Głos opamiętania?
Odbierając niedawno nagrodę im. Stefana Treugutta, nota bene właśnie za „Biedermanna i podpalaczy”, Jan Holoubek powiedział, że do teatru trudno go zaciągnąć. Woli film i dreszcz emocji planu filmowego. Jednak spektakl, który wyreżyserował w Teatrze Telewizji TVP jest przedni. Holoubek z wielkim wyczuciem połączył swoje doświadczenia i zamiłowania filmowe ze środowiskiem teatru. Nie poszedł na łatwiznę, przygotowując po prostu miniaturę filmową na podstawie dramatu Maxa Frischa. To jest teatr. A zarazem kawał świetnej filmowej produkcji. Spektakl miał premierę w maju ubiegłego roku, ale nadal można go znaleźć w zasobach VOD nadawcy publicznego.
Znaczące są dekoracje i konstrukcja domu Biedermannów. Ona stanowi moim zdaniem ów sygnał. Wyraźny łącznik między tym co związane ze sceną, a tym co kreuje się w filmach. Mamy okazję dwukrotnie zobaczyć całość obiektu w szerokim planie. Tak. To jest monumentalna ale na wskroś teatralna konstrukcja. Pokoje, poddasze, klatka schodowa - wszystko jest otwarte z jednej strony. Tak jakby zostało przygotowane na potrzeby widzów, obserwujących spektakl z perspektywy „czwartej ściany”. Upraszczając - w szerokim planie wygląda to jak wielki dom dla lalek. Tyle że lalek tam nie ma. Są aktorzy. Projekt scenografii, bardzo moim zdaniem udany, to dzieło Marka Warszewskiego. Zapewne zmieszczenie jej w nietelewizyjnym teatrze wymagałoby sporo miejsca, ale chciałbym mieć kiedyś okazję aby „Biedermanna…” w takiej scenografii zobaczyć bez pośrednictwa kamery.
Dom zaludniają aktorzy, a raczej postaci przez nich kreowane. Holoubek znakomicie dobrał Artystów do obsady. W roli tytułowej - Andrzej Seweryn. Nie śmiałbym nawet wypowiadać się o kunszcie tak wybitnego Mistrza teatru. Mogę tylko nieśmiało napisać, że po prostu oglądamy Biedermanna. Człowieka zbudowanego z koniunkturalizmu, konformizmu, okrucieństwa i egoizmu. Jest tak prawdziwy i tak realny, jakby to nie był teatr a po prostu, skupione w soczewce kilkudziesięciu minut widowiska, realne życie. W roli Babette Biedermann świetnie wypada Iwona Wszołkówna. Stworzyła postać Biedermannowi znakomicie rezonującą. Podobną do niego, choć rozbudowaną o drobnomieszczańskie umiłowanie do świętego spokoju za wszelką cenę. Ważną postacią jest tu grana przez Paulinę Gałązkę służącą Anna, która wnosi do biedermannowskiego mieszczańskiego zakłamania iskrę człowieczeństwa. No i oczywiście dwaj, również tytułowi, Podpalacze. Czyli Josef Schmitz (Mariusz Jakus) i Willy Eisenring (Łukasz Simlat). To te postaci stworzą pentagon, na którym opiera się całe widowisko. Właśnie. Pentagon. Greckie „pięć kątów” symbolizujące człowieka - głowę i cztery kończyny, a także pięć zmysłów ludzkich. W dramacie Frischa ów sceniczny pentagon głównych postaci nieuchronnie zmierza ku diabelskiemu pentagramowi. Bo w epilogu właśnie tych pięcioro spotka się na progu piekielnym.
Ale zanim do epilogu dojdziemy, zacznijmy od konstrukcji widowiska. „Biederman i podpalacze” Holoubka zbudowany został na wzór antycznej tragedii greckiej. Jest zatem chór, stanowiący łącznik między widzami a osobami dramatu. A ów chór ma koryfeusza. Jan Holoubek i tu dokonał bardzo trafnego moim zdaniem wyboru. Chórzystami są członkowie sekstetu wokalnego proMODERN. Jako grupa strażaków przesuwają się przez najważniejsze momenty spektaklu, aż do finałowego gaszenia ognia piekielnego. Ich występy dzielą „Biedermanna…” na czytelne sekwencje scen, uzupełniają fabułę o przemyślenia natury uniwersalnej. Tak, jak miało to miejsce w antycznych widowiskach.
„Biedermann i podpalacze” to dramat symboliczny. Stanowiący alegorię upadającego świata bogatej socjety, którą sama w imię za wszelką cenę ratowanego status quo sprowadza na siebie nieszczęście. Czytając go dzisiaj łatwo znaleźć analogię do sytuacji Starego Kontynentu borykającego się z zalewem wszelkiej maści uchodźców, niosących roszczenia i obce Europie idee. „Jeśli każdego człowieka będziemy uważać za podpalacza to jak kiedykolwiek ma być lepiej. Na miłość boską trzeba mieć trochę zaufania trochę dobrej woli.”. Mówi Gottlieb Biedermann mimo ewidentnych dowodów świadczących o złych zamiarach Podpalaczy. Czy to nie brzmi jak słynna teza o płynących do Europy łodziach pełnych uchodzących przed koszmarem wojny inżynierów i lekarzy?
Zaczyna się wszystko jak zwykle to bywa niewinnie. Do domu producenta płynu na porost włosów Gottlieba Biedermanna przychodzi bezdomny samotny były cyrkowy zapaśnik Jozef Schmitz. Prosi o kilka kromek chleba, a owładnięty potrzebą czynienia pokazowego dobra Biedermann użycza mu poddasza swojego domostwa. To ten sam Biedermann, który umknąwszy spod hipnotycznego wpływu nieproszonego gościa, swoją bezwzględnością wobec zwolnionego z pracy współpracownika doprowadza go do samobójstwa. Nie przeszkadza mu to w akceptowaniu kolejnych roszczeń Schmitza, do którego wkrótce dołącza diaboliczny, elegancki kompan Willy Eisenring. W duecie obaj panowie rozpoczynają przygotowania do wielkiego pożaru. Na poddaszu gromadzą beczki z benzyną i lonty do ich podpalenia. Biedermann, mimo ewidentnych dowodów na złe zamiary swoich gości, udaje że nic się nie dzieje. Umyka w obracanie rzeczywistości w żart. Ma nadzieję że w obliczu psychicznej przemocy o wiele od niego silniejszych i sprawniejszych Podpalaczy, jego uległość i bierność zostaną mu policzone i w przyszłości wynagrodzone przynajmniej bezpieczną nietykalnością.
A potem jest kulminacyjna scena spektaklu. Unikający prawdy Biedermann zaprasza Podpalaczy na kolację. Siadają do stołu, ogołoconego z wszelkich atrybutów mieszczańskiej zasobności. Tak ma, zdaniem Biedermanna, być bardziej ludycznie. Chce pokazać że jest mu bliżej ku środowiskom z jakich wywodzą się jego kłopotliwi goście. W trakcie biesiady okazuje się jednak, że Podpalacze znają doskonale smak luksusu i wymuszają jego przywrócenie na gospodarzach. Przejmują w tym fragmencie pełną już kontrolę nad małżeństwem Biedermannów. Ci - bezwolni i wciąż udający że płomienie za oknem ich nie dotyczą, łudzą się nadzieją na łaskawość Podpalaczy. „Mam czyste sumienie. wszyscy dawali zapałki. Nie można wszystkich wtrącić do piekła jeśli wszyscy robią to samo.” - argumentuje Biedermann przekazując Podpalaczom zapałki, od których za moment spłonie także jego dom.
Epilog to wycieczka do przedsionka Piekieł. Tu maski opadają i Podpalacze okazują się Belzebubem i pomocnikiem Piekielnego Władcy. Nadzieje Biedermannów na diabelską przyjaźń i rewanż za ziemskie dobre traktowanie okazują się płonne. Co więcej. Wychodzi na jaw, że Piekło jest w zasadzie puste. Pozostało w nim ledwie kilka potępionych, zupełnie nic nie znaczących dusz i właśnie Biedermannowie. Diabły ruszają zatem w powrotną drogę na Ziemię. Aby znów, w odbudowanym po pożodze miasteczku kłaść podwaliny kolejnej katastrofy. Na pustej scenie zostaje ich dwoje. Porzuceni, samotni i wciąż nie zdający sobie sprawy z konsekwencji własnych czynów. Naiwni Biedermannowie zanurzeni we wzajemnym przekonaniu, że teraz na pewno doświadczą zbawienia.
Jak zmienia się społeczna optyka, punkt widzenia współczesnej rzeczywistości - myślałem oglądając „Biedermanna i podpalaczy”. Jeszcze dwa-trzy lata temu Andrzej Seweryn ochoczo wywijał ukraińską flagą na scenie kierowanego przez siebie warszawskiego Teatru Polskiego. Dzisiaj gra główną rolę w spektaklu, który bez nadmiernego nawet wysiłku można odczytać jako dramatyczną przestrogę przed obdarzaniem ufnością obcych, którzy pozorując przyjaźń i grając na wzbudzanej litości dążą do zdominowania, zniszczenia i spopielenia wszystkiego, co dla spokojnie żyjącego, bogatego społeczeństwa wartościowe.
W Teatrze Telewizji arcy cielawy i przerażająco aktualny głos a zarazem świetny, trzymający w napięciu spektakl. Doskonale zagrany, ciekawie zbudowany. Brawurowo sfilmowany przez Macieja Edelmanna, co warto również podkreślić. Kto z Państwa chciałby zmierzyć się z alegoriami i skojarzeniami dramatu Maxa Frischa z niewesołą sytuacją współczesnej Europy - temu na pewno „Biedermann i podpalacze” dostarczą wielu inspiracji do przemyśleń. A może myśli Państwa pójdą jeszcze innymi ścieżkami? Tak czy siak - niespełna osiemdziesiąt minut warto wygospodarować i przenieść się w świat Gottlieba Biedermanna oraz jego diabelskich gości.
Biedermann - Andrzej Seweryn
Babette - Iwona Wszołkówna
Schmitz/Belzebub - Mariusz Jakus
Eisenring/Drugi - Łukasz Simlat
Anna - Paulina Gałązka
Dr Fil - Paweł Pa- procki
Pani Knechtling Maria Ciunelis
Policjant - Dariusz Wnuk
Koryfeusz - Marcin Januszkiewicz
oraz sekstet wokalny proMODERN
w składzie
Marta Czarkowska sopran
Katarzyna Szymkowiak-Czarnowska mezzosopran
Martyna Jankowska alt
Adam Sławiński tenor
Krzysztof Chalimoniuk baryton
Miłosz Kondraciuk bas
reżyseria
Jan Holoubek
zdjęcia
Maciej Edelmann
scenografia
Marek Warszewski
dekoratorka wnętrz
Kinga Babczyńska
kostiumy
Weronika Orlińska
muzyka
Aleksander Dębica
charakteryzacja
Mirela Zawiszewska
Justyna Osińska
Ewelina Cnota
Agnieszka Adamska
współpraca
Marek Bryczyński
montaż
Rafał Listopad PSM
dźwięk
Jerzy Murawski Marcin Kijo
zgranie muzyki
Mateusz Banasiuk
II reżyser - biuro
Marta Sekulska
II reżyserzy - plan
Franciszek Przybylski
Michał Edelman
II kostiumograf
Katarzyna Bujakowska
script
Anna Więcek
operatorzy kamer
Kacper Gawron
Tomasz Pawlik
Mateusz Kanownik
mistrz oświetlenia
Marcin Majewski


Komentarze
Prześlij komentarz