Kwartet jak za dawnych lat
Określenie „teatr mieszczański”, które ma swoje korzenie w XVIII wieku dzisiaj uważane jest za pejoratywne. Teatr niewybredny, dla widzów dobrze sytuowanych, choć niespecjalnie „wyrobionych” teatralnie. Czy ja wiem? Chciałem go użyć wobec „Kwartetu” w reżyserii Wojciecha Adamczyka z warszawskiego Teatru Ateneum, ale się rozmyśliłem. Szkoda. Cóż złego w tym, że miasto ma swoich mieszczan i ci lubią rozrywkę stonowaną, stabilną, opartą o dobry tekst i aktorstwo. Jednak tfu tfu, wypluwam ten „teatr mieszczański”. Z żalem. Bo ja bym chciał mieszczan. Ludzi statecznych, mających aspiracje. Bywających w teatrach i restauracjach. Tworzących socjetę. Czy „Kwartet” jest właśnie dla nich? Z pewnością spełni oczekiwania tych, którzy szukają w teatrze jakości. Lekkości i polotu. Nie interesuje ich wieczne kłapanie o tym, jak źle jest być obcym wśród obcych, innym pośród innych ,albo co gorsza w ogóle nie być bo się zginęło w czasie wojny i teraz się jest wyrzutem sumienia. „Kwartet” to przepyszny kąsek dla tych, którzy szukają na scenie teatru sprzed lat. Opartego o realistyczne dekoracje, skrywającego ich walory przed oczami widzów za kurtyną aż do początku widowiska. Marzą o aktorach, którzy nie wrzeszczą, nie bzyczą do smętnych mikroportów. Po prostu na scenie są postaciami z krwi i kości. Przyznam, że nie zawsze. Ale co jakiś czas za takim teatrem tęsknię. I dlatego z przyjemnością „Kwartet” obejrzałem. Nie tylko zresztą ja. Sztuka jest w repertuarze Ateneum od ponad pięciu lat, a widownia pełna, owacje na stojąco. I bilety, jak sprawdziłem na stronie teatru, sprzedają się znakomicie.
Co stoi za sukcesem anachronicznego, jak zapewne powiedzieliby teatromani najmłodszego pokolenia, widowiska? Co przyciąga - także ich - na Scenę 20 nad Wisłą i każe po ponad dwugodzinnym spektaklu klaskać ile sił w łapach? Bo to jest teatr, o jaki dzisiaj w Warszawie coraz trudniej. Wymagający od Twórców umiejętności warsztatowych i wrażliwości. Z przyjemnością konstatuję, że przetrwał. Nie rozerwano go na strzępki, nie zarapowano na śmierć i nie zamieniono w wywijanie genitaliami.
Ateneum o jakość dba. Ale co ja w ogóle piszę. „Dba”??? Przecież byłoby sensacją, gdyby kwartet Magdalena Zawadzka, Sylwia Zmitrowicz, Krzysztof Tyniec i Krzysztof Gosztyła położył spektakl oparty o tekst mistrza Ronalda Harwooda! Wtedy rzeczywiście byłoby co smarować i skrobać klawiszami po ekranie. A tak? Obejrzałem świetny, lekki, przezabawny spektakl. Krzysztof Tyniec w roli Wilfreda Bonda bawi nie tylko widzów, ale i pozostałych Aktorów na scenie. Uroczy, ze szczyptą dezynwoltury, choć za razem elegancki. Z nieodłączną laseczką. Identyczny rekwizyt wykorzystuje Sylwia Zmitrowicz (w tej roli mogą Państwo zobaczyć także Marzenę Trybałę). Subtelna, delikatna, a zarazem równie wdzięcznie zabawna jest grana przez nią postać. Czyli Jean Horton. No i Magdalena Zawadzka. Mistrzyni, której „jestem na to gotowa”, wypowiadane w sytuacyjnie nieodpowiednich momentach, bawi do głośnego śmiechu. Bawi. Ale to jest zabawa na poziomie. Z jakością. Tu nie odwala się byle jaka błazenada i tanie kawały. Oglądamy przecież arystokrację warszawskich scen. A kwartet uzupełnia Krzysztof Gosztyła. Wspaniały. Elegancki, zabawny, emocjonalny. Gentleman w każdym calu. Zapomniany już w Warszawie gatunek mężczyzny, który godnie wchodząc w wiek, powiedzmy refleksji i wspomnień, umie się w tym odnaleźć i zachować klasę. Każda z postaci „Kwartetu” jest inna. Wyraźnie te różnice są zapisane i zagrane. Każda ma swój indywidualny charakter. Specyfikę. To czysta przyjemność oglądania.
„Kwartet” jest wymagający technicznie. Zaprojektowana z rozmachem, realistyczna scenografia - ukłony i oklaski dla Twórczyni tego dzieła, Marceliny Początek-Kunikowskiej - wymaga kilku wyraźnych przerw między następującymi po sobi sekwencjami scen. To kolejny ukłon w kierunku Pani Scenograf, bo jej praca jest nie tylko solidna, ale i kompaktowa. Łatwa do złożenia i przesunięcia. Ekipa techniczna pracuje jak w ukropie, a my dzięki bardzo dobremu pomysłowi reżyserskiemu Wojciecha Adamczyka zajmujemy oczy i wyobraźnię obserwowaniem pokazu pantomimy. Logicznie to się w „Kwartet” wkomponowało i duch-Arlekin, pojawiający się na proscenium a potem znikający w odmętach kolejnej odsłony spektaklu, sprawdza się znakomicie. Brawa dla grających tu Aktorów pantomimy. Mamy ich w tej roli troje, oczywiście występujących zamiennie - to Paulina Staniaszek, Bartłomiej Ostapczuk i Olga Gąsowska.
Aaajjj. Pewnie już od dawna zastanawiają się Państwo, czy łaskawie napiszę o czym ta komedia Harwooda jest? Zamyśliłem się, przemierzałem własne myśli. Ale - spieszę z krótkim opisem. Lądujemy w pokoju muzycznym domu spokojnej starości dla artystów. Wygląda na to, że sprofilowanym pod kątem operowym. Troje z nich - Cecily, Reginald i Wilfred - jest tu już od kilku miesięcy i tworzy zgrane trio. Pewnego dnia w ich świecie pojawia się czwarta. Jean Horton, gwiazda opery, która w tajemniczych okolicznościach bardzo wcześnie zakończyła karierę. Na dodatek Jean wśród licznych małżeństw może pochwalić się także związkiem z Reginaldem. A ten początkowo nie jest, mówiąc delikatnie, zachwycony jej przybyciem. Na szczęście autor tekstu nie wpadł w pułapkę, przyznam kuszącą, napisania farsy opartej o związki, romanse i podboje całej czwórki emerytowanych gwiazd opery. Wybrał inną, znacznie ciekawsza drogę. To jest komedia romantyczna. Pięknie się rozwijająca, opowiedziana i oczywiście zagrana. Na dodatek nie jest płytka. Uważny widz znajdzie w niej znacznie głębsze zagadnienia, niż tylko rozwikłanie zagadki dziewięciogodzinnego małżeństwa Jean z Reginaldem, czy wyjaśnienia tajemnicy końca kariery Jean. To jest też utwór o samotności. Chęci zachowania młodości wbrew nieubłaganym zmianom, zachodzącym w ludzkim ciele. Można tutaj zamyślić się nad jakością. Dążeniem do jej utrzymania, mimo coraz mniejszym siłom i możliwościom. A na okrasę finał. Początkowo zabawny swoim blichtrem. Śmieszny. Ale śmiech cichnie. A on trwa. Rośnie. Zostaje w pamięci.
„Kwartet” w reżyserii Wojciecha Adamczyka na Scenie 20 warszawskiego Teatru Ateneum. Nienowe, ale z ogromnym potencjałem widowisko. Cieszę się, że jest i że jeśli ktoś z Państwa zatęskni za rewelacyjnym, klasycznym teatrem warszawskiej socjety - ma go na wyciągnięcie ręki. Oby jak najdłużej.
OBSADA
JEAN HORTON Marzena Trybała, Sylwia Zmitrowicz
CECILY ROBINSON Magdalena Zawadzka
REGINALD PAGET Krzysztof Gosztyła
WILFRIED BOND Krzysztof Tyniec
AKTORZY PANTOMIMY Paulina Staniaszek/Bartłomiej Ostapczuk/Olga Gąsowska
AKTORZY NA PROJEKCJI WIDEO Paulina Gałązka, Katarzyna Ucherska, Dariusz Wnuk, Daniel Mosior
TWÓRCY
AUTOR Ronald Harwood
PRZEKŁAD Michał Ronikier
REŻYSERIA Wojciech Adamczyk
SCENOGRAFIA Marcelina Początek-Kunikowska
KOSTIUMY Anna Englert
PANTOMIMA Bartłomiej Ostapczuk
KONSULTACJE WOKALNE Aldona Krasucka
ASYSTENTKA REŻYSERA Magdalena Sowińska
WIDEO Łukasz Kustrzyński



Komentarze
Prześlij komentarz