Poza czasem
Tak zwana sztuka performatywna to piękna, osobista przygoda. Nie potrzebuje ani tłumaczeń, ani opisów, ani nadętych analiz. Chłonie się ją sobą. Każdym zmysłem. A potem wychodzi. I niesie pod czaszką i powiekami. Prosto w szum miast… O ile oczywiście spektakl jest w mieście, wyjaśniam żeby nie było wątpliwości.
Nie zostałem na spotkaniu z Jolantą Krukowską i Weroniką Szczawińską, Twórczyniami „Retrospekcji”. Dlatego właśnie. Chciałem zachować wspomnienie wyłączne dla siebie. Zazdrośnie strzegąc każdego skrawka myśli. Dopóki nie ułożą się w spójną całość. Moją całość.
Jolanta Krukowska w 1994 roku pokazała w Cardiff „Drogę Czerwonego Kapturka”. Spektakl został tam sfilmowany i zarchiwizowany. Powraca do niego na scenie Komuny Warszawa. Robi to tak, że widownia nie odrywa wzroku, a każde skrzypnięcie krzesła słychać jak armatni wystrzał. Jak to jest możliwe, że performerka pozostaje poza czasem? Patrzymy w oszołomieniu na film z 1994 roku, przenosimy wzrok na scenę. Ta sama smukła, skupiona kobieta w czarnym, obcisłym kostiumie. Czarne, długie włosy starannie i gładko zaczesała do tyłu. Lustrzane odbicie? Nie. Teatr nigdy nie wydarza się dwa razy tak samo. Ale choć niezsynchronizowane są tu ruchy współczesnego spektaklu z tym, co pokazywane na ekranie, i tak pozostaje zagadka: Jak Jolanta Krukowska podróżuje w czasie?
Białe płótno rozpostarte na czarnej scenie. Biało oświetla je reflektor. Wchodzi kobieta. Pion na polu szachownicy. W milczeniu zaczyna swoją drogę. Czy myśleliście kiedyś, co było dalej? Gdy gajowy zabił Wilka, uratował Babcię i Kapturka. Jak dorastała ta bajkowa dziewczynka? Gdzie spędziła dorosłość? Co było kamieniami milowymi jej życia? A może była przeciętna? Mierzyła się z takimi samymi kłopotami jak każda kobieta? Od zarania dziejów do współczesności? Jolanta Krukowska krok po kroku oddala się. Cofa w czasie. Przekracza środek białego płótna, na którym stoi szklany kielich. Podnosi go do ust. Kielich napełnia się czerwonym winem. Oglądamy klatka po klatce życie puszczone wstecz. Cztery rogi płótna. Cztery świata strony a każda z innymi nićmi, snującymi się po ciele performerki. Nici życia? Nici porozumienia? Więzy? Wydobywa je starannie z pokładów płótna.
Pierwszy róg. Plącze stopy. Uwięziona w oplocie białych nitek chwilę trwa. Podniesie się? Zerwie zależności? Pierwsza próba za nią. Wstaje i nitki pękają. Rusza w świat, uwolniona od opieki i nadopieki. Rośnie. Róg drugi nićmi opłata jej kobiecość. Walczy. Sploty trzymają tym razem mocniej. Unoszą wraz z sobą płótno nim pękną uwalniając kobietę z namiętnej zależności. Przechodzi do trzeciego rogu. Rogi jak piekielne kręgi wciąż czają się ze swoimi gotowymi do zawiązania się wokół ciała nićmi. Zasłania oczy. Nici wiją się po jej twarzy. Odcinają wzrok. Nie widzi. Z własnej woli rezygnuje z najważniejszego ze zmysłów. Na długo? W imię czego? To trwa krótko. Zrywa węzły i opaskę. Jest sobą. Patrzy. Widzi. Ostatni, czwarty róg. Nici jak bluszcz znowu są na jej twarzy. Zamykają usta ściegiem węzełków. Kobieta, której odebrano prawo do głosu. Znowu zdecydowany ruch przecina nić. Uwalnia.
Dwa płótna. Na ekranie to sprzed ponad trzydziestu lat. Na scenie dzisiejsze. Płótno nigdy nie marszczy się tak samo. Tworzy inne załamania, inaczej opada na podłogę sceny. A na środku ten kielich. Trzęsie się w nim karminowa tafla wina. Porusza w takt przesuwania materiału. Czy odsunie od siebie ten kielich? Podniesie i wypije? Powoli podchodzi. Trzyma naczynie przez chwilę w dłoniach. Wypija. Trzask tłuczonego szkła i okrzyk „Stop”! Trzydzieści lat temu szkło rozprysło się ciśnięte na scenę. Dziś rozprysł się obraz z projektora. Koniec filmu. Ale w naszym zakątku czasu spektakl trwa. „Retrospekcja” idzie dalej. Pojawia się Weronika Szczawińska, reżyserująca spektakl. Wnosi kolejne kielichy. Kielichy i kamienie. Jolanta Krukowska przejmuje je i układa starannie. Jeden kamień, dwa kielichy. Kolejny kamień. Następne kielichy. Kamienne Ogrody Getsemani. Szklane, puste kielichy. Co z nich wypito? Jakie zakręty życiowe wyznaczają te milowe kamienie?
Czarno odziana postać siada. Nogami zaczyna ściągać do siebie płótno. Wsysa w siebie to, co stało się drogą dorosłego już Czerwonego Kapturka. Kielichy się przewracają. Szurają kamienie. Coraz mniejsza ich przestrzeń. Wszystko przecież zostaje w człowieku. Jesteśmy filtrem dobra i zła tego świata. Osiadają na nas jak kurz i sadza. Poniesiemy nasze kielichy i kamienie. Przez śmieszny z punktu widzenia Czasu okres naszej ziemskiej przygody. Potem gaśnie światło. Koniec.
„Retrospekcja”, proszę Państwa. Wspaniały, krótki bo trwający niecałe trzy kwadranse, spektakl w Komunie Warszawa. Nie umiem w nadęte duperele. Wolę w impresje. Powyżej moje postrzeganie tego, co działo się na scenie. Bardzo jestem ciekaw, co i jak Państwo zobaczą w lustrze „Retrospekcji”. Bo zobaczyć ją bezwzględnie warto.
reżyseria: Weronika Szczawińska
wykonanie: Jolanta Krukowska


Komentarze
Prześlij komentarz