Witkacy na miękko

On taki właśnie był i ta jego Ferdydurke taka była i te jego obrazy też! - perorowała ze swadą pewna starsza pani w przerwie „Witkacji” w Teatrze Rampa.Towarzystwo słuchało jej w nabożnym skupieniu, jakim nagradza się znawców.  l wtedy mnie olśniło. To nie jest spektakl dla tych, co oczekują witkacowskiego nurzania się w bebechach ludzkiej jaźni. Karolina Felberg-Pawłowska i Roman Pawłowski-Felberg (współczuję Małżonkom, gdy te nazwiska będzie filtrować analityk od kredytów w banku) napisali spektakl dla publiczności, która szuka nie Witkacego w czystej formie, a zabawy. „Witkacja” w reżyserii Ceziego Studniaka jej dostarcza. Inna sprawa czy tematem wodewilu - formy komediowej - mogą być losy genialnego multi artysty, który popełnił samobójstwo w obliczu końca Polski. Po scenie pląsają radośnie kobiety Jego życia, z których jedna też targnęła się na życie, druga próbowała, trzecia zmarła w powojennej nędzy, czwarta na agresywnego raka kości. No, dobrze - jestem jak widać depresyjnym zgredem. Epigonem epoki, w której snuły się duchy i dusze niemyte i myte w namaszczonych historycznym smrodkiem całunach. Ale może czas na coś innego? Na wodewil na krawędzi, jak Autorzy nazywają swoją „Witkację”?   


Spektakl bezsprzecznie urzeka kilkoma elementami. Bardzo dobra scenografia, autorstwa Michała Hrisulidisa, atakuje widza już od pierwszych chwil, bo kurtyny tu nie ma. Obserwujemy znakomicie wykreowany, dziwnie zaaranżowany pół salon fryzjerski pół dekadencką nocną knajpę. W rogu pianino, którym Grzegorz Rdzak znakomicie wspiera podróż do Krainy Międzywojnia. Co tu kryć. Pierwsze wrażenie jest jak napisałem - bardzo dobre. A potem się zaczyna. Witkacy krąży między rzędami i wskazując na kilka pań na widowni tytułuje je imionami postaci z, między innymi, „Pożegnania jesieni”, „622 upadków Bunga” i „Nienasycenia”. Nie wiem, czy wskazywane panie wiedzą o co chodzi, ale publiczność zastyga oniemiała, bo Akne Montecalfi, Hela Bertz, Percy Zwierzątkowskaja czy Ticonderoga Irina Wsiewołodowna robią na ludziach wrażenie. Witkacja otwiera swoje drzwi. Szeroko i gościnnie. 


Teoretycznie rzecz dzieje się w pierwszych dniach września 1939 roku. Wojna. W mieszkaniu przy Brackiej 23, czyli od lat świątyni Ninki - Jadwigi Witkiewiczowej, trwa przygotowanie do ucieczki. Żona Mistrza namawia. Kusi wizjami wreszcie spokojnego życia we dwoje. Witkacy meandruje. Wyraźnie ma w rękawie inną kartę i na nią chce postawić. Ta karta to, jak wiemy z historii, Czesława Oknińska. Wieloletnia muza i kochanka Kalunia. 


Ale w i tak niespokojne chwile mieszkania na Brackiej wdzierają się od samego początku spektaklu inne postaci. Zaburzają linię czasu. Jest Jadwiga Janczewska - pierwsza miłość artysty, dla której związek z nim zakończył się tragicznie. Irena Solska, wielka miłość Witkacego, choć także nieudana. Maria Pawlikowska Jasnorzewską, czyli Lilka z którą podobno Stanisław miał poślubną affair. Jest nawet Marysia dziewczyna fryzjera, bohaterka pewnego skandalu którym żyło niegdyś Zakopane. A w tyle sceny, na podwyższeniu, rozpiera się potężny fotel-tron. Na nim zasiada Maria Witkiewiczowa. Kto wie, czy nie najważniejszą kobieta w życiu „Wariata z Krupówek”. Jego matka. 


Struktura „Witkacji” jest prosta, ale po co byłoby szukać udziwnień dla samej dziwności. Słusznie. Spektakl polega na dynamicznych dialogach Witkacego z kolejnymi kobietami swojego życia. Kamieniami milowymi, znaczącymi naszą podróż przez 150 minut widowiska są śpiewane kolejno przez kobiece postaci piosenki, opisujące ich losy w witkacowskiej historii. Dla mnie urzekająco wzruszający był song Marii Witkiewiczowej (Anna Mierzwa).  Wzruszający, pełen ciepła, emocji. Przepiękny. Bardzo dobrze wypadły z kolei utwory napisane dla Janczewskiej (Agata Łabno), Lilki (Dominika Łakomska), Solskiej (Masza Wągrocka)  i Ninki (Helena Sujecka). Dodam, że jestem od lat zafascynowany postacią Jadwigi Unrużanki. Zobaczenie Jej na scenie „jako żywej” już samo w sobie wzbudziło mój entuzjazm. 


„Witkacja” to także pewna, niewielka wprawdzie, dawka oryginalnych tekstów które wyszły spod pióra Stanisława Ignacego. Kilkukrotnie pobrzmiewa słynna, demoniczna kołysanka Rozhulantyny. Jest regulamin Firmy Portretowej wraz z paroma powstałymi przy jej działaniach wierszykami. Pojawia się fragment jednego z niewielu utworów poetyckich , napisanych bez związku z dziełami teatralnymi, czyli „Do przyjaciół lekarzy”. Ale jest jeszcze pewien utwór. Fragment. Wypowiedź. Kwestia. Czyli genialne wersy Bellatrix z „Macieja Korbowy”. Zapewne jeden z najpiękniejszych polskich wierszy XX wieku - moim oczywiście zdaniem. Byłbym nie-sobą, gdybym go nie zacytował: 


Z głębiny nocy niepojętej

Sen modrooki na mnie kiwa,

W postaci dziwnej, wniebowziętej

Ku światom swoim mnie przyzywa.

Wśród nocy dziwnej, niepojętej

Ocknę się nagle w innym świecie,

Gdzie sama dziwność w ludzkiej szacie

Niepodobieństwa straszne plecie.

W metafizyczną głębię lecę,

Zaświatów jedność trzymam w ręku...

Wtem zezem ku mnie życie spojrzy,

Budzę się w strasznym, podłym lęku…


Trudno - nic nie poradzę. Będąc wielbicielem Witkacego jestem jak sito w rękach poszukiwacza złota. Zostaje na nim tylko kilka grudek najwyższej próby. Dla mnie „Witkacja” była przyjemnym przeżyciem przede wszystkim  z powodu tych okruchów twórczości Mistrza. 


Ale nie tylko. Świetnie tańczą, śpiewają i świetnie odnajdują charaktery granych postaci wszyscy Aktorzy tego spektaklu. Patrzymy na ich powiązane przewrotnymi palcami Losu historie z ciekawością. Ożywiają nam to, co zawarte w powieściach, dramatach a także w pierwszym tomie „Listów do żony 1923-1927” Stanisława Ignacego Witkiewicza pod redakcją Anny Micińskiej. Odniosłem wrażenie że ten tom i  świetna, wieńcząca go, nota wydawnicza pióra Janusza Deglera zostały dokładnie przez Twórców „Witkacji” przeczytane. I znakomite sceny. Poruszająca Matki z Synem. Wstrząsająca, świetnie uszlachetniona grą reflektorów ucieczka pociągiem z płonącej Warszawy do Brześcia. Światła w tym spektaklu są godne orderu dla Mistrza Lumenu Roku 2025. Wielkie ukłony szacunku dla Ceziego Studniaka, który i za nie w „Witkacji” wziął odpowiedzialność.


Było nie było uważam spektakl za bardzo udane widowisko i warte dwuipółgodzinnej wizyty w Teatrze Rampa. Choreografia Alisy Makarenko urzekająca. Kostiumy Barbary Sikorskiej-Bouffał świetnie zaprojektowane i w punkt „witkacowskie”. Szczególnie pojawiający się płaszcz mundurowy carskiego porucznika, który stanowi wehikuł czasu dla bohaterów do podróży w odmęty pierwszej światowej Apokalipsy. No i reżyseria. Cezi Studniak wie, jak zrobić barwne śpiewająco taneczne widowisko. Znakomicie poskładał wszystkie narzędzia, jakich dostarczyli mu Twórcy, i pokazał na scenie „Witkację”, która każdemu wpadnie w oko i ucho. 


TWÓRCY 


Scenariusz, teksty piosenek
Karolina Felberg-Pawłowska
Roman Pawłowski-Felberg

Reżyseria
Cezi Studniak

Muzyka, aranżacje
Grzegorz Rdzak

Choreografia
Alisa Makarenko

Scenografia
Michał Hrisulidis

Kostiumy
Barbara Sikorska-Bouffał

Reżyseria świateł
Cezi Studniak

Asystentka Reżysera
Katarzyna Bosan

Producentka
Anna Makowska

Rzeźby
Izabela Zarzycka, Aleksandra Marszałek

Peruki
Magda Chabrowska-Oleksiak

Przygotowanie wokalne
Zuza Falkowska


OBSADA


Kamila Boruta-Marszałek 

MARIA ZAROTYŃSKA/OFICER PIERWSZY/ANNA ODERFELDÓWNA

Agata Łabno

JADWIGA JANCZEWSKA/OFICER DRUGI/EWA TYSZKIEWICZÓWNA

Dominika Łakomska

MARIA „LILKA” PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA/OFICER TRZECI/ZOFIA FAJANSÓWNA

Alisa Makarenko

OLENA / KAPŁANKA CEJLOŃSKA / FORDANSERKA

Irena Melcer

CZESŁAWA OKNIŃSKA / ELŻBIETA EICHENWELDÓWNA

Anna Mierzwa

MATKA, MARIA WITKIEWICZ

Helena Sujecka

JADWIGA „NINA” WITKIEWICZOWA VON UNRUG / HELENA CZERWIJOWSKA

Masza Wągrocka

IRENA SOLSKA

Marcin Januszkiewicz

IGNACY

Aleksander Sajewski

IGNACY

Cezi Studniak

WITKACY

Robert Tondera 

OJCIEC, STANISŁAW WITKIEWICZ/BRONISŁAW MALINOWSKI/GRABARZ/KAROL SZYMANOWSKI/KS. PROF. JÓZEF TISCHNER/KONDUKTOR/URZĘDNIK Z MINISTERSTWA/KREWNY WITKACEGO/DOZORCA/KIEROWNIK KAWIARNI „ZIEMIAŃSKA”/JAROSŁAW DĄBROWIECKI


MUZYCY

PERKUSJA
Maciej Burzyński / Bartek Pająk

PIANINO
Grzegorz Rdzak




Komentarze

Popularne posty