"Jak zawsze", czyli tak sobie

Czytali Państwo „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego?  Krytyka przyjęła tę powieść, o ile pamiętam, z dystansem, jako dziwoląg w dorobku wziętego autora kryminałów. Przeczytałem. Bez większego zachwytu. Tekst razi powierzchownością. Jest naiwny. Autor prześlizguje się po naskórku opisywanej historii nie skupiając na detalach, które mogłyby uczynić z niej niezłą science fiction. Historia jest taka: Dwoje circa osiemdziesięciolatków szykuje się do uczczenia pięćdziesiątej rocznicy swojego pierwszego seksu. Czują, że to już, co bardzo możliwe, ostatnia taka przygoda. Przygotowują się zatem do niej starannie. Potem jest scena łóżkowa i… budzą się pięćdziesiąt lat wcześniej. W zupełnie innej Polsce. I tu zaczyna się literacko - logiczny kłopot. Ta inna Polska jest wasalem Francji, w której orbitę wpływów wpadła po drugiej wojnie. Ba. Jest wyspą kapitalizmu, otoczoną morzem demoludów pozostających pod butem sowietów. Niestety Miłoszewski, moim zdaniem, kompletnie sobie z tym nie poradził. Jego wizja Polski w równoległej rzeczywistości jest ledwie naszkicowana. Naiwna i chaotyczna. Okazuje się w dalszej części, powieści że główni bohaterowie są kumplami Edwarda Gierka, który przyjechał z Francji i stara się wprowadzić russkij mir. W kulminacyjnej scenie Gierek daje w ryja panu z przyszłości, robi przewrót i zamyka granice. Ot i tyle, odłożywszy na bok kilka mniej istotnych szczegółów. Czytając zastanawiałem się po co ta powieść powstała? Czy ma pokazać miłość poza i ponad czasem, jej uniwersalne wartości okraszone sytuacyjnym humorem?  A może chodziło o zbudowanie jakiejś pseudo orwellowskiej wizji świata, w którym komunizm wydarzyć się nieuchronnie musi jako metafizyczne katharsis i tak przecież doświadczonej wojenną traumą ludzkości? Albo miała być to lekka opowieść dla jaj napisana o tym co by było gdyby. Nie wiem. Miałem czytając wrażenie, że Autor też nie bardzo wiedział na co się zdecydować. 


„Jak zawsze” spokojnie sobie leżała na półce i zapewne nic by się wielkiego z nią więcej nie zadziało. Gdyby nie Żona Autora. Marta Miłoszewska wzięła tekst, dokonała w nim skrótów i zaadaptowała go na potrzeby teatralne. A potem wspólnie z Magdaleną Małecką-Wippich wyreżyserowała komedię. W warszawskim Teatrze Komedia na dodatek. Moim zdaniem nie wyszło to najlepiej. 


Od razu zastrzeżenie - to mój pogląd. Widownia śmiała się w wielu miejscach i klaskała z zapałem po opadnięciu kurtyny. Na pewno „Jak zawsze” może znaleźć drogę do sympatii tych widzów, którzy oczekują prostej komedii opartej o niezbyt trzymającą się kupy fabułę i ledwie miejscami zabawne dialogi. Czyli takich, którzy w teatrze bywają rzadko, mają niewielką skalę porównawczą i chcą za wszelką cenę spędzić wieczór obcując z czymś, co nazywa się „kulturą”. Rozumiem ich w pełni i absolutnie nie potępiam. O gustach wszak dyskutować nie należy. Dla mnie „Jak zawsze” w Komedii nie jest wystarczająco ani wyreżyserowane, ani zagrane, ani wykreowane scenicznie. 


Zacznę od tego ostatniego. Bo najbardziej zazgrzytała mi w oczach scenografia spektaklu. Brak funduszy czy pomysłu zgubił jej Autorkę, Julię Skrzynecką? Akcja powieści i zarazem fabuła spektaklu jest osadzona w różnych miejscach. Ich „inność” w stosunku do realiów Polski lat sześćdziesiątych stanowiła jeden z niewielu walorów dla czytelnika. Tu na scenie rozparło się łóżko. I tyle. Spore, przypominające bardziej mebel z trzygwiazdkowego hotelu niż przedmiot uciech i wypoczynku z mieszkania wziętego terapeuty. Na nim baraszkują bohaterowie. W porządku. Ale łóżko nie ma szans stać się wnętrzem restauracji, nocnego klubu, korytarzem szkoły dla frankofilskich panienek, salą lekcyjną, klitką na Wspólnej, w której główną bohaterka pomieszkuje, itp. Scenografia to gra z wyobraźnią widzów. Mam wrażenie, że tu kompletnie tej gry nie podjęto. I na tym „Jak zawsze” znacząco traci. Większość scen nie wbija się w wyobraźnię. Nie rozwija w niej jak piękny kwiat. Widz pozostaje raczej w zdziwieniu, pytając: Zaraz, zaraz. Na cholerę ten mebel, skoro oni teraz niby tańczą w nocnym klubie? U progu 2026 roku teatr ma wystarczające środki aby pomóc wyobraźni. Światła, projekcje wideo, obrotowa scena pozwalająca na zmianę aranżacji scenicznej przestrzeni. Nic z tego w „Jak zawsze” nie zostało wykorzystane. Pozostałe, obskurne zresztą, elementy scenografii wsuwają się i wysuwają żałośnie, mając za tło owo nieszczęsne łóżko. Szczytem kreatywności scenografki jest, mam wrażenie, biała rama na kółkach z metalową kierownicą. Ma to być samochód, którym co jakiś czas bohaterowie podróżują. Wypada smętnie i przaśnie. Zmarnowana jest na przykład scena, która mogłaby „Jak zawsze” uczynić przynamniej spektaklem godnym zapamiętania. Mam na myśli przejazd głównych bohaterów owym samochodem przez Warszawę odbudowaną na francuską modłę. Zupełnie inną, niż ta która powstała w rzeczywistości. Miasto bez Pałacu Kultury, bez Stadionu Dziesięciolecia - moim zdaniem tak by go nazwała para osiemdziesięciolatków a nie mówiła „Narodowy”. Warszawa ze skansenem ruin zachowanych ku przestrodze pokoleń. Naprawdę aż tak zabrakło Twórcom wyobraźni? Czy budżet spektaklu się nie spinał? Tu aż prosi się o jakąś projekcje wideo, o grę świateł symulującą przemieszczanie się samochodu po mieście. A w zamian mamy kilka zespawanych rurek przywodzących na myśl peerelowską karuzelę ze zdewastowanego placu zabaw, na której hulają żądni przygód dorośli na rauszu. 


Miłoszewska dokonała amputacji sporej części mężowskich fantazji, które powieść jako tako ratowały. Gierka, logicznie korespondującego z francuskim ładem wyimaginowanej Polski zastąpiła ni z gruszki ni z pietruszki Jaruzelskim. Po co? Bo Aleksander Sajewski, który musiał wcielić się na moment w postać dyktatora jest za młody i za chudy? Chyba tylko dlatego. Jaruzelski kojarzy się z przewrotem wojskowym. Nie cywilnym, podszytym sowiecką agenturą. Usunęła też względnie zabawny wątek powieściowy, czyli oryginalne próby zarobienia wielkiego szmalu przez człowieka z przyszłości, który wpada na pomysł przeniesienia swojej wiedzy o wydarzeniach do lat sześćdziesiątych i użycia ich przy obstawianiu wyniku meczu, czy projektowaniu nart. Szczególnie  boli brak tego drugiego wątku. Wtedy marzenie Ludwika (Tomasz Dedek/Filip Koaior) o wyjeździe do Zermatt stałoby się bardziej znaczące i zrozumiałe. Adaptatorka zmieniła, a raczej usunęła całe zakończenie. W spektaklu rzecz finalizuje się inaczej niż w powieści i to jest najbardziej dla mnie zabawny moment. Miłoszewski wysłał swojego bohatera w Alpy. Tam na wieść o gierkowskim przewrocie rzuca on zarzewie świetnego narciarskiego biznesu decydując się na powrót licencyjnym citroenem do Polski, w której zamknięcie granic uwięziło  jego ukochaną. Liche to i naiwne, szepnę Państwu na ucho. Miłoszewska z kolei w ogóle rezygnuje z komunistycznego przewrotu, czyniąc wątek Jaruzelskiego kompletnie pozbawionym sensu tłem tła. Jej bohater po prostu umiera i schodzi ze sceny obsypany sztucznym śniegiem. Paradoksalnie w tym jest więcej życia i prawdy, niż w książkowym pierwowzorze.  Ale to już Państwo mogą ocenić sami, o ile ciekawość Was do Komedii zapędzi, a wytrwałość pozwoli doczekać do końca drugiego aktu. 


Dość o środowisku „Jak zawsze”. Pozostają aktorzy. Miałem wrażenie, że spełniają swoje role bez przekonania. Wiary w odtwarzane postaci. Tomasz Dedek zawsze gra Tomasza Dedka i to się już zapewne nie zmieni. Tu pojawia się pod pseudonimem „Lucjan” i robi co może. Czyli nie za wiele, bo jego postać ironicznie sarkastycznego staruszka snuje się po scenie i podpowiada z mgły równoległej rzeczywistości, co ma robić Lucjan młody. Tego z kolei gra Filip Kosior. Dlaczego mistrz polskiego audiobooka i twórca znakomitego Potem o Tem zdecydował się na występ w „Jak zawsze” - pozostaje dla mnie zagadką. Powiem oględnie, to nie jest najlepsza rola w karierze Kosiora. Odniosłem wrażenie, że w postaci młodego Ludwika czuje się niepewnie. Nie rozumie dylematów i pokus, szarpiących nagle cudownie odmłodniałbym terapeutą na wycieczce do młodości w świecie równoległym. Po prostu jest na scenie. Ani to złe ani dobre. Marnie zaprezentowała się, moim zdaniem, debiutująca w „dorosłym” aktorstwie Helena Rząsa. Ma za zadanie zagrać młodą wersję przeniesionej w czasie Grażynki.Wyszła jej naiwna Dorotka z Krainy Oz. Maszeruje przez spektakl z gracją królewny Mimozy. Nie ma w niej życia, jest jedynie warsztatowa poprawność. Niełatwo w tę postać uwierzyć. Na dodatek zadanie Rząsie utrudnia partnerka. Przecież Grażynę Anno Domini 2026 gra Katarzyna Żak. A mistrzyni tej klasy odnajdzie się nawet w jasełkach parafialnych w Murzasichlu. Żak nie ma niestety za wiele do zagrania. Miłoszewska amputowała jej bohaterce skrzydła. Powieść zaczyna się od nieźle napisanej i równie nieźle się czytającej sceny kupowania przez starszą kobietę erotycznej bielizny i zabawnego, a zarazem podszytego wzruszeniem dialogu ze sprzedawczynią w sex shopie. Tu został jedynie ogryzek. Szkoda. Pani Katarzyna z wdziękiem robi co może, starając się podpowiadać swojej młodszej wersji jak poruszać się w nowej rzeczywistości. Ale jak już napisałem ani tekst ani młodsza wersja na jej starania nie reagują. 


Pozostaje Wars i Sawa. Czyli para niczym szekspirowski Puk, która chyba ma w spektaklu dać odpowiedź na pytanie: Jak do cholery tych dwoje przeniosło się w czasie i rzeczywistości? Powieść takiej odpowiedzi nie zawiera i słusznie. Nie jest ona nikomu do niczego potrzebna. Podobnie jak, to oczywiście moje zdanie, nie są potrzebni Wars i Sawa na scenie. Zaczynają od pierwszego momentu irytować widzów, ponieważ pojawiają się na widowni gdzieś za ich plecami, zmuszając do ekwilibrystycznych wygibasów tych którzy chcą zobaczyć co się dzieje. Krzesełka na widowni Komedii są bardzo niewygodne. A obrócenie się w nich graniczy z cudem. Po co Panie Reżyserki, już na wstępie swojego dzieła, postanowiły widzów ukarać za to że przyszli? Oto ich słodka tajemnica. Ale wróćmy do Warsa i Sawy. Eliza Borowska taka sobie. Próbuje interakcji z widzami, stara się zawalczyć o swoje w postaci pierwszej żony Lucjana, która okazuje się jego rzeczywistością w świecie równoległym. Jakieś to jednak na siłę zagrane. Chociaż akurat owej żonie Autor i Adaptatorka dali kilka zabawnych kwestii do wypowiedzenia. Na szczęście. Jest jeszcze Wars, czyli Aleksander Sajewski, którego niedawno z przyjemnością obserwowałem w dyplomowej „Rózi” na scenie Teatru Collegium Nobilium. Tutaj wyraźnie się stara. Czuje, że wszystko się może wydarzyć w życiu ale spieprzenie pierwszej ważnej roli w zawodzie aktorskim nie powinno. Walczy zatem dzielnie i daje z siebie co może. Po pierwszym akcie miałem mieszane co do tej walki uczucia. W drugim jednak, gdy wcielił się w postać efemerycznego Adama, narzeczonego Grażynki w świecie równoległym, zmieniłem zdanie. Jest w Sajewskim potencjał. Może z powodzeniem zagrać uroczych wrażliwców-intelektualistów, da sobie radę w rolach amantów i artystów. Skorzystał z tego oręża i myślę że wypadł relatywnie najlepiej ze wszystkich. Byleby nie śpiewał. 


Tyle. W warszawskim Teatrze Komedia premiera. „Jak zawsze”, w reżyserii kobiecego duetu Miłoszewska/Małecka-Wippich, nie porywa. Nie powala na kolana. Ale - jeśli szukają Państwo czegoś na siłę a zabrakło biletów w innych teatrach - można zaryzykować. Niestety nie jest to jednak spektakl choćby nawiązujący do świetnych moim zdaniem sztuk, które od pewnego czasu zadomowiły się na żoliborskiej scenie.  


Jak zawsze
na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego

Adaptacja: Marta Miłoszewska

Reżyseria: Magdalena Małecka-Wippich, Marta Miłoszewska

Scenografia i kostiumy: Julia Skrzynecka

Muzyka: Mary Rumi

Teksty piosenek: Magdalena Małecka-Wippich

Konsultacje ruchowe: Maria Bijak

Reżyseria światła: Artur Sienicki

Asystentka scenografki i kostiumografki: Kalina Gałecka


Występują: Katarzyna Żak, Tomasz Dedek, Helena Rząsa, Filip Kosior, Eliza Borowska, Aleksander Sajewski







Komentarze

  1. Przepraszam, kim jest Lucjan?

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja przepraszam i dziękuję za zwrócenie uwagi. Skupiłem się na treści i Ludwik zamienił mi się niechcący w Lucjana. Już poprawiłem. J. M.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty