Przekleństwo klubowego krawata

Prapremiera to pierwsze na świecie wykonanie jakiegoś utworu. Premiera - pierwsze w danym miejscu. A repremiera? Ha! Repremiera wymaga wiele dobrej woli i współpracy między teatrami, albo też ognistego konfliktu. Tym dziwnym określeniem nazwano sytuację, gdy jeden teatr zrzeka się praw do spektaklu w całości i ów spektakl w takim samym składzie obsady i twórców zostaje przeniesiony do repertuaru innego. Chociaż Słownik Języka Polskiego ostrzega, że ów nowy spektakl jest „zwykle w zmodyfikowanej wersji”. Tym razem o konflikcie nie słyszałem - interesuje mnie to, co na scenie a nie totumfackie ploty - zatem zakładam, że repremiera „Cravate Club” w warszawskim Teatrze Współczesnym to właśnie przykład umiejętności negocjacji i współpracy. Bo przecież było to widowisko Teatru Polonia, które swoją tam premierę miało 20 września 2020 roku. A teraz „Cravate Club” wchodzi do repertuaru wspomnianego już Współczesnego. 


Nie ma w tym nic dziwnego. Spektakl przecież reżyseruje, na dodatek gra w nim jedną z dwóch postaci, Wojciech Malajkat - od roku dyrektor teatru przy Mokotowskiej. Zresztą mam wrażenie, że ta błyskotliwa, króciutka komedia znakomicie pasuje do Sceny w Baraku Teatru Współczesnego. Jest to przedstawienie bardzo kameralne. Lubiące bliskość „czwartej ściany”. Rzecz przecież dzieje się w niewielkim pomieszczeniu biura projektowego i rozgrywa między dwoma wspólnikami - architektami. 


Znowu mogę napisać o kolejnej, bardzo udanej pracy plastycznej Wojciecha Stefaniaka. Scenografia jego autorstwa, podobnie jak inne znane mi prace, jest mistrzowsko funkcjonalna, kompaktowa i logiczna. Duży stół przy którym pracują architekci z przodu sceny, za nim mebel w rodzaju bufetu czy podłużnego baru. Tu można postawić niezbędnego w spektaklu drinka, szklankę z herbatą, albo po prostu za nim się ukryć - co też w „Cravate Club” jest niezbędne. 


Fabuła to klasyczna spirala absurdalnych zdarzeń, które z błahostki przeradzają się w wydarzenie rangi kryminalnej. Zakochany w sobie egocentryk Bernard (Wojciech Malajkat) ma sześćdziesiąte urodziny. Uważa za coś oczywistego, że w tym dniu, będącym na dodatek dniem zawarcia lukratywnego kontraktu, jego wspólnik, Adrien (Marcin Stępniak), będzie na jego urodzinowym przyjęciu. Okazuje się jednak, że Adrien ma inne plany i tego dnia zamierza zjeść kolację w towarzystwie tajemniczego klubu Jeży. Zlekceważony Bernard zaczyna pałać chęcią zdobycia klubowego członkostwa. Ile jest w stanie poświęcić w tym celu i co można zrobić dla upragnionego klubowego krawata? To właśnie fabuła tej godzinnej, jak napisałem, niezwykle zabawnej i sprawnej komedii. 


Sam dialog autorstwa Fabrice’a Roger-Lacana jest znakomity i przezabawny. Jednak tu bez błyskotliwego aktorstwa ów tekst nie wytrzymałby konfrontacji ze sceną. Malajkat i Stępniak stworzyli świetny duet komediowy i powodują, że to się ogląda bez oderwania wzroku. Czy „Cravate Club” niesie głębokie przesłanie egzystencjalne? Zapewne nie, nie jest to celem tej komedii. Może stanowić jedynie ostrzeżenie dla tych, którym kariera i samozachwyt przysłaniają świat. Wysłać sygnał, że czas nacisnąć na hamulec. Ale nie o to, moim zdaniem w całej tej historii chodzi. To jest po prostu zabawa. 


Teatr Współczesny wprowadzając „Cravate Club” do repertuaru zyskuje znakomitą propozycję dla tych Widzów, którzy po tygodniu pracy szukają odpoczynku myśli. Teatr w gronie znajomych ma być aperitifem przed, dajmy na to, pełną żartów i przekomarzań kolacją i ewentualnym spacerem po mieście. I to jest właśnie idealna sztuka na taki wieczór. Jeśli zastanawiają się Państwo z przyjaciółmi jak rozpocząć świetny czas i jak oderwać się od szarości dnia powszedniego - „Cravate Club” moim zdaniem jest wprost uszyty na miarę. Nie za długi, błyskotliwie zagrany i bardzo zabawny, lekki spektakl. 


Autor Fabrice Roger-Lacan 

Przekład  Katarzyna Skawina 

Reżyseria Wojciech Malajkat 

Scenografia i kostiumy Wojciech Stefaniak 


Obsada

Bernard Wojciech Malajkat 

Adrien Marcin Stępniak







Komentarze

Popularne posty