Oda do przyszłości

Pożegnanie z tytułem. Może wróci? Może zabłyśnie gdzieś, na innej scenie? Lubię ostatnie spektakle. Są okazją do wspomnień, nabrania pewnego dystansu wobec wielkiego eksperymentu, jakiemu na imię Teatr. W warszawskim Teatrze Studio ostatni raz pokazano „Odę do radości” Wojtka Ziemilskiego. Trzeci jego spektakl w Studio przeszedł do historii. Poszedłem się z nim pożegnać. Ziemilski w ostatnim czasie miał dwa fantastyczne widowiska. Świetny „Monolog wewnętrzny” i grany w ramach festiwalu „Ciało/umysł” monodram biograficzny „Jérôme Bel”, równie istotny artystycznie. 


Wspomnienia. Drobne powidoki przedmiotów, sytuacji. Czasem fragmentów czegoś, co trudno przywołać w całości przed oczy. Wyszczerbiony miecz, kot który wiele lat temu łasił się do nóg gdzieś na szlaku. Koślawe krzesło, stołek z domowej kuchni. Skrzypce i rama obrazu, który zaginął w odmętach niepamięci. Może coś jeszcze? Sakrum krzyża, ludzki szkielet. Koń, co galopował wolny aż do zazdrości. Kosa. We wspomnieniach o praszczurach pojawiała się ustawiona na sztorc. Chwiejna piramida artefaktów-rekwizytów. Nad nimi współczesność. Granatowa, gwiaździsta flaga i wyświetlany powoli, wers po wersie, tekst pieśni co chce być hymnem: „O radości, iskro Bogów. Kwiecie Elizejskich Pól…”. Chwieje się ta piramida przedmiotów. Aportu, który współczesny lud wnosi do wspólnotowego salonu. Chwieje i razi prowizorką. Poszczególne jej elementy nie przystają do siebie. Widać, że klecono ją na siłę, często patrząc z zaskoczeniem że to wszystko jakimś cudem się nie wywraca…


Od takiej układanki zaczyna się „Oda do radości” Ziemilskiego. Mateusz Smoliński, który to wszystko poskładał i misternie połączył, sam odpoczywa w cieniu piramidy wspomnień. Co pozostało w człowieku z bagażu przodków? A może odwrotnie: Ile nowego wnosi każdy z nas w machinę świata, a ile jest tylko powieleniem genów poprzednich pokoleń? Jabłko Adama. Cudowny komunikator, przez który można rozmawiać a może tylko usłyszeć własnego ojca. Łapiecie się Państwo czasem na tym, że „mówicie” swoimi rodzicami? Tak samo intonujecie, układacie podobne frazy. Gdy się śmiejecie, w uszach brzmi Wam ich śmiech. Wspomnienia tych, których podobno już nie ma. „Oda do radości”  definiuje to inaczej. Są. W nas. W naszym DNA zapisana jest wielka księga dziejów pokoleń przodków. Jesteśmy ledwie kamykiem. Ziarnkiem piasku w tej misternej układance, która czas ludzkiego życia uważa za mgnienie oka. 


Dominanta przechodzi na Monikę Świtaj. Opowiada o paznokciach dwóch palców wskazujących. Ten z prawej ręki jest taki, jak matki. Z lewej jak ojca. Wspomnienie zamknęło się w nich i wystarczy popatrzyć na dwa własne palce, aby ponownie zobaczyć rodziców. W każdym geście, w każdym wskazaniu tego, co przed nią, za nią czy obok. Wszędzie, gdzie życie wymaga wysunięcia wskazującego palca żyją jej rodzice. 


Dalej kapitalna Anna Dzieduszycka w kapitalnym kostiumie. Ona ma inną historię. Herbową. Jej strój jest alegoria rodowego znaku. Fantastyczny projekt autorstwa Dashy Filshyny. Aktorka zamienia się za jego pośrednictwem nie tylko w herb. W całe drzewo genealogiczne z rozciągniętymi, jak maćki, ramionami. Historia rodu Dzieduszyckich. Saga spisana, znana i zaklęta w pokoleniowe przesłania. Tu nie potrzeba okruchów. Wspomnienia są kompletne. Układają się w całość jak stabilny mebel w pałacowym salonie. 


Daniel Dobosz i zagadka. Ta historia rodzinna, która nie znalazła kompletnie potwierdzenia naukowego. Miał być dziadek Niemiec, babka Francuzka. A badanie DNA pokazuje coś kompletnie niezgodnego z opowieściami matki, która snuła je na częstochowskim Rakowie. Dobosz umie budować nastrój. Spokojny, intymny nastrój opowieści. Robi to niezależnie od postaci, w którą się wciela. Niezależnie od spektaklu. Ten subtelny, bardzo osobisty sposób kreowania roli. Tym razem też tak mu to wyszło. Świetnie wyszło. 


Czworo Artystów wśród rozsypanych kawałków wspomnień. Bo piramida z początku spektaklu już runęła. Wchodzimy w finalny jego fragment. Te wspomnienia to… odnalezione w teatralnym magazynie kawałki dawnych widowisk. Zapomniane. Zakurzone. Czekające już chyba tylko na moment gdy bezlitosny Czas sam obróci je w niebyt. Wróciły na scenę wraz z „Odą do radości”. Jeszcze raz przypominają swoje historie. Dawny blask. Sceniczne sukcesy. Nie pamiętamy. Zapominamy. Ile w ogóle zostaje z każdego dnia w ludzkiej pamięci? 


Kapitalny spektakl. Po prostu kapitalny. Budzący przemyślenia, namawiający do refleksji. Uporządkowania bałaganu okruchów w głowie. A wreszcie dający otuchę. Nie umieramy. Umiera z każdego z nas nawet nie procent. Odradzamy się w kolejnych pokoleniach. One poniosą nas, wspomnienie o naszych dokonaniach. Przekażą następnym. 


Można tylko żałować, że to już ostatni set „Ody” w Teatrze Studio. I mieć nadzieję, że ona też odrodzi się w kolejnych spektaklach Wojtka Ziemilskiego. 


TWÓRCY 


SCENARIUSZ

na podstawie improwizacji aktorskich i autorskich tekstów reżysera


KONCEPCJA 

Wojtek Ziemilski, Wojtek Pustoła

TEKST I REŻYSERIA 


Wojtek Ziemilski

DRAMATURGIA 


Sodja Zupanc Lotker


SCENOGRAFIA 

Wojtek Pustoła


KOSTIUMY 

Dasha Filshyna


MUZYKA

Igor Nikiforow


ANIMACJE

Kacper Buratyński


ŚWIATŁO

Robert Mleczko, Wojtek Ziemilski


KIEROWNICZKA PRODUKCJI

Justyna Pankiewicz


INSPICJENTKA

Zuzanna Prusińska


ASYSTENTKA PRODUKCJI

Katarzyna Pawlonka


ASYSTENT REŻYSERA / 

KONSULTACJE CHOREOGRAFICZNE

Stanisław Bulder


OBSADA


Daniel Dobosz

Anna Dzieduszycka

Mateusz Smoliński 

Monika Świtaj 





Komentarze

Popularne posty