na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego. Za dramaturgię - diabli wiedzą po co i na co, skoro ma się tekst literacki i reżysera/adaptatora - odpowiada Goran Injac.
Trzy godziny. Dużo. Ale przecież to kawał powieści. Gorzej, że po tych trzech godzinach widz wychodzi tak samo mądry, jak był wprzód. Jeśli czytał lub oglądał „Lalkę” wcześniej, to mniej więcej chwyci tu i tam skrawki fabuły. Bo Iłynczyk wystawia widzowską życzliwość na wielką próbę. Po pierwsze nieczytelne jest miejsce akcji. Sklep Wokulskiego jest połączeniem sklepu i muzeum sztuki współczesnej. Ignacy Rzecki ma ledwie malutkie stoisko z parą rękawiczek oraz blat, na którym miesza lecznicze kropelki. Nie ma również jedności czasu. Chaotycznie przenosimy się przez jego mgłę. Bywamy w dziewiętnastowiecznej Warszawie, skaczemy do czasów nam współczesnych. Ale mowa jest też o wydarzeniach z 1939 roku, a nawet z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Biedny Ignacy Rzecki stoi przy swoim blacie a dookoła niego zasuwa czas tak, że bodaj sam nie wie kim i gdzie jest.
W tym chaosie czasu i miejsca akcji reżyser ułożył galimatias jeszcze większy. Mam wrażenie, że z dramaturgiem chwycili „Lalkę” Prusa, porozdzielali na strony i pospinali je byle jak spinaczami biurowymi. Potem podrzucili całość ku sufitowi. To, co spadło im na stół wzięli i uznali za dramat sceniczny. Misz masz wywołany usuwaniem wielu epizodów, stanowiących ważne elementy literackiego pierwowzoru, czyni z tego spektaklu worek rozmaitości Wszystko w nim grzechoce, chce coś opowiedzieć. Ale ta opowieść jest wyrwana z kontekstu. Niedokończona. Bo kolejna scena, zupełnie jej nie kontynuująca, już pędzi po sali.
Wokulski to kupiec, który w Warszawie stanowi forpocztę rosyjskich interesów gospodarzących. Za nim maszeruje prawdziwy kapitał moskiewski, uosobiony przez Suzina. Trafia na życzliwy grunt w osobach Marszałka i Księcia. Ale tu bęc! Scena się obraca - i to zupełnie dosłownie - przenosząc nas do sali muzeum sztuk współczesnych. Wisi tam na środku spore coś, co wygląda na solidnie włochatego mamuta. Jednak nim nie jest. Objaśnia to nam Izabela Łęcka, która w muzeum pełni rolę przewodniczki i właśnie oprowadza grupkę pań z towarzystwa. Te są z kolei wyjęte z poetyki dziewiętnastowiecznej. Okazuje się, że mamut nie jest mamutem, tylko instalacją z włosów kobiet będących ofiarami światowych konfliktów. Super. Tylko po co? Nas już zresztą w tym muzeum nie ma. Teraz lądujemy w miejscu, w którym jeśli ktoś ma nadmiar wyobraźni to sobie wykreuje kantorek Rzeckiego. Pannica, co przed chwilą była kelnerką na spotkaniu Wokulskiego z warszawskimi decydentami, teraz jest (w tym samym kostiumie) kimś w rodzaju kierowcy wózka. Wpycha go i ułożone na nim dolarowe banknoty. Dlaczego dolarowe, skoro przez cały czas Rzecki z Wokulskim rozmawiają o rublach? Tajemnica twórcza Pana Reżysera.
I tak jest przez cały pierwszy akt. Dwugodzinny mniej więcej. Z ochłapów scen trzeba sobie szyć fabułę, domyślając się dlaczego Baron pojedynkował się z Wokulskim i stracił ząb, który przesyła Izabeli. Jakaś wojna wisi w powietrzu, ale nikt nie wie czy i kiedy wybuchnie. Kobiety mają rodzić dzieci. Mężczyźni zarabiać. Rosja dostarczać kulturę nowego miru. Panienka kelnerka okazuje się być Weroniką i tańczy coś w rodzaju połączenia baletu Czajkowskiego z harcami przy bieszczadzkim ognisku. Wokulski na to patrzy z zainteresowaniem graniczącym ze zgrozą. Cut! Nie wiemy nic o tym, jak potoczą się losy Weroniki. A Weronika ma być, jak zrozumiałem, jakimś cieniem powieściowej Marianny. Bardzo ważnej przecież dla zrozumienia skomplikowanej osobowości i postaci Wokulskiego. Potem pojawia się z tajemniczym neseserem profesor Geist i wyciąga z niego, niczym rasowy iluzjonista w cyrku, tajemniczą substancję. Na moje oko wygadała jak gęste, ale nieklejące się do rąk ciasto naleśnikowe. Obaj z Wokulskim uznają że jest to metal lżejszy od powietrza i że można go opylić Rosjanom. Chyba im się udaje, bo w drugim akcie Geist pojawi się raz jeszcze po to, aby okazać jaką radochę sprawia mu złożona przez Suzina propozycja wyjazdu do Moskwy i dalsze tam badania nad swoim ciastometalem.
Drugi akt trwa czterdzieści minut. Jest podobny do pierwszego, jeśli chodzi o logikę fabuły. Zaczyna go, na tle zasuniętej kurtyny, scena pomówienia Stawskiej przez Krzeszowską o kradzież lalki. Jest zupełnie poza tym, co skołatany umysł widza sobie w głowie poukładał. Wepchnięta w spektakl kolanem nie trzyma się go nawet siłą woli.
Dajmy spokój fabule. Nie ma jej w tym spektaklu za wiele, moim zdaniem. Trzeba sobie tutaj wszystko samemu wymyślić, dołączyć jakieś elementy spajające i może wtedy coś na kształt pokracznej laleczki nam wyjdzie. Kolejny kłopot. Scenografia autorstwa Justyny Elminowskiej jest jakimś konglomeratem „Lalki” z rzeszowskiego Teatru im. Wandy Siemaszkowej i „Wiśniowego Sadu” z warszawskiego Teatru Powszechnego. Pierwszy spektakl przypomniała mi obracająca się konstrukcja. Tylko, że w Rzeszowie jest to spójny przemyślany projekt. Tu scena się kręci ale niewiele z tego wynika. Oglądamy surowe, stalowoszare mury i tego dziwacznego mamuta. W drugim akcie zastąpi go szkielet wagonu kolejowego z kołami z jednej strony a podpórkami z drugiej. Smutna szarość przypomniała mi właśnie scenografię „Wiśniowego…”. Ale tam także projekt był spójny i logiczny. Tu jest zlepek pomysłów. Taki konglomerat może być sklejką. Ale nie litym drewnem.
No i Aktorze - graj! Można po tym wszystkim powiedzieć. Zagrali. I trzeba oddać Obsadzie spektaklu, stanowili najjaśniejszy punkt widowiska. Marcinowi Bosakowi, mimo chaotycznie lepionej historii, udało się stworzyć ciekawego Wokulskiego. Jest ta iłynczykowa „Lalka” za płytka aby postać napisana przez Prusa pokazała wszystkie swoje walory. Jednak konsekwencja Bosaka i determinacja w uratowaniu jej dla widzów przyniosła niezły efekt. Obserwujemy człowieka silnego, choć obarczonego demonami przeszłości. Bezwzględnego a zarazem podszytego romantyzmem. Takiego, jakim był literacki protoplasta. Jednak wiele Pan Marcin więcej zrobić nie mógł. Za mało zostawiono miejsca do rozbudowania postaci. Bardzo dobry jest moim zdaniem Ignacy Rzecki w wykonaniu Piotra Siwkiewicza. Także niewiele mu zostawiono do ulepienia Starego Subiekta na potrzeby spektaklu. I z tego, co dostał ułożył go ciekawie. Cichy, elegancki. Spokojny i rzeczowy. Człowiek czasów minionych, stojący na skraju światła i cienia. Mariusz Drężek z kolei imponuje nie tylko okazałym futrem ale także udaną rolą Suzina. Przypomina trochę postać Borisa the Blade ze słynnego filmu „Snatch” Guya Ritchie. Widocznie tak mają wyglądać robiący biznesy Rosjanie. Nie dyskutuję, bo Suzin był całkiem OK. Więcej postaci nie pamiętam. Aha. Zapytają Państwo jak wypadła Izabela Łęcka? Cóż. Moim zdaniem nie wypadła. Próba jej stworzenia przez Martę Ojrzyńską okazała się kompletnie nieudana. Ani ta Łęcka pusta i niedostępna, ani mądra i przenikliwa. Żadna.
Jest jeszcze jeden moment, który swoją naiwnością zirytował mnie i rozśmieszył zarazem. W pierwszym akcie Suzin wypowiada się na temat kultury, którą niesie ze sobą nowy mir. Teatr, malarstwo, muzyka. I tu zaczyna na cały regulator zaiwaniać ta ostatnia. A nad sceną przesuwa się pasek z tekstem zaczynający się od słów: „Towarzyszki i Towarzysze”. Dalej jest informacja o tym, że muzyka pochodzi z kraju agresora i kto chce może wyjść. Napis przesuwa się dwa razy i muzyka robi stop. Nawet gdyby ktoś chciał widownię opuścić, zapewne nie oddaliłby się na metr od swojego miejsca w tym czasie. Po co to się znalazło? Ba!
I tyle. Jak napisałem na początku: Każdy może sobie „Lalkę” czytać jak chce. Iłynczyk z Dramaturgiem tez. Czy to się skleja w spektakl? Mam wątpliwości. W Teatrze Dramatycznym premiera o moim zdaniem skromnym potencjale. Ale jeśli ktoś chce, to przecież żyjemy w wolnym kraju.
TWÓRCY
reżyseria i adaptacja
Mikita Iłynczyk
dramaturgia
Goran Injac
scenografia i kostiumy
Justyna Elminowska
muzyka
Krzysztof Kaliski
reżyseria światła
Siarhej Rylko
zdjęcia
Tomek Pawlik
asystentka reżysera
Antonina Wąsowicz
asystentka scenografki
Kinga Kostoń-Hayatullah
konsultacje choreograficzne
Krystyna „Lama” Szydłowska
kierowniczka produkcji
Małgorzata Długowska-Błach
producentka
Adrianna Gołębiewska
charakteryzacja
Marta Krasowska, Aleksandra Rubersz
inspicjent
Wojciech Karolak
OBSADA
Waldemar Barwiński - Szuman
Marcin Bosak - Stanisław Wokulski
Mariusz Drężek - Suzin
Anna Gajewska/Małgorzata Witkowska - Helena Stawska
Katarzyna Herman - Baronowa Krzeszowska
Robert T. Majewski - Tomasz Łęcki
Małgorzata Niemirska - Widmo
Marta Ojrzyńska - Izabela Łęcka
Agata Różycka - Weronika/Helusia Stawska
Piotr Siwkiewicz - Ignacy Rzecki
Konrad Szymański - Kazimierz Starski/Książę
Mateusz Weber - Geist/Marszałek
Agnieszka Wosińska - Kazimiera Wąsowska


Komentarze
Prześlij komentarz