Alicja w Krainie Drzwi

Uwaga! W tekście pojawiają się wulgaryzmy!!!!

Tak. Bez nich ani rusz. „Hotel ZNP, rękopis znaleziony w popielniczce”, spektakl łódzkiego Teatru Nowego, który pokazał Teatr Telewizji TVP jest nimi naszpikowany jak dobry sernik rodzynkami. Nawet one, w reżyserowanym przez Kubę Kowalskiego widowisku, brzmiały sztucznie. Nie umiem udawać. Wiem, że podnoszę rękę na sacrum konkursów i bańki teatru ambitnego. Ale nie znajduję w nim grama sensu i jakości. Może - to nie asekuracja ale życzliwe szukanie przyczyny - spektakl zupełnie inaczej „mówi” do widzów z prawdziwej sceny. W telewizji został spłaszczony, obnażony w swoich niedociągnięciach. 


„Co to kurwa ma być??” wrzeszczy w końcówce „Hotelu” Niańka (Karolina Bednarek) i to jest cholernie dobre pytanie. Jesteśmy już wtedy po co najmniej dziewięćdziesięciu minutach bełkotu, który sprowadza się do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: Dlaczego nikt nie chce dymać Rudej Belci? Upraszczam, fakt. To w ogóle jest dzieło o niechęci, bądź niemożności uprawiania seksu - jak Państwo widzą umiem taktownie to wyrazić, chociaż przez cały spektakl krztusiłem się ze śmiechu. Belcia, czyli Paulina Walendziak zazwyczaj zamieszkuje tak zwane plany bliskie. Widzimy zatem jej pretensjonalną mimikę i udawanie na siłę Belli Baxter z „Biednych Istot” Yórgosa Lánthimosa. Rożnica jest jednak zasadnicza. Paulina Walendziak nie jest Emmą Stone. A na dodatek, odpowiedzialna za adaptację powieści Izabeli Tadry, Małgorzata Maciejewska niestety nie jest Tobym McNamarą, który napisał scenariusz do „Biednych Istot”. Innymi słowy Belcia przypomina Bellę w tym samym zakresie, w jakim Skoda Favorit jest podobna do Maserati Quattroporte. Samo wykrzywianie buzi w coś, co stanowi skrzyżowanie stuporu ze zdziwieniem Królewny Śnieżki na widok Krasnoludków, nie wystarcza. 


Zastanawiam się czy TVP zdawała sobie sprawę, że tuż po godzinie 21 pokazywała wulgaryzmy, zażywanie narkotyków (amfetamina i koko) oraz zawoalowane w rozmowy sceny seksu. Pewnie tak, przecież to jednak jakiś nadawca publiczny, chociaż w niekończącej się likwidacji. Kuplet „Wyjdź, kurwo”- dramatyczny apel o zwolnienie klopa, czy „Chuju wstań” - równie dramatyczne nawoływanie Wilhelma (Maciej Kobiela), którego siurek odmówił udziału w zabawie w seks małżeński. Mnie  to raziło. Nie dlatego, że nie używam wulgaryzmów albo nie akceptuję ich w sztuce. Akceptuję. Ale wtedy, kiedy są uzasadnione. Poparte logiką. Tu były równie prawdziwe jak dziwaczny wielbłąd z papier mâché. Element dekoracji, którego nie da się odzobaczyć. 


Raziło mnie też połykanie głosek. Damianowi Sosnowskiemu, odniosłem wrażenie, znikały często samogłoski. Szczególnie te, które zły Los cisnął w rejon „s”, „sz”, czy „ś”. Ale najzabawniej wypadło zdanie Belci skierowane do Matki (Katarzyna Żuk): „A kto tu mówi o śrubie?” - usłyszałem i moją twarz rozciągnęła się w uśmiechu. Chodziło o „ślub”. Aktorsko, mam wrażenie, spektakl w starciu z bezlitosną kamerą poniósł klęskę niczym armia Napoleona pod Waterloo. Na dodatek żałosna scena wokalna w pierwszej jego części. Domyślam się, że nawet realizator dźwięku nie rozumiał jakie słowa starają się wyartykułować aktorzy. Do mnie dotarł jedynie smętny powiew jęku.


Na stronie łódzkiego Teatru Nowego przeczytałem polecajkę Reżysera. Otóż uważa On że „Hotel ZNP” to: podróż przez mężczyzn, fryzury i hotelowe pokoje, pełna potknięć i do bólu prozaicznych rozczarowań i pomyłek.  Operetka –  absurdalna i kampowa, i tragikomiczny standup.” Może w Łodzi rzecz wygląda inaczej. W Teatrze Telewizji nie dopatrzyłem się żadnego z tych elementów. Kampowy???? Wolne żarty. Co tu było kampowego? Operetka??? Somnambuliczne monologi Belci, wygłaszane w dziwacznej, pretensjonalnej konwencji? Stand up??? Tragikomiczne, no - może to tak. Mieszano konwencje, style grania. Aktorzy miotali się od przerysowań w gestykulacji, nadinterpretacji banalnych tekstów, do zejścia na granice prywatności. To przypominało „Trudne sprawy” w Polsacie. Spektakl obija się o przeróżne pół pomysły jak kula bilardowa,  gnając do nikąd. 


Jak to widowisko podsumować? Belcia siedzi w klopie. Ale ten klop nie jest klopem. Jest korytarzem hotelu ZNP, którym nie jest ponieważ de facto jest skarbczykiem jej myśli. Poszczególne drzwi przynoszą na scenę kolejne postaci i historie. Alicja w Krainie Drzwi - tak wygląda teatralno-telewizyjna scena w szerokich planach kamerowych. Niańka chce siku i stara się do Belci dostać. Kiedy pojawia się światełko nadziei i przekupiona fajkami Belcia ją wpuszcza - nie. Nie następuje koniec. Teraz ni z gruszki, ni z pietruszki, na ostani kwadrans dominanta przechodzi na ową Niańkę. Ta natychmiast oddaje pałeczkę jej dawnemu chłopakowi, który miał walizkę różnych wesołych przyrządów wspomagających seks. A ten hops - i wprowadza nas w świat swojego przemocowego taty. To jest gonitwa niepoukładanych myśli. Zapewne świetnie by się taki strumień świadomości czytało i z przyjemnością sięgnę po prozę Izabeli Tadry. Moim jednak zdaniem „Hotel ZNP” w takim kształcie, w jakim pokazał go Teatr Telewizji TVP jest chaotyczny i … tak. Powinienem powtórzyć pytanie Niańki. Ale już było, a epatowanie Państwa wulgaryzmami nie jest moim celem. 


Tyle. Teatr to sprawa subiektywna. Spektakl może się podobać, nie podobać. Nudzić. Prawo każdego. Moim zdaniem jeśli ktoś to zobaczy i pomyśli, że to jest papierek lakmusowy czy jakaś próbka polskiego współczesnego teatru - zapewne pojedzie do Czech oglądać Rumcajsa w pierwszym lepszym przedszkolu. 


Twórcy 


Autorka

Izabela Tadra

Adaptacja

Małgorzata Maciejewska

Reżyseria

Kuba Kowalski

Scenografia i kostiumy

Maks Mac

Muzyka

Olo Walicki

Improwizacje muzyczne

Antoni Włosowicz

Choreografia

Krystian Łysoń

Realizacja telewizyjna

Waldemar Stroński


Obsada


Paulina Walendziak

Katarzyna Żuk

Maciej Kobiela 

Karolina Bednarek

Piotr Seweryński

Damian Sosnowski

Paweł Kos

Michał Kruk

Antoni Włosowicz







Komentarze

Popularne posty