Bo w impro to trzeba umić...

Impro w Klubie Komediowym. Powiem, że kiedyś zraziłem się do ich poczynań w tej dziedzinie. Jestem zwolennikiem pełnej wolności i bezpieczeństwa widzów. Nie znoszę być podczas spektaklu przymuszany do jakichkolwiek działań, gestów, ruchów czy okrzyków. Mogę się na to zgodzić, ale nie muszę. A spektakl, który lata temu widziałem zaczynał się od beznadziejnej „rozgrzewki” widzów, którym improwizatorzy kazali wymachiwać rękami, wykrzykiwać jakieś sylaby a w końcu kłaść dłonie na ramionach siedzących obok obcych ludzi. Nie mój to klimat, od dziecka unikałem wszelakich tego typu zabaw. Na dodatek każde działanie z widzem musi mieć sens. Interakcja, zaangażowanie kogoś z konstelacji „czwartej ściany” w spektakl jest fajne kiedy wiemy po co się to robi. Samo durne wymachiwanie łapami jako symbol budowania relacji, uważam za coś pozbawionego racji bytu. A najgorsza jest stygmatyzacja. Owładnięci wpływem otoczenia ludzie wymachują kończynami. Jeden, czy dwóch niewymachujących czuje się jak smutny ch… na weselu. Gdzie „smutny ch… na weselu” oznacza takiego, który nie umie się bawić. 


No, to teraz widzą Państwo z jakim nastawieniem poszedłem do Klubu Komediowego na „Only Fun - czyli o czym nie chcesz żeby wiedzieli twoi bliscy”, impro Kingi Kosik-Burzyńskiej. Nie tylko poszedłem. Wyszedłem z łapami obolałymi od oklasków. Bo było świetnie przygotowane i przeprowadzone. 


Spektakl impro to zabawa z ludźmi, a nie beka z ludzi. Trzeba umiejętnie, taktownie, zbudować relację z audytorium. Od pierwszej chwili spodobało mi się, jak improwizatorka te relacje ustanawia. Konsekwentnie przez cały spektakl zwracała się do nas per „pani”, „pan”, „państwo”. Nie było nachalnego, niczym nie sprowokowanego przez widzów przechodzenia na „ty”. Kolejna sprawa - przełamanie lodów. Często powtarzam na swoich szkoleniach: Jeśli chcesz aby słuchacze odpowiadali na twoje pytania, nie zaczynaj od ich zadawania. Poczekaj aż ktoś ciebie zapyta. Odpowiedz, potem dopiero sam możesz pytać. Dlaczego? Przecież to oczywiste. Każda relacja między ludźmi opiera się o wymianę dóbr, emocji, wartości. etc Czegokolwiek. Kinga Kosik-Burzyńska to doświadczona artystka sceniczna. Uczyła się fachu w szkołach aktorskich i improwizatorskich. Tajniki impro zgłębiała za Oceanem. Prowadzi zajęcia ze sztuk improwizacji, kreatywności. Umie w to po prostu. Z przyjemnością patrzyłem, jak starannie buduje relację z widzami. Jak nas obserwuje, reaguje na informacje zwrotne. Czeka. Zanim przeszła do clou wieczoru, sama opowiedziała historię. Położyła ją przed nami, wyznaczyła ramy spotkania i pokazała czego możemy się po niej i po jej spektaklu spodziewać. 


Nic dziwnego, że w ramach rewanżu usłyszała pięć inspiracji do swoich działań. Pięć zdarzeń, opowiedzianych pod wspólnym mianownikiem: To sekrety, o które dbamy aby nikt się o nich nie dowiedział. Jakie? Różne. Za każdym razem będą przecież inne. Wszystko zależy od publiczności. Ważne jest, co improwizatorka z nimi zrobi. Czasu piekielnie mało. Trzask - opowieść widza. Prask - błyska światło i trzeba coś na tej kanwie stworzyć. 


Kosik-Burzyńska wykreowała skecze przezabawne. Świetnie zagrane Jestem pod wrażeniem przede wszystkim tego, co stało się w impro o rozmowie na ślubie kościelnym, a w głos zaśmiewałem się obserwując grzybową imprezę. Gra całą

sobą. Gest, praca sylwetki, mimika - znakomicie uzupełniają tworzony na bieżąco tekst. Zadziwiające, zaskakujące i przede wszystkim cholernie zabawne. Opis poszczególnych skeczy? Po co? Jeśli pójdą Państwo na „Only Fun…” zobaczycie inne. Bo przecież istota impro to tworzenie ad hoc przedstawienia na podstawie tego, co podrzucają aktorowi widzowie. 


To jest siłą i czarem improwizacji scenicznej. Nie ma dwóch takich samych przedstawień. Każde zaskakuje, dostarcza nowych pokładów humoru. Ważne, aby skecze nie trwały w nieskończoność. Aktor nie może wpadać w pułapkę bycia zabawnym tak długo, jak długo ludzie się śmieją. Powstawałyby nużące, smętne, tworzone na siłę kawały. Kinga Kosik-Burzyńska doskonale sobie z tym radziła. Jej improwizacje trwały dokładnie tyle, ile było trzeba. 


Reasumując - w Klubie  Komediowym popis trudnej sztuki impro. „Only Fun…” to czysta przyjemność. Nie ma nachalnego zmuszania widzów do interakcji, w zamian jest umiejętne zachęcanie do dzielenia się zabawnymi zdarzeniami. Przyznam się, że jeszcze moment a sam włączyłbym się w impro ze swoim wyzwaniem. Nie ma dłużyzn, dostaliśmy tyle ile było potrzeba. Lubię tak poprowadzone spektakle. Chaos, partactwo polegające na działaniach nielogicznych, wrzaski i przerysowane parodie to wrogowie sztuki impro. Jeśli chcą Państwo zobaczyć ją w świetnym wydaniu „Only Fun - czyli o czym nie chcesz żeby wiedzieli twoi bliscy” Kingi Kosik-Burzyńskiej w warszawskim Klubie Komediowym, jest do tego świetną okazją.  





Komentarze

Popularne posty