Trudna miłość - piękny spektakl

Nie kocham baletu. Przez lata się go obawiałem. Uważałem że jest dla mnie zbyt trudny do zinterpretowania. Hermetyczny. Bywając na spektaklach baletowych patrzyłem na scenę z oddalenia. Widziałem cudowne układy choreograficzne. Fascynujące popisy solowe. Ale nigdy nie śledziłem  baletu z odległości wyciągnięcia ręki. Myślałem, że nie jest to możliwe. Bańka mogłaby przecież prysnąć przy ledwie dotknięciu. Nie. Nic takiego nie nastąpiło. „Kocham balet” w choreografii Ramony Nagabczyńskiej, na nieocenionej scenie Teatru Komuna Warszawa to właśnie taka okazja. Dotknięcia istoty baletu. Poczucia, na czym polega miłość do tańca. 


Teatr Komuna Warszawa ma doskonały sezon. Odzywa się nieczęsto, wręcz za rzadko. Ale gdy mówi - warto słuchać, co ma do powiedzenia. Na scenie cztery tancerki. Wszystkie po szkołach baletowych. I wszystkie od baletu odeszły. Szukają swoich tanecznych szlaków. Eksperymentują. Tym razem zaprosiły na arcyciekawą podróż po swoim świecie. Tytuł przewrotny. Słyszałem wiele razy  z ust tancerzy tą odpowiedź: Tańczę, bo kocham balet. Mówili to ludzie, którzy zdawali sobie sprawę jak trudna jest to miłość. Sztuka baletu potrafi być podła. To ciąg wyrzeczeń, morderczych prób. Rezygnacji z ludzkich przyjemności i słabostek. Znoszenia fochów i nastrojów nauczycieli. Szukanie miejsca w społeczności o zamkniętej, hermetycznej hierarchii w której przebijanie się przez kolejne jej warstwy to często zadanie ponad siły. Ból. Fizyczny i ten, który uciska serce. Wątpliwości. Nieubłagane tykanie życiowego zegara, odmierzającego krótki przecież czas pełni zawodowej sprawności. Tak. To jest miłość bardzo trudna, bardzo ryzykowna. Nie zawsze umiejąca odwzajemnić uczucie. 


Ramona Nagabczyńska, Aleksandra Borys, Karolina Kraczkowska i Iza Szostak. Cztery mistrzynie tańca, doświadczone performerki, choreografki. Kobiety, którym można zaufać. Zatem ruszajmy z nimi w podróż do świata baletu na który patrzą ze swojej, podszytej zdobytymi doświadczeniami perspektywy. Jaka ona jest? Jaki jest ich balet? Cóż. Najkrócej można powiedzieć - jest doskonałym, wysmakowanym przeżyciem estetycznym. Wspaniały początek ma ten spektakl. Tancerki w ciszy zmieniają ułożenia  ciał. Subtelnie odsłaniają kulisy swojego zawodu, czy lepiej byłoby powiedzieć - swojej miłości. Pokazują do czego może człowiek zmusić ciało. Jakim wysiłkiem się to osiąga. Poruszają się bez pośpiechu. Opowiadają historię swoich z baletem przeżyć. Trudnych decyzji, jeszcze trudniejszych wyborów. Prób pozostania sobą w świecie, w którym sztuką jest zachować odrębność i charakter. A potem, gdy już przeszliśmy z nimi kawał baletowej drogi, błąkaliśmy się w chmurach i poczuliśmy jak to jest,  gdy z chmur się spada - siadają w rogu sceny, gdzie króluje wielki łabędź. Czy jest lepszy symbol baletu, niż łabędź znad jeziora? Ten , który tam został ułożony, to fantastyczny twór wyobraźni. Za scenografię odpowiada w „Kocham balet” Dominika Olszowy, a ten ptak, stroszący szaro-białe pióra, stanowi znakomity efekt pracy scenografki. Zrobiony jest z… dziesiątek pointów. Butów baletowych. Świetnie wypada scena ich rozrzucania. Rozbijania w poszukiwaniu swoich, najbardziej odpowiednich. Buty. W naszej cywilizacji często uważane za symbol pamięci. O tych, co odeszli, o tym co ze sobą zabrali. Wielki ptak kruszy się. Traci swoje pióra i kontury. A one po kolei znajdują najlepsze dla siebie pointy. Zakładają na stopy i zaczyna się druga, jeszcze wspanialsza część naszej podróży przez balet. 


To, jak tańczą - jest poruszające. To, jak grają - wspaniałe. Ich emocje. Ich skupienie, które obserwujemy z tak bliskiej odległości, że spektakl staje się aktem sztuki z naszym osobistym udziałem. Hipnotyzują miarowymi ruchami rąk. Przesuwają się przez scenę. Wracają by znowu odejść dla zebrania sił. I jeszcze raz - powtarzają swoje układy choreograficzne. Tu nie ma potrzeby używania lampy stroboskopowej. Ich doskonale dopracowany ruch powoduje taki właśnie. 


Niebywale głębokim doznaniem  jest spotkanie z „Kocham balet”. Patrząc na ciała tancerek widać zapisaną na nich ciężką pracę, jaką musiały wykonać aby wspiąć się na taki poziom zawodowego kunsztu. Pracują ich mięśnie. Poruszają nogi, ręce. Zmieniają nastroje na twarzach. Wręcz fizycznie można poczuć ich skupienie, ból. A zarazem… pasję. Przecież tam każdy krok, każdy gest wynika z miłości. One kochają taniec. 


Finał. Mocna techno muzyka. Świetny, hipnotyzujący układ taneczny. Artystki przenikają przez snop światła, który oświetla wycinek środkowej części sceny. Zbliżają się do niego, ich sylwetki na moment przypominają czworo przybyszów z innego świata. Potem krystalizują się w świetle. Idą dalej. Dochodzą do pierwszego rzędu widowni, zatrzymują się prawie dotykając kolanami kolan widzów. Wszystko to doskonale czytelne. Doskonale zatańczone, stanowiące przemyślany, znakomity fragment układu choreograficznego. Muzyka, taniec, światło - ten spektakl jest dziełem festiwalowym. 


Ciemność. Oszołomienie. Oklaski. Narastające, przechodzące w okrzyki aplauzu. Koniec. Można wyjść i zanurzyć się w gęstniejący, wiosenny, warszawski wieczór. Powoli, jakbyśmy wracali z dalekiej podróży. Zaczynają dochodzić do świadomości dźwięki. Szelest a potem szum miasta. Zapach młodych liści miesza się z wonią nadchodzącą z okolicznych restauracji. „Kocham balet” to znakomity, nieco ponadgodzinny rytuał oczyszczenia. Spojrzenia na sztukę z dystansu jej wyjątkowych Twórczyń. Zrozumienia, dlaczego w balecie można się zatracić. Jak w miłości. Nie kocham baletu, napisałem na początku. Zaczynam mieć co do tego wątpliwości…


Choreografia: Ramona Nagabczyńska
Dramaturgia: Agata Siniarska
Scenografia i kostiumy: Dominika Olszowy
Współpraca kostiumowa: Joanna Kotowicz
Muzyka: Daniel Szwed
Reżyseria światła: Piotr Pieczyński

Występują: Aleksandra Borys, Karolina Kraczkowska, Ramona Nagabczyńska, Iza Szostak






Komentarze

Popularne posty