Szkic do szkicu, czyli "Zdziczenie..."

Publiczność wychodziła z mieszanymi uczuciami. Trzy kwadranse, wliczając w to wystąpienie przedstawicielki Organizatorów na temat Festiwalu Warszawa Singera, to mało jak na przedstawienie, w którym są trzy role pierwszoplanowe i dwie drugoplanowe. „Zdziczenie obyczajów pośmiertnych” w reżyserii Kamila Białaszka, które pokazał premierowo na scenie Teatru Kwadrat w ramach singerowskiego festiwalu to w najlepszym razie szkic do szkicu.  W najgorszym - kompletna klapa. 


I żeby była jasność: Wcale nie mam do Kamila Białaszka o to wielkich pretensji. Zgadzam się z  Michałem Mizerą, moim niedawnym rozmówcą w TeatrVaria Wywiad (łapcie na YouTube i Spotify), że teatr to jest laboratorium. Sprawdza się w nim czy zamysł artystyczny reżysera w połączeniu z wysiłkami aktorów przynosi spodziewany efekt, czy okazuje się nieudanym eksperymentem. „Zdziczenie…” nie jest kompletnym fiaskiem. Jest przedstawieniem, które jeszcze nie dojrzało, moim zdaniem. Potrzeba mu pracy i pokory. 


Tekst Leśmiana - pamiętajmy niedokończony przez Autora -  ma przedziwne losy. One same mogłyby być kanwą filmu, albo spektaklu. Rękopis zostaje wyniesiony z płonącej Warszawy. Trafia wraz do obozu koncentracyjnego. Podróżuje przez miasta i kontynenty. Zostaje sprzedany polskiemu kolekcjonerowi białych kruków, a na scenę w kraju trafia po raz pierwszy 23 października 1982 roku. Prapremierę można było obejrzeć na Małej Scenie łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza. Od tamtej pory powraca w godzinnych mniej więcej wersjach kilkukrotnie. Ale niecałe trzy kwadranse to mało. Bardzo, bardzo mało. Propozycja Białaszka razi chaosem i brakiem konsekwencji. 


Na dodatek w tej inscenizacji nic nie jest takie, jak w oryginale. Mam wrażenie jakiejś powierzchowności, pośpiechu w tworzeniu tego przedstawienia. Zupełnie nie odnalazłem się w jego przestrzeni. Nie poczułem cmentarnej atmosfery księżycowej nocy, gdy z grobów podnoszą się trzy postaci, złączone więzami zbrodni i zdrady. Nie było symboliki

i poetyki, która pozwala stawiać tekst Leśmiana jako pewnego rodzaju korespondencję z „Dziadów częścią II” Adama Mickiewicza. Było to raczej coś w rodzaju pokazu na potrzeby egzaminu z aktorstwa dramatycznego na jednej z wyższych uczelni teatralnych. Na dodatek momentami zadziwiająco marnie zagranego. 


Cienie Zmarłych, czyli Krzemina (Zuzanna Radek), Marcjanna (Maria Kresa) i Sobstyl (Adam Szustak) nie wytwarzają nastroju „makabrycznej inscenizacji powrotu”. Zajmujemy miejsca na widowni, gdy wesoło baraszkują po scenie. Ta zresztą także nie pomaga ani reżyserowi, ani aktorom. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego postanowiono przebudować znany i sprawdzony układ Sceny Kameralnej Kwadratu. Oryginalnie widownia znajduje się tam po dwóch stronach sceny. Ta ulokowana jest w niecce. Publiczność, siedząc naprzeciwko siebie obserwuje przedstawienia stanowiąc niejako dwie ściany sceniczne a nie tylko jak się często mówi - czwartą. Przemeblowanie spowodowało sytuację pozbawioną sensu. Malutka scena nie dawała aktorom żadnej szansy na zbudowanie relacji między postaciami. Było ciasno, jak w metrze po szesnastej. Aktorzy obijali się o siebie, szukając miejsca na każdy krok czy gest. A publiczność z irytacją wyciągała szyje aby cokolwiek zobaczyć. 


Przedstawienie Kamila Białaszka dostarcza natomiast mnóstwa informacji. Po pierwsze o samym reżyserze. To artysta arcyciekawy. Jego „Pan Tadeusz” do tej pory trwa w teatralnych dyskusjach o tym, co warto a co można z tym tekstem zrobić. „Skowyt” to z kolei fantastyczny pokaz możliwości wyobraźni młodego reżysera. Słyszałem, że szykuje się do inscenizacji „Hamleta” w warszawskim Teatrze Powszechnym. Sięga po teksty klasyczne, odważnie sobie z nimi poczyna. Ryzykuje. Tak. Ryzykuje. Ale dzięki temu jego teatr jest fascynujący. Jest charakterystyczny. Idąc na spektakle Białaszka trudno przewidzieć, co się wydarzy i co się zobaczy. Moim zdaniem „Zdziczenie…” nie jest eksperymentem udanym. Ale jest! Białaszek podejmuje poszukiwania, sprawdza swoje możliwości. Bardzo dobrze, że tak się dzieje. I bardzo dobrze, że jego spektakl pokazano na Festiwalu Warszawa Singera. Bo festiwale muszą żyć. Muszą być platformą wymiany myśli i artystycznych wizji. Oby tylko - to uwaga do reżysera - „Zdziczenie…” nie okazało się zapowiedzią pychy, która kroczy przed upadkiem. 


Kolejna informacja, płynąca ze sceny, to wiadomość wysłana przez Zuzannę Radek. Mamy wspaniałą aktorkę młodego pokolenia. Jej interpretacja pogmatwanego, trudnego tekstu Leśmiana wypadła wprost fantastycznie. Z przyjemnością wsłuchiwałem się w kwestie wygłaszane przez panią Zuzannę, żałując wręcz że już widziałem Jej „Clean Girl”. Bo  jest już inna, niż kilka miesięcy temu. Jest dojrzałą, świadomą swoich wielkich możliwości aktorką. A ci, którzy na początku października pomaszerują do Teatru Polskiego na jej spektakl - zapewne wyjdą oszołomieni. Moje po spektaklowe brawa kierowałem głównie do Radek. 


Trzecia wiadomość jest taka, że aktor potrzebuje reżysera. Bez niego miota się po scenie i szukając wczorajszego dnia niewiele mu się udaje wykreować. Tu, niestety, mam na myśli pozostałe dwie główne postaci „Zdziczenia”. Maria Kresa wydawała się zagubiona, niepewna wypowiadanych słów. Tak, jakby nie wiedziała co i po co gra. Może zabrakło kilku prób z reżyserem? Najmniej przypadł mi do gustu Sobstyl Adama Szustaka. Nie wiem, czy to dziwna maska-kominiarka, którą przyszło mu nałożyć czy rozkojarzenie. Siedziałem w siódmym rzędzie i wiele kwestii wygłaszanych przez pana Adama było zupełnie nie do zrozumienia. Jego Sobstyl to muskularny, niezbyt rozgarnięty osiłek, który myśli - jak mawiają czasem panie - zupełnie innym narządem, niż mózg. Czy ja wiem? Nie jestem do tej wersji nadmiernie przekonany. Podziwiam natomiast Adama Szustaka za to, że wytrzymał trzy kwadranse w idiotycznej, grubej kominiarce. Utrudniała mu wyraźnie mówienie, uciskała i zapewne grzała niemiłosiernie głowę. Po co ją tej postaci dała Dominika Soćko, odpowiedzialna w przedstawieniu za kostiumy? Nie mam pojęcia. Dlaczego, zamiast kominiarki, nie sięgnięto po zdobycze make upu? Podobne zarzuty mam do postaci Krzeminy i Marcjanny. Można było - to oczywiście wyłącznie moje zdanie - bardziej pracować nad ich charakteryzacją. 


Reasumując, na miejscu Kamila Białaszka potraktowałbym przygodę ze „Zdziczeniem obyczajów pośmiertnych” jako ostrzeżenie. Nie można pracować w pośpiechu, nie można nadmiernie wierzyć w blask swojej gwiazdy. Ale wyciągając wnioski chciałbym, aby ta przygoda miała dalszy ciąg. Jest w niej jakaś magia, jest znakomita Krzemina. Jest nastrój. Momentami jest, zastrzegam. Gdyby przedstawienie pokazać na większej scenie, popracować z aktorami. Zastanowić się nad scenografią, charakteryzacją. Rozbudować niezły pomysł, jakim jest wprowadzenie dwóch dodatkowych postaci. To może być naprawdę wspaniały kawał teatru. Ale musi jeszcze wrócić do laboratorium. 


Reżyseria i dramaturgia: Kamil Białaszek, muzyka: Dominik Strycharski, Scenografia: Kasia Laska, scenografia i kostiumy: Dominika Soćko, teksty piosenek: Anna Domalewska, projekt multimediów i technika: Michał Mitoraj


Obsada: role główne – Adam Szustak, Zuzanna Radek, Maria Kresa, role drugoplanowe – Wojan Trocki, Oliver Woodcock, muzyka na żywo – Dominik Strycharski







Komentarze

Popularne posty