Ford 3.0

Zapewne znają Państwo pewną szwedzką firmę produkującą meble do samodzielnego montażu. Trzymając się ściśle instrukcji średnio zaawansowany manualnie młodzian, z pomocą swej równie młodej partnerki, może używając drucianego wkrętaka i śrubek zbudować łóżko, stół jadalny a nawet szafę na ubrania. Mam wrażenie, że taka sytuacja miała miejsce podczas tworzenia „Forda” w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Reżyserujący widowisko Marcin Wierzchowski rozłożył elementy ze wszystkich paczek jednocześnie. Nie posegregowawszy zaczął składanie. Nogę od stołu przymocował do stelażu łóżka, drzwi szafy uczynił stołowym blatem, a z oparcia krzesła próbował sklecić zagłówek sypialniany. Nadal dysponując stosem atrakcyjnie wyglądających i kuszących oko kawałków montował z zapałem dziwaczne konstrukcje, zupełnie nie pamiętając, że w takich działaniach najważniejsza jest instrukcja. 


„Fordowi” brak logiki. Sceny nie są ułożone ani w porządku chronologicznym, ani według stopnia emocji, ani nawet klucza dajmy na to narodowościowego. Bo przecież wątek żydowskości Mosze Lifszyca vel Aleksandra Forda także mógłby stanowić fundament spektaklu. Nie ma go, mam na myśli fundament. Plączemy się po epizodach z życia Aleksandra Forda przeskakując od lat pięćdziesiątych w dwudzieste, by potem via klęska wrześniowa pojawić się w roku 1967, z którego Wierzchowski zabiera nas do 1947. To męczy. Człowiek jest istotą lubiącą instrukcje i procedury. Można łamać konwencje. Ale trzeba w zamian mieć propozycję alternatywną. Tutaj jej nie ma. Mogłaby być. 


Oglądałem „Forda” bodaj 3.0 - przecież spektakl został skrócony, potem usunięto z niego, jak się dowiedziałem, ruchomą scenę przekładając to co się na niej działo na język statyki. I uważam, że w „Fordzie” 4.0 Wierzchowski mógłby dokonać nie liftingu ale solidnej przebudowy spektaklu, a wręcz uczynić go wspaniałą przygodą dla widza. Gdyby zaproponował jakąś konwencję. Ta stałaby się kręgosłupem. Skoro nie ma wyraźnie uporządkowanej osi czasu można byłoby na przykład „Forda” pokazać jako materiał wyjściowy do montażu filmu. Reżyser z montażystami siada i ów materiał przegląda. Pojawiają się sceny ułożone nie w kolejności scenopisowej, lecz chronologicznie tak jak powstawały na imaginowanym planie zdjęciowym. Środek na początku, kilka scen z końca. Potem parę z prologu. I znów coś ze środka. Niestety nic takiego tu nie następuje. Tego pomysłu porządkującego rzeczywistość brakuje. Mamy worek przepięknych klocków, z których nie układa się ani zamczysko ani domek. 


Na dodatek tych klocków jest, moim zdaniem, zbyt wiele. Reżyser nie umiał, z powodów zapewne emocjonalnych, zrezygnować z nadmiaru scen które powstały w procesie twórczym z aktorami. Można się w tym zagubić. Cztery żony, dzieci w tobołkach, jacyś oficerowie NKWD, Ford w mundurze pułkownika, stary Żyd pojawiający się nagle w scenie śmierci pierwszego syna głównego bohatera i zawodzący żydowską modlitwę, ubrany w dżinsowe wdzianko dziarski człowiek epoki gierkowskiego sukcesu. No i amerykańscy filmowcy. Ci ostatni są wypełniaczem pierwszego aktu, po którym znikają aby pojawiać się na peryferiach historii, czyniąc jej więcej złego niż dobrego. Bo jaki jest sens ich obecności w spektaklu? - zabijcie mnie. Nie mam pojęcia. 


Dzięki tej przedziwnej parze, mam na myśli Ariego Finka i jego małżonkę, widzowie wychodzący na pierwszą przerwę - są dwie w tym trwającym ponad trzy i pół godziny widowisku - zadawali sobie ironicznie pytanie: No dobrze, kiedy to się wreszcie zacznie? Pierwszy akt zawiera ledwie epizod z tytułowym bohaterem. Potem scenę opanowuje czwórka postaci splecionych w emocjonalny węzeł, z którego wynika raptem jedna, czy dwie awantury. Znikają. Zaczyna się akt drugi. Już ich nie ma, bo przecież nie mieli najmniejszego uzasadnienia w fabule. Zatem miotamy się w poszatkowanych klockach z biografii Aleksandra Forda. Nagle reżyser sobie przypomina: Kurde, gdzie są ci Amerykanie, dawać ich! I hops, wskakują na moment z epizodem. Znów znikają, bo ten epizod kompletnie nie czyni z nich postaci ważnych, a nawet potrzebnych w „Fordzie”. Zabawa się powtarza. W akcie trzecim reżyser raz jeszcze klepie się dłonią w czoło i oznajmia: Trzeba rozwiązać wątek tych Amerykanów! Dawać ich na scenę. Pojawiają się po to, aby jeszcze raz się pokłócić. Ona domaga się rozwodu, on nie chce i tyle. A spektakl po ich zejściu ze sceny spokojnie wraca do Forda. 


Wierzchowski moim zdaniem wpadł w pułapkę kolektywizacji teatru. Słuchając aktorów zdobył świetny materiał. Ale jak to w takich sytuacjach bywa, zaproponowano mu go o wiele za dużo. Nie umiał odmówić i upychał w  swój spektakl wszystko, robiąc dobra minę do złej gry. Przykładem takiej nadmiernie rozbudowanej sceny jest finał. Mam wrażenie, że miast myśleć o spuentowaniu widowiska reżyser postanowił zadbać aby w końcowej scenie każdy, niezależnie od wagi w spektaklu, mógł się pokazać i coś zagrać. Ciągnie się to niemiłosiernie. Następuje jakaś  tajemnicza wiwisekcja emocjonalna Aleksandra Forda. Potem wiwisekcja wszyskich po kolei postaci spektaklu. A kiedy mamy już doprawdy przesyt wiwisekcji, Ford oświadcza że jest wolny i wychodzi. Ba. To, że jest wolny najpierw komunikuje mu Wanda Jakubowska, która w tej finałowej scenie jest jak dickensowski Ghost of Christmas Yet to Come z „Opowieści Wigilijnej”. 


Krótko o czym to jest. Gdybym był uskrzydlony piórem niedoścignionego Konstantego Puzyny, zapewne napisałbym lapidarnie: Podróżujemy przez luźno ze sobą korelujące epizody z życia wybitnego reżysera Aleksandra Forda. W większości z nich Ford produkuje dzieci kolejnym kobietom, zdradza je i porzuca dla innych w akompaniamencie potwornych krzyków, kończących prawie każdą scenę. Potem porzuca następne, którym także pozostawia pamiątkę w postaci potomstwa i wraca do tych, które porzucił wcześniej. I tak w koło Macieju. Dodatkowo jest kilka scen, w których krzyczą i kłócą się inni ludzie, niezwiązani z Fordem. - Napisałem! Zatem tak to tu pozostawię. Sceny w tym spektaklu sprawiają wrażenie nieobrobionych. Pozbawionych szlifu reżysera. Rzuconych widzom przed oczy in statu nascendi. 


Poważniejąc. Spektakl nie jest w żadnej mierze biografią Aleksandra Forda. Nie odnotowuje kamieni milowych jego filmowej twórczości. To wybrany jeden z aspektów ziemskiej podróży reżysera „Krzyżaków”. Czyli Forda stosunków z kobietami. Mam przy tym wrażenie, że znany reżyser został przez twórców potraktowany ulgowo. Choćby jego intryga związana z filmem Wandy Jakubowskiej „Ostatni etap”, czy zachowania na planach filmowych. Dlatego scena branżowo partyjnego „sądu” nad Fordem, nota bene jedna z lepszych w spektaklu, nie wybrzmiewa należycie. Nie został dla niej zbudowany grunt. Patrząc z perspektywy „Siemaszki” dostrzegamy tylko jeden aspekt sprawy. Polski narodowy komunizm kontra fordowskie żydostwo. Ale nie możemy zobaczyć środowiskowej zemsty, czy odreagowania na Fordzie emocji na które solidnie zapracował. 


Mimo wszystko dostajemy kawał znakomitego teatralnego materiału. I jestem przekonany, że wielu z Państwa te poszatkowane epizody obejrzałaby z przyjemnością. Czy jednak poukładaliby je Państwo sobie sami w spójne przekazy? Nie wiem. Mam nieodparte wrażenie, że to domena reżysera. Spektakl nie jest meblem szwedzkiej firmy, który każdy musi sobie sam poskładać w całość bo reżyser zapodział gdzieś instrukcję montażu. To ma być złożone! 


Autor: Marcin Wierzchowski, Michael Rubenfeld

Reżyseria: Marcin Wierzchowski

Asystentka reżyseria: Joanna Różniak

Muzyka: Marta Zalewska

Scenografia: Joanna Załęska

Kostiumy: Paula Grocholska

Reżyseria świateł: Szymon Kluz

Inspicjentka/ Suflerka: Małgorzata Depta



Obsada 


Robert Żurek

Stanisław Twaróg 

Joanna Sokołowska 

Aleksandra Ożóg 

Piotr Mieczysław Napieraj

Małgorzata Machowska 

Justyna Król 

Kaja Kozłowska-Żygadło 

Aniela Kowalska

Karol Kadłubiec

Józef Hamkało 

Jakub Gąsior 

Joanna Baran-Marczydło


Występy gościnne

Michael Rubenfeld

Monika Szufladowicz








Komentarze

Popularne posty