Każdy rodzic...
Oglądałem „Kruka z Tower” na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego. Oglądałem w skupieniu. To spektakl, który powinien zobaczyć każdy rodzic nastolatka wchodzącego w przedwiośnie dorosłości. Aldona Figura wyreżyserowała widowisko może nie tyle niosące gotowe odpowiedzi, ile pokazujące co stanie się jeśli przekroczone zostaną granice poszanowania prywatności.
Zanim o samym spektaklu, chwila o telewizyjnej jego wersji. „Kruk z Tower” dołączył do grona przedstawień sfilmowanych i pokazanych w ramach Teatru Telewizji TVP. Czy bardzo różni się od pierwowzoru ze sceny warszawskiego „Dramatu”? Różni. W odbiorze. W sposobie pokazania. Aldona Figura na szczęście nie uległa pokusie wprowadzenia do swojego, kompletnego i niewymagającego moim zdaniem poprawek spektaklu, telewizyjnych sztuczek. Nadmiaru sztuczek. Kilka z nich jest i specjalnie nie rażą. Poza może znikaniem na zmianę Tatiany i Kostii gdy wyłączają internetowy komunikator w scenach rozmów Kostii z Toffi. To wyszło moim zdaniem odpustowo, a na pewno nie teatralnie. Inaczej odbiera się natomiast finał „Kruka…” Zakończony stop klatką, zamrożony obraz, robi wrażenie. Czy lepsze, niż oryginał z teatru? Inne. Na pewno inne.
To jest bardzo ważny spektakl. Mówi o bodaj najtrudniejszym wymiarze rodzicielstwa. Samotnego, tonącego w poczuciu winy, obawach. Często gniewie i domysłach. Tatiana jest wdową. Ale w takiej samej sytuacji staje rodzic samotnie wychowujący dziecko. Zdany wyłącznie na swoje wybory i doświadczenie. To samo dotyczy rodzin kompletnych. Dwoje ludzi oplątanych strachem i wątpliwościami. Czy wszystko, co zrobili robią dobrze? Dlaczego ich najcenniejsza roślina nie strzela w niebo prostym pniem? Czy są jakieś szkoły, w których uczy się rodziców jak otworzyć zatrzaśnięte drzwi do pokoju nastoletniego dziecka? Jak wejść tam bez podejrzliwości? Bez sztuczności? Nie ma. Piszę z własnego poniekąd doświadczenia. Ojca, który w początkach pandemii był sam. Mijając zamknięte drzwi zza których wydobywała się cisza.
To zabija. Łamie psychikę. Najważniejszy człowiek na świecie jest tak blisko a zarazem potwornie daleko. Niby to tylko drzwi, wystarczy nacisnąć klamkę. Wejść w świat nastolatka, który nie wiedzieć czemu i kiedy przestaje dostrzegać rodzica. Zamyka się w sobie? Wpada w kręgi zła? Strach rodziców podpowiada najkoszmarniejsze koszmary. Te wieczorne godziny spędzone na czekaniu, kiedy wreszcie odezwie się dźwięk domofonu oznajmiając, że ktoś wpisuje kod otwierający klatkę schodową. A potem chwila. Mignięcie w przedpokoju i znowu drzwi. Zamknięte, szczelne drzwi.
Tatiana (Katarzyna Herman) straciła męża. Jest w trakcie tracenia zmysłów z powodu zachowań Kostii (Konrad Szymański). Dorastający syn usunął ją ze swojego życia. Patrzymy na nich, co moim zdaniem świetnie się w tej telewizyjnej wersji sprawdziło, niejako z drugiej strony ekranu laptopa. Prowadzą rozmowy. Kostia o swoich sprawach opowiada koledze, Tatiana koleżance. Między matką a synem w zasadzie nie ma żadnej interakcji. Są chwilowe erupcje emocji. Przypominają dwa stojące w obliczu wybuchu wojny mocarstwa. Oba świadome swoich sił. Oba z armiami ufortyfikowanymi na linii granicznej. A tam od czasu do czasu wybuchają drobne, gwałtowne potyczki.
Tatiana tę granicę przekracza. Łamie zasady prywatności, godności. Podszywając się pod fikcyjną postać nastolatki próbuje wkraść się do świata Kostii. Toffi staje się łącznikiem. Kanałem komunikacji dzięki któremu matka zdobywa szczątkowe, jakiekolwiek wręcz informacje o swoim synu. Kim jest, jakim jest. Co go interesuje i z czym mierzy się na co dzień. Okazuje się, że mieszkające w jej głowie demony i strachy są imaginacjami. Kostia to wrażliwy, wprawdzie zamknięty w sobie, ale zupełnie normalnie funkcjonujący nastolatek. I tu powinna się wycofać. Granica byłaby naruszona. Ale może udałoby się sprawę zatuszować. To jednak zbyt trudne dla, zafascynowanej synem, Tatiany. Czy widzi w nim cień zmarłego męża? Szanse na odnalezienie zagubionego celu w życiu? Toffi nie znika. Fikcja trwa. Aż do końca. Bo przecież nie da się tak funkcjonować. W pewnym momencie Kostia odkrywa prawdę.
Nie wolno przekraczać granic. Nie mamy prawa szperania, inwigilowania i szpiegowania prawie dorosłych ludzi. Mających swoje sprawy, emocje, wrażliwości. Szukających własnych dróg i opierających się o przyjaźnie wśród rówieśników. Rodzicielska ingerencja niszczy ich ledwie kiełkujące dorosłości. Poniża. To jest piekielnie trudny czas. Niby wiemy. Niby jesteśmy ludźmi o ukształtowanym kręgosłupie moralnym. Poruszamy się w ramach norm etycznych. A ten strach, wynikający z rodzicielskiej miłości do najcenniejszego człowieka na świecie, prowadzi do działań szaleńczych. „Kruk z Tower” pokazuje jak kończy się szaleństwo.
Katarzyna Herman wypada w telewizyjnej wersji zupełnie inaczej, niż teatralnej. Tam obie postaci dramatu obserwujemy z dystansu. Poruszają się po prawie pustej przestrzeni scenicznej swobodnie. Ich wzajemne uniki i mijanki są rzeczywiste. Tu kamera prowadzona przez Marcina Szołtyska moim zdaniem zbyt drapieżnie zbliża się do twarzy aktorki. Zbliżenia zmieniają jej postrzeganie. Tatiana ze spektaklu to kobieta w rozpaczy. Działająca w szaleńczej chęci ratowania relacji z synem. Tragiczna i budząca współczucie. W telewizyjnej odsłonie jest inna. Przerysowana. Jej szaleńcza walka o syna nie jest tragiczna. Jest morderczo głupia. Skupiając się na twarzy aktorki, na silnej charakteryzacji w scenach gdy udaje nastolatkę Toffi, coś zostało utracone. Świetna przecież to rola Katarzyny Herman. A tu miałem wrażenie, że nic Jej nie ujmując, stała się mniej skomplikowana. Może to odczucie subiektywne. Ale nie czułem tego współczucia, które wyniosłem z widowni Teatru Dramatycznego. Kostia Konrada Szymańskiego natomiast nic nie zyskał ani nie stracił. Jednak moim skromnym zdaniem w spektaklu ma znacznie mniej do zagrania, niż aktorka wcielająca się w postać Tatiany. Chłopak jak chłopak. Wrażliwy, nieco wycofany ale budzący sympatię nastolatek. Ciekawy świata, uważny. Delikatny. Szymański świetnie sobie z tą postacią poradził. bez dwóch zdań.
„Kruk z Tower” jak już napisałem nie przynosi gotowych recept. Nie jest kursem dla rodziców, którzy chcą nauczyć się jak postępować z nastolatkiem. Nie dostarcza narzędzi. Bo ich moim zdaniem nie ma. Każdy rodzic musi poszukać w sobie pokładu cierpliwości, sprawiedliwości i godności. O ile je znajdzie i w swoich działaniach będzie spójny - przetrwa. Spektakl Aldony Figury pokazuje, co może się stać gdy tych wszystkich cech zabraknie.
Kto może, sugeruję jako miłośnik teatru, niech pójdzie to zobaczyć w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Kto nie ma takiej możliwości - warto aby skusił się na telewizyjną adaptację. W Teatrze Telewizji pokazano jeden z, moim zdaniem, ważniejszych spektakli ostatnich lat.
Obsada: Katarzyna Herman (Matka), Konrad Szymański (Syn).
Na podstawie tekstu Andrieja Iwanowa
Przekład: Bożena Majorczyk
Reżyseria: Aldona Figura
Scenografia i kostiumy: Joanna Zemanek
Projekcje: Marta Miaskowska
Zdjęcia: Marcin Szołtysek
Muzyka: Radosław Duda
Montaż: Jakub Motylewski


Komentarze
Prześlij komentarz