Zasłużona przyjemność

Postanowiłem noworocznie. To znaczy postanowiłem w grudniu, ale obowiązuje od stycznia: Raz w roku - o ile jeszcze będzie to możliwe repertuarowo - będę odwiedzać jeden jedyny spektakl. Taki, który w poprzednim zrobił na mnie największe wrażenie. Zbliżył się do ideału. Zbliżył, bo przecież nigdy nie wiadomo czy droga ku niemu już się zakończyła, czy trwa. 


Dlaczego? Ha! Myślałem nad tym od dawna. Śmieszą mnie „rankingi”, „listy ćwierćwiecza” i inne hopsy. Prowadzą na intelektualne manowce. Widziałem po zakończeniu ostatniego sezonu ranking jakiejś teatralnej gazetki internetowej. Wynikało z niego, że „Będzie trzeba to pójdę na wojnę” - monodram Agaty Różyckiej z warszawskiego Teatru Dramatycznego był o ładnych kilka oczek wyżej od „Hamleta” Jana Englerta z Narodowego. Abstrahując od tego, że Autor takiego rankingu zadziwia świat możliwościami kreatywnymi, porównanie kameralnego monodramu z wielkosceniczną produkcją jest bez sensu. Argument koronny dostarczyli sami widzowie. Na Hamleta biletów nie było i chyba nadal są z nimi kłopoty, pojawiały się koniki i fałszywki. Na „Będzie trzeba…” można było dostać się bez kłopotu. Oczywiście, praca Różyckiej jest inspirująca i interesująca. Nie oceniam jej jednak w kontekście tego, co pokazał Jan Englert. W samym zestawianiu obu widowisk tkwi widmo szaleństwa. Nie lubię rankingów. Ale mam jedno kryterium. Najprostsze. Kryterium widza, którym moim zdaniem piszący o teatrze jest przede wszystkim. Gdyby po ostatnim roku ktoś zapytał mnie: Który spektakl utkwił Ci najbardziej w pamięci? Po zastanowieniu odpowiedziałbym: „Aleja Zasłużonych” z warszawskiego Teatru Polonia. I do niej wracam. 


Dlaczego widowisko, które na scenie jest od pięciu lat wybrałem tu i teraz - do opisania jako spektaklu bliskiego ideałowi? Argumenty po kolei, poniżej. 


Tekst. Szukam w teatrze jakości literackiej. Nawet w spektaklach przedkładających formę nad walory treści, domagam się, aby zepchnięta do narożnika treść była napisana językiem polskim, czystym, wolnym od korpomowy, gendermowy, nowomowy kulturalnej bańki. Musi być to przyjemność słuchania. Błędy językowe są jak zatarcia rowków na płycie winylowej. Słuchamy z napięciem, skupiamy się na każdym dźwięku i nagle trzask. Brud, który boli od ucha aż do najmniejszej myśli. Tego w „Alei Zasłużonych” nie ma. Jarosław Mikołajewski napisał tekst pięknym polskim językiem. Wulgaryzmy? Ależ są! Oczywiście! Od razu odpowiem ewentualnym pruderyjnym hipokrytkom: Przeklinać trzeba umieć. I wiedzieć, po co się to wprowadza do literatury. Fakt. Główna bohaterka „Alei…” klnie jak szewc. I to właśnie jeden z walorów-argumentów za tym, że mamy do czynienia ze spektaklem wyjątkowym. Ona klnie z wdziękiem wiosennego poranka. Bez wulgaryzmów ta postać byłaby jak anioł z up… przepraszam, obciętymi skrzydłami. Ale nie idźmy poboczem. Mikołajewski zaszył w swoim tekście piękny monolog-przesłanie. O krzyku i ciszy. Tym, co zaczyna ziemską podróż człowieka i co ją kończy. Krzykiem o życie zaczyna nowonarodzone dziecko, łapiąc swój pierwszy oddech. Idąc przez świat uczy się mówić, rozmawiać. Na końcu zapada cisza. Wróciłem do Teatru Polonia między innymi po to, aby jeszcze raz oddać się tej wspaniałej kaskadzie słów, które z kropel zamieniają się w strumienie zdań. Nie ma tu nudnych językowych ptifurek, które służą snobom, niczym flagi sygnałowe: Patrzcie, oto ja - intelektualista. Nikt mnie nie rozumie, zatem mam patent pismaka. Mikołajewski pisze czysto, błyskotliwie. Tak, że mamy wrażenie uczestniczenia w wydarzeniach na scenie. Bo to naturalne, prawdziwe. Nasze. 


Stół, dwa krzesła, dwa głębokie talerze, dwie łyżki i sześć czarnych teczek na dokumenty. Oto wszystko. Scenografia i rekwizyty. Aha! Jeszcze stówa, którą Matka wręcza Onej/Pisarce. Tyle. Zuzanna Markiewicz zaprojektowała tu scenografię. I pokazała istotę teatru. Jest dokładnie tyle, ile trzeba. Nie ma niepotrzebnego mnożenia mebli, grasujących po scenie brygad technicznych, które niby niewidocznie wsuwają i wysuwają poszczególne elementy scenograficzne. Każda postać, z wyjątkiem pierwszoplanowej, pojawia się tak samo: wprowadza na scenę stolik na kółkach. Ten sam. Będzie on stołem jadalnym, stołem urzędniczym, ministerialnym biurkiem, katafalkiem. Wyobraźnia. Teatr to sztuka wyobraźni. Aby go poczuć trzeba wyzwolić się z pułapki stereotypów. Założeń. Ideologii. Otworzyć szeroko serce, oczy i umysł. Chłonąć wszystkimi zmysłami to, co płynie ze sceny. Moim zdaniem jeśli w Państwa obecności będzie toczyć się dyskusja na temat scenografii, jaką być powinna a czym nie jest - „Aleja Zasłużonych” to spektakl, który doskonale sprawdzi się jako argument. W teatrze mniej znaczy więcej. 


Fabuła. Napisałem o jakości literackiej ale nie wspomniałem o fabule. Bo ona w teatrze być może, ale nie musi. Kto szuka jej na siłę potrafi wpaść w pułapkę i zagubić się w poszukiwaniach, zamiast przyjąć do wiadomości - tu chodzi o coś zupełnie innego. Brak fabuły, przemyślana rezygnacja z logicznego ciągu zdarzeń, nie jest przecież niczym nowym. Niedawno świetną zabawę, zupełnie pozbawioną znaczącej fabuły, zaproponował warszawski Teatr Powszechny. Wielu widzów, mam wrażenie, nie załapało że chodzi po prostu o zabawę i kilka śmiesznych aluzji. Ale wróćmy do Polonii. „Aleja Zasłużonych” jak najbardziej ma czytelna fabułę, równie czytelny układ następujących po sobie scen. Podróż Onej/Pisarki przez krętą drogę do uzyskania miejsca w cmentarnej Alei Zasłużonych zaczyna się w domu. Rozmowa z mężem to prolog. Po nim Pierwszoplanową postać czeka seria spotkań - z urzędnikiem kancelarii cmentarza, matką, urzędniczką ministerstwa kultury, aż do kolejnego spotkania z mężem. Choć spotkania już w innej czasoprzestrzeni. To jest czyste jak woda w górskim potoku. Nie da się tutaj zgubić, czegoś pominąć. Nie zrozumieć. Autor stworzył dla widza prostą jak strzelił drogę z atrakcyjnymi punktami widokowymi. Przyjemnie jest odbyć taką wycieczkę. Przyjemnie ją sobie po pewnym czasie przypomnieć - kolejne argumenty potwierdzające, dlaczego właśnie „Aleję Zasłużonych” postanowiłem wyłowić z mętliku zeszłorocznych teatralnych przygód. 


Pytania. Dobry spektakl pozostawia po sobie ślady. Nie rany, nie zadrapania. Ślady w postaci pytań, które widz stawia sobie sam na potrzeby własne i sam w swoim systemie wartości i doświadczenia szuka na nie odpowiedzi. „Aleja Zasłużonych” stawia pytania wyglądające na banalne: Jak przemijamy? Czy coś po nas zostanie? Czy to, co zostawimy, ta górnolotnie mówiąc spuścizna, jest dla kogokolwiek coś warta? Czy coś, czego za życia nie udało się przekuć na dobro materialne ma w sobie wartość? Wyglądające na banalne. Szukam w sobie od lat siły, która pozwoli uporać się z lękiem przed przemijaniem. Moich Bliskich. Mnie samego. Czy pozostanie po mnie tylko dręcząca samotność i tęsknota? Czy to już samo w sobie będzie znakiem, że dodałem wartość do historii tego świata? Ten lęk o to jak uporać się z pustką, gdy odejdą bliscy i zarazem lęk o to w jakiej kondycji pozostawi się po swoim odejściu tych, którzy tu jeszcze jakiś czas zostaną. W „Alei Zasłużonych” te pytania brzmią. Wątki są. Pokazane w uroczy, lekki choć nie trywialny sposób. Jest tam także mnóstwo innych punktów zahaczenia. Pycha człowieka, artysta versus filister, miłość napędzająca strach o bliską osobę. Jestem pewien, że znajdą Państwo mnóstwo swoich własnych przemyśleń. Taki właśnie ma być teatr. Nie sztampowy, walący po łbie siekierą ideologii, jeżdżący czołgiem po uczuciach. „Aleja Zasłużonych” jest taktowna i subtelna. Dlatego, jako człowiek zamknięty w świecie swoich myśli, uważam ją za spektakl bliski idealnemu. 


Projekcie video i oświetlenie. Wraz z rozwojem elektryczności i elektroniki do teatru przenikają coraz bardziej wymyślne snopy światła i wysublimowane obrazy. Często przytłaczają spektakl. Czynią go jarmarcznym pokazem technicznych możliwości. Nie tu. Katarzyna Łuszczyk wyreżyserowała grę świateł, a Rafał Piotrowski zrealizował. Na horyzoncie scenicznym reflektory wyczarowują drugi spektakl. Podświetlone postaci aktorów dostają tam inne życie. Jakby pojawiały się w nieznanym, drugim wymiarze. Rosną. Stają się potężne niczym ruchome posągi. Siła tych cieni jest znacząca. My, mali z naszymi sprawami w codziennym rozgardiaszu. A może w innym wymiarze my wielcy? Nasze ideały, uczucia, emocje - czynią z nas olbrzymów, którzy tworzą istotne z punktu widzenia wiedzy o życiu historie. Dwuwymiarowość „Alei Zasłużonych” świetnie została zbudowana za pomocą gry świateł. Nie wspominając o czysto klasycznym, doskonale dopasowanym oświetleniu całości sceny. Zmiany świateł następują miękko, z wyczuciem. Nie wybijają z zamyślenia. Horyzont sceniczny to nie tylko miejsce dla budowania gry cieni. To także świetny ekran, na którym pojawia się zapętlona sekwencja sugestywnych obrazów. Mąż i Ona/Pisarka. Zbliżenia. Detale. Zamyślone, zastygłe w wyrazistej mimice twarze. Jak zdjęcia wyjmowane po latach z zakamarków szuflady. Obrazy tych, których historia jest już ciszą. Ale dzięki światłoczułemu papierowi znów wynurzają się z cienia pamięci. Projekcje video zrealizował Radosław Grabski. natomiast materiał filmowy do nich stworzył Andrzej Wolf. Halo halo! właśnie przedstawiłem mój kolejny argument czy też odpowiedź na pytanie: Dlaczego właśnie „Aleja Zasłużonych”? 


Skoro spektakl został już zbudowany, czas go zaludnić. Wprowadzić aktorów. Oddać im we władanie postaci i kostiumy. Dyskretnie poprowadzić grupę wykonawców przez zakręty widowiska. To już zadanie dla reżysera. Krystyna Janda połączyła dwie funkcje. Reżyseruje „Aleję…” i zarazem gra główną rolę. Można powiedzieć - ułatwiła sobie reżyserski los, bo Ona/Pisarka to bezdyskusyjnie postać pierwszoplanowa, na której wszystko się tu opiera. Na drugim planie jest Mąż, znakomicie zagrany przez Olgierda Łukaszewicza. Zmęczony, stonowany, zwykły szukający domowego spokoju starszy księgowy nad talerzem zupy. Takim go spotykamy. Poznajemy. Wydawać by się mogło, że Mąż nie ma nic ważnego do powiedzenia. Nie stanowi w dwuosobowym teamie domowym bytu sprawczego. Aż do sceny przytulenia. Piekielnie ważnej w tym przedstawieniu. Silna, zalewająca scenę potokiem kategorycznych sądów i pełnych przekleństw obrazoburczych tez Pisarka, nagle staje bezradna wobec kolein Losu. Mąż, który do tej pory przypomina zbierający ciosy bokserski worek, okazuje się opoką. Ostoją domowego ładu. Ta sytuacja powróci we wzruszającej scenie końcowej. Kiedy zamiast słów pozostanie już tylko cisza. Drugi plan wypełnia niepodzielnie postać grana przez Olgierda Łukaszewicza. Ale jest i plan trzeci. Tu trzy osoby ustawione niemal z precyzją poziomicy. Urzędnik zakładu pogrzebowego - Grzegorz Warchoł w roli twardziela, który widział już wszystko i nic go nie zdziwi, nawet  zmuszenie do deklamowania dziwacznej z jego punktu widzenia poezji. To pierwsza rozmowa. Pierwsza stacja na drodze Onej/Pisarki do uzyskania miejsca w Alei Zasłużonych. Zabawny, leciuteńko napisany, iskrzący dowcipem dialog. Zaraz po nim Matka. kolejna postać trzeciego planu. Emilia Krakowska jest Matką, jaką każdy chce mieć, o jakiej marzy. Wspierającą, zatroskaną. Matką zbudowaną z miłości do swojego dziecka, zupełnie niezależnie od tego że dziecko ma już swoje sześćdziesiąt dziewięć lat. Postać grana przez Emilię Krakowską jest przystanią. Bezpiecznym portem, w którym można się schronić i poczuć ważnym. Wysłuchanym. A na końcu podróży Onej/Pisarki jest ministerstwo kultury i jego Urzędniczka. Dorota Landowska jest jakby z prawdziwego ministerstwa wyjęta. Strzelająca fałszywym entuzjazmem, rozczulająca brakiem wiedzy choć, zarazem silnie ukierunkowana na utrzymanie swojego stanu posiadania. Deklaratywna. Nikt nie może dać ci więcej, niż urzędnik ministerialny może ci obiecać. Zabawna? Po wyłączeniu słynnego: „Z samych siebie się śmiejecie.” - tak. Zabawna. Na pewno błyskotliwie zagrana postać. 


Rozpisałem się. Noc już głucha. „Aleja Zasłużonych” jeszcze tętni mi w głowie. Szumi, jak łyk dobrze wygrzanego koniaku. Smakuję ten spektakl raz jeszcze. Przypomni mi się pewnie jutro. Za miesiąc. Zostanie ze mną. Doskonały, spotkany na drodze do doskonałości, teatr. W dużej mierze „Aleja…” to prosty, skuteczny wzorzec - wystarczy pójść, uważnie obejrzeć. Oto recepta jak zrobić świetne przedstawienie.  


Reżyseria: Krystyna Janda

Adaptacja: Krystyna Janda 

Scenografia i kostiumy: Zuzanna Markiewicz

Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk

Realizacja materiału filmowego: Andrzej Wolf

Kompozycja muzyki do piosenki "Szalej, nalej": Janusz Bogacki

Wykonanie piosenki "Szalej, nalej": Lidia Stanisławska

Asystentka ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska

Producent wykonawczy: Rafał Rossa

Realizacja projekcji: Radosław Grabski

Realizacja światła: Rafał Piotrowski

Realizacja dźwięku: Michał Cacko

Inspicjent: Rafał Rossa

Obsada:

Ona – Krystyna Janda

Mąż – Olgierd Łukaszewicz

Matka – Emilia Krakowska

Urzędniczka Ministerstwa Kultury – Dorota Landowska

Urzędnik kancelarii cmentarza – Grzegorz Warchoł





Komentarze

Popularne posty