Zabawa w mock

Machina czasu. Możliwość znalezienia się w dowolnym momencie, epoce, warstwie społecznej. Przeżycie przygód zabawnych, romantycznych, kryminalnych. Chcesz zostać bohaterem plaży Omaha w czasie lądowania Aliantów w Normandii? A może wolisz romans z Marilyn Monroe? Chciałabyś stanąć obok Seana Connery’ego i być dziewczyną Bonda? Mam dobre wiadomości: to już jest. I będzie coraz bardziej możliwe. Rozmawiam ostatnio dużo o przyszłości filmu i teatru.  Rozdrożach, na jakich znalazło się filmowe rzemiosło i teatralna sztuka. Oddalają się od siebie. I ten dystans zwiększa się z każdym kolejnym etapem doskonalenia sztucznej inteligencji. AI powoli, sukcesywnie, będzie opanowywać film. Jeśli można wygenerować sztuczne niemowlę, które zabawnie partneruje Rowanowi Atkinsonowi w jego ostatniej netflixowej produkcji, można wydłużyć żywot księżniczki Lei w jednej z części Gwiezdnych Wojen - co stoi na przeszkodzie, aby osobisty asystent AI w tych ostatnich u boku Skywalkera umieścił właśnie mnie, czy Ciebie, Szanowny Czytelniku? Nic. To tylko kwestia nieodległej przyszłości i zapewne wykupienia abonamentu. A potem - na własne potrzeby będziemy mogli wcielać się w dowolne postaci filmowe, historyczne i im podobne. W doprecyzowaniu i urealnieniu takich metamorfoz pomoże VR. Po to w zasadzie przecież  jest. 


I tu upatruję nadchodzący wielki sukces teatru. Czy wiecie Państwo, że w 2024 roku - ostatnie dostępne dane GUS - teatry miały ponad 12 milionową widownię? 27 procent Polaków je odwiedziło! Sporo, co? A to dopiero początek nadciągającej złotej ery. Zastanówmy się: Jeśli film, rozrywka rejestrowana czy „transmitowana” zacznie być udoskonalana przez AI, stanie się niewiarygodna. Będziemy zapewne śledzić z przymrużeniem oka wyczyny wyidealizowanych filmowych bohaterów, może kreować swoje avatary na postaci wirtualnego świata. Ale w tym nie będzie za grosz prawdy. Poczucie jej, doznanie czegoś realnego tu i teraz - będzie możliwe tylko w teatrze. Mnie to cieszy. A Państwa? 


No, dobrze. Ale po co o tym piszę? Ano są to refleksje po wczorajszej projekcji, podobno premierowej choć obraz jak dowiedziałem się z annałów internetu powstał w 2024 roku, filmu „Życie i śmierci Maxa Lindera”, w reżyserii Edwarda Porembnego w warszawskim kinie „Luna”. To tak zwany mockument. Czyli fikcja udająca film dokumentalny. W przypadku dzieła Porembnego ciekawa bo przygotowana tak, aby widz nieuważny nie mógł odróżnić tego co archiwalne od współczesnych „dokrętek”. W tym celu Porembny sięga po 35 milimetrową kamerę z lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Nie stroni od pomocy AI, której zadaniem jest jak najbardziej zbliżyć współcześnie rejestrowane ujęcia do ich protoplastów sprzed ponad stu lat. Efekt? No, cóż. Dla mnie miód na serce. Powstało dzieło dokładnie ilustrujące mój pogląd na to, co stanie się z filmem. Będą to obrazy nie do odróżnienia. Przenoszące widzów w realia dowolnych czasów. Pogrążające się jednak tym samym w odmętach całkowitej, smutnej fikcji. Max Linder przecież istniał naprawdę. Naprawdę świecił tryumfy, Chaplin uważał go za swojego „profesora”. I naprawdę popełnił wraz żoną samobójstwo w paryskim hotelu w 1925 roku. Ale to, co obserwujemy w straszliwie długim i nie kryję z tego powodu trudnym do oglądania filmie Poremby, to jest fikcja. Linder miota się po ekranie, widzimy niby dokumentalne epizody z jego życia. To mock. Kpina. Nic więcej. Umiejętnie zrealizowana kpina. Jeśli w to wszystko uwierzymy, damy się „wkręcić” komukolwiek w to, że oglądamy zdjęcia dokumentalne - leżymy. A są tak zrealiowane, że taka „wkrętka” jest bardzo prawdopodobna. No, nie wszystkie. W dwóch ujęciach miałem wrażenie, że daleko na horyzoncie widzę zupełnie współczesne pojazdy. 


Obejrzałem „Życie i śmierci Maxa Lindera” z mieszanymi uczuciami. Gdyby ten filmowy eksperyment miał dwadzieścia minut, może pół godziny - zapewne zostałby w mojej pamięci jako błyskotliwy żart, czy ciekawy głos w dyskusji o przyszłości kina. Niestety, Edwarda Porembnego poniosło. Film ma ponad półtorej godziny. Mówiąc najdelikatniej - dłuży się. Siedzimy, patrzymy i zastanawiamy się - jaki to wszystko ma cel? Po co ktoś zamyka nas w sali kinowej i serwuje półtorej godziny sztuczek wokół prostej historii? Mankamentem „Życia i śmierci Maxa Lindera” jest powierzchowność. Nie poznajemy Lindera z krwi i kości. Nie dowiadujemy się, dlaczego był komikiem jedynym w swoim rodzaju, kompletnie różnym od tego co prezentował depczący mu po piętach Charlie Chaplin. Na czym polegał jego sukces i jak do niego doszedł. To jest film o człowieku z celuloidu. Nie ma tu ani krwi, ani kości ani mięsa. I to poważny mankament. Obraz wpada lewym okiem, wypada gdzieś w okolicy prawego. Gdyby go skrócić i zostawić jedną trzecią - nie raziłoby to aż tak dojmująco. 


Uspokojony i zadowolony wyszedłem z kina „Luna”. Idąc po mętnym błotku, jakie zalega wesoło na warszawskich ulicach, myślałem: Jak to dobrze, że jest teatr. Prawdziwa sztuka, w której na czole aktora pojawia się prawdziwy pot z wysiłku. Są prawdziwe gesty. A każdy spektakl, nawet ten sam grany dzień po dniu, jest za każdym razem inny. To jest magia i czar teatru. Jedynego w swoim rodzaju Domu Sztuki. 


P. S. Kto zaciekawił się opisanym wyżej filmem, przypominam: „Życie i śmierci Maxa Lindera”. Reżyseria i scenariusz Edward Porembny. 





  

Komentarze

Popularne posty