Facet z innej bajki

Jako prawie filolog węgierski (trzy lata bądź co bądź), po kilku latach studiów w Warszawie i mieszkaniu w Budapeszcie, powiem: Nasi Bratankowie to równi goście. Ale Sowizdrzałami oni nie są. Humor węgierski bywa albo przaśny - anegdoty, albo mocno podszyty psychologią. W tej drugiej dziedzinie mieści się groteska Istvána Tasnádiego „Kartonpapa”. W Polsce pojawiała się gościnnie jako „Tata z tektury” a w warszawskim Garnizonie Sztuki ten spektakl wyreżyserowała Lena Frankiewicz dając tytuł „Facet z papieru”. Nie jestem wielkim zwolennikiem Jej odczytania węgierskiego tekstu. 


Po pierwsze Frankiewicz zaproponowała komediowe ujęcie sztuki Tasnádiego. Dlaczego? Bóg jeden raczy wiedzieć. To groteska, tak. Ale po mniej więcej godzinie z groteski robi się niezły dramat psychologiczny. Nie ma tu nic śmiesznego. Jej „Facet z papieru” razi powierzchownością. Przecież każda z postaci tej sztuki jest świetnie nakreślona przez autora. Każda niesie w sobie nić psycho-tragedii. A w finale te nici splatają się w jeden mocny sznur. Tu nie ma wiele śmiesznego. Mam wrażenie, że oryginałowi bliżej do „Heddy Gabler” Henrika Ibsena, niż do, dajmy na to, „Kolacji dla głupca” Francisa Vebera. I wszelkie próby przesuwania na siłę języka wagi w stronę pustego śmiechu są skazane na porażkę. 


Aby to wyłożyć, niestety muszę sporo z fabuły zdradzić. Oto rodzina dwa plus jedna. Zuza (Wiktoria Gorodecka i w dublerze Magdalena Kumorek), Karol (Michał Czernecki) oraz Ada (Weronika Humaj) Poznajemy ich, gdy czekają na odwiedziny starszej siostry pana domu, Ewy (Małgorzata Foremniak) ze swoim synem (Antoni Sztaba). Siostra jest dziwaczna a na dodatek niedawno straciła męża. Na razie nie wiemy w jakich okolicznościach do śmierci doszło. Obserwujemy przygotowania do niedzielnego obiadu i dowiadujemy się sporo o gospodarzach. To trójkąt napiętych emocji i wzajemnych uraz, a dom bardziej przypomina beczkę z prochem, po której cała trójka skacze, niczym wściekle płomyki niż rodzinne gniazdo. Nie ma tu doprawdy wiele śmiesznego. W zasadzie zgoda panuje tylko w jednym: Nikt nie chce nadciągających odwiedzin. Ani siostra pana domu, ani jej syn nie cieszą się tu sympatią. Kłótnie i słowne potyczki trwają aż do dzwonka oznajmiającego przybycie gości. Do jadalni wkracza anonsowana siostra z synem i… kimś jeszcze. Ewa niesie pod pachą naturalnych rozmiarów, wyciętą z kartonu, figurę męża. Oboje zachowują się tak, jakby przyszli w pełnym rodzinnym składzie. 


Po pierwszym szoku wszyscy siadają do zupy. I tu kolejna dawka informacji o postaciach. Okazuje się, że antypatia do gości jest uzasadniona. Nasi gospodarze to ludzie wyznający liberalne podejście do życia i bardzo luźno traktujący zasady, czy twarde metody wychowawcze. Siostra pana domu wręcz przeciwnie. Na dodatek jawi się jako zgryźliwie uszczypliwa matrona, nie szanująca niczego ani nikogo poza własnym i mężowskim zdaniem. Syn milczy. Choć wyraźnie jest uwikłany w grę z tekturowym tatą i udaje, że nie dostrzega faktu jego śmierci. 


Kolejne sekwencje scen pogłębiają konflikt. To jest świetnie napisana sztuka. Taka, o jakiej reżyser teatralnych spektakli psychologicznych może marzyć. Niestety Lena Frankiewicz z maniakalnym uporem stara się tych fabularnych napięć nie dostrzegać. A te, które widzi puentuje śmiechem. Tylko, że tu już nie ma wiele śmiesznego. Kartonowy facet zostaje wyniesiony „na drzemkę” a na scenie okazuje się, że małżeństwo naszych gospodarzy sypie się i zamienia w klęskę, ich córka zmarnowała rok pracując na zmywaku w Londynie, jej brat cioteczny jest zahukanym i zmaltretowanym młodym człowiekiem, który z powodu psychicznych napięć wylądował w zakładzie zamkniętym po samookaleczeniach. Jego matka zaś pije i pogrąża się w depresji. Dynamicznie to napisane, zaskakujące są dostarczane widzom kolejne informacje o bohaterach. Aż do kulminacji, czyli ujawnienia przyczyny śmierci tytułowej postaci. Od tego momentu nawet najwięksi wesołkowie niewiele już śmiesznego widzą w spektaklu. Oczywiście, poza Twórcami wersji z Garnizonu Sztuki. Mimo tego, że fabuła już wyraźnie i dawno skręciła w stronę świetnego dramatu psychologicznego, w którym rozważana jest kwestia dominacji, przemocy fizycznej i psychicznej oraz czegoś, co moglibyśmy w pewnym uproszczeniu przyrównać do „syndromu sztokholmskiego”, oni nadal próbują na siłę się tym bawić. Aż do końca. 


To jest, moim zdaniem, największy mankament „Faceta z papieru” w reżyserii Leny Frankiewicz.  Wybrała złą drogę. I zamiast do celu, wyszła na manowce. Ale są i inne. Aktorzy. Michał Czernecki gra Karola, czyli pana domu. Gra… Nie, nie gra. On go wykrzykuje. Po prostu wrzeszczy przemieszczając się po scenie. Nic więcej. Dawno nie widziałem tak chybionej i zarazem tak marnie zbudowanej postaci w teatrze. Małgorzata Foremniak wymachuje rękami i nogami, wydziwia z interpretacją powierzonej jej roli i tekstu. Uzyskuje efekt podobny do tego, który można osiągnąć obsadzając panią od polskiego z liceum ogólnokształcącego w roli Telimeny w szkolnej inscenizacji „Pana Tadeusza”. Jedno co się Pani Małgorzacie udaje to wyraźne wymawianie głosek. Zawsze coś, bo niektóre kwestie jej scenicznego brata były kompletnie niezrozumiałe. Krzyk nie sprzyja dykcji. Bardzo dobrze natomiast, moim oczywiście zdaniem, odnalazł się w tym misz-masz Antoni Sztaba. Jego Kuba jest zagubiony, wielowątkowy. W pewnym momencie zaskakująco przejmuje dominantę po to, aby w zakończeniu pokazać swoją przerażająco złamaną psychikę. Niezła jest Weronika Humaj w roli Ady. Ale na przekonanie się o tym też trzeba poczekać do finału, gdy jej postać staje się kimś kogo zupełnie tu nie podejrzewaliśmy zobaczyć. Do tego Wiktoria Gorodecka. Tak. Ona znakomicie poradziła sobie z Zuzą, czyli panią domu. No i ten taniec w kulminacyjnej scenie z układem choreograficznym. Bo mamy tutaj dwie kulminacje. Autorską, czyli rozwiązanie zagadki związanej ze śmiercią „Faceta z papieru” i drugą. Opętańczy, pozornie oczyszczający, taniec postaci tego widowiska. 


Pozostaje jeszcze kwestia scenografii. Czy Agata Stanula nie miała budżetu do zrealizowania czegoś fajnego? A może nie przeczytała ani tekstu sztuki ani choćby charakterystyk postaci? Ba. Sam znalazłem w internecie fotosy z węgierskiej wersji „Faceta”. Można było i na nie rzucić okiem. Dam Państwu przykład tego, co w Garnizonie panoszy się na scenie: Mieszkanie, w którego salonie-jadalni rzecz się dzieje, należy do Karola i Zuzy a mieszka w nim także Ada. Karol, co można obliczyć na podstawie informacji z tekstu, zbliża się do pięćdziesiątki, Zuzanna jest koło czterdziestki, Ada ma circa dwadzieścia lat. Rodzice są liberalnymi luzakami. Kilka razy w spektaklu mówi się o frywolnym bałaganie jaki panuje w domu i o wolności wypowiadania się jako o regule wychowawczej. Reasumując o swobodzie życia - powiedzmy. Na dodatek Zuzanna jest niespełnioną malarką a hobby rodzinne to zwiedzanie najważniejszych światowych galerii i doskonała znajomość sztuki. Jak może wyglądać mieszkanie tego typu ludzi? Hę? Scenografia to ponury stół i krzesła wyjęte z mieszkania babci Stasi z Kielc, sofa Człowieka z M-2 i kotara. Ta ostatnia szczególnie mnie rozbawiła. Doprawdy trzeba było przedzielić scenę badziewnym kawałem materiału, zamiast stworzyć dajmy na to dwuskrzydłowe drzwi? Przecież za nimi wypoczywa w czasie obiadu Mikołaj - ów kartonowy ludzik. Ba. Pojawienie się Mikołaja w kulminacyjnej scenie to najważniejszy moment spektaklu. A tu? Któryś z aktorów odsuwa zasłonkę i bęc. Tyle. Jestem zwolennikiem oszczędnych środków wyrazu. Ale jednak środków a nie półśrodków. 


A teraz chwila o tym, co w „Facecie z papieru” dobre. Tak, dobre a wręcz znakomite. Klaudia Kasperska ratuje dla oczu ten spektakl. Jej reżyseria świateł, dobór reflektorów, ich ustawienie w przestrzeni - to jest gratka dla teatromana. Chwilami, szczególnie we wspominanej już scenie tanecznej, miałem wrażenie że nie jestem w teatrze tylko na znakomicie zaplanowanym show wielkiej estrady. Zmieniające się natężenie i barwa świateł, szybkie przełączenia reflektorów kierujące uwagę widzów na poszczególne postaci - wielkie brawa. Dla samej reżyserii świateł warto to zobaczyć. 


W blasku reflektorów bohaterowie „Faceta” tańczą. Nie wiemy, czy z tego tańca wyjdą uwolnieni od rodzinnej traumy, oczyszczeni z zależności która niszczyła ich psychicznie. Widzimy znakomicie przemyślany, dopracowany układ choreograficzny. Alisa Makarenko go stworzyła. I uczyniła z tanecznej sceny kawał widowiska. Kłaniam się Pani Alisie z szacunkiem i uznaniem. 


Czas zmierzać do końca. A koniec „Faceta z papieru” jest… znakomicie wyreżyserowany. Zapadająca ciemność i malutki, nie oświetlający już nikogo ani niczego płomyk świeczki, który w ostateczności gaśnie. Wygląda to pięknie i pięknie puentowałby całość, gdyby zamiast ciernistego szlaku komediowego Lena Frankiewicz poszła ścieżkami groteski podszytej dramatem psychologicznym postaci. Ale tak się nie stało. Samo zakończenie  jak napisałem piękne. Jednak czekać na nie trzeba bardzo długo. 


„Facet z papieru” w warszawskim „Garnizonie sztuki”. Spektakl moim zdaniem chybiony u podstaw. Szkoda. Może uda się go naprawić. Tylko wtedy śmiechu nie będzie. Będzie skupiona cisza na widowni. Wiem, że Lena Frankiewicz umie taki efekt uzyskać. Jestem wielkim admiratorem na przykład Jej „Febliku” - świetnego spektaklu warszawskiego Teatru Narodowego, który z nieznanych mi przyczyn nie jest od pewnego czasu grany. Tu, w starciu z węgierskim spojrzeniem na świat, moim zdaniem poległa dzielnie walcząc. No i trzeba by zatrudnić ze dwoje aktorów dramatycznych z prawdziwego zdarzenia. A nie z „Mam talent”. 


OBSADA:


Ewa – Małgorzata FOREMNIAK

Karol – Michał CZERNECKI

Zuza – Wiktoria GORODECKA / Magdalena KUMOREK

Ada – Weronika HUMAJ

Kuba – Antek SZTABA


TWÓRCY:


Autor – István TASNÁDI

Przekład – Jolanta JARMOŁOWICZ

Reżyseria – Lena FRANKIEWICZ

Scenografia – Agata Stanula

Muzyka – Piotr Aleksandrowicz

Kostiumy – Krystian Szymczak

Reżyseria światła – Klaudia Kasperska

Choreografia – Alisa Makarenko





Komentarze

Popularne posty