"Skowyt" bez znieczulenia
Chyli się ku zagładzie to społeczeństwo konsumpcyjne, chyli. Ale schylić nie może. Po prawie siedemdziesięciu latach Kamil Białaszek przenosi wizję jego katastrofy na scenę Teatru Żydowskiego. „Skowyt” to spektakl w dużej mierze oparty o poemat Alllena Ginsberga. Ale reżyser stara się go uaktualnić i dopasować do naszych czasów. Przecież od 1956 roku wiele wody w rzece Hudson upłynęło.
Jak mu się to udaje? Moim zdaniem co najmniej bardzo dobrze. Spektakl wciąga jak narkotyczny trans. Hipnotyzuje działającymi na wyobraźnię projekcjami wideo, autorstwa Michała Mitoraja. Znakomite, długie gibsbergowskie frazy świetnie brzmią w ustach demonicznego Jerzego Walczaka, choć wywijanie gumowym siurem zza kotary na początku spektaklu sprawiło na mnie wrażenie trywialne. Sam mam ładnego i się nie chwalę - pomyślałem. Ale to jeden z niewielu szczegółów, które zazgrzytały mi w „Skowycie”. Krzyku człowieka roku 2025 przeciwko pogrążaniu jego godności, wrażliwości i woli życia w bagnie małostkowości, uproszczeń i beznadziei.
Sięga ów człowiek po narkotyki. Niewiele się zmieniło w tej kwestii przez kilkadziesiąt lat. Dzisiejsze są bardziej wysublimowane, nieporównywalnie silniejsze jest ich działanie na świadomość. Rozbudowaliśmy, można powiedzieć, sposoby uciekania od rzeczywistości. Znakomite są w „Skowycie” sceny paraliżującego narkotycznego strachu, który opada postać graną przez Piotra Siwka. Realistyczne, przerażające wręcz doznanie dla widzów. Ale bardzo potrzebne. Teatr, mądry teatr w mądry sposób, ma prawo sięgać tak daleko. Wstrząsać. Dostarczać mocnych wrażeń emocjonalnych. Białaszek dobiera do swojego widowiska narzędzia z półki, na której leżą „opcje atomowe”. Przemoc, uzależnienie, samotność, strach i przerażenie. Ale robi to umiejętnie. Panuje nad przekazem i używa tych narzędzi dokładnie tyle razy i z takim natężeniem, ile moim zdaniem potrzeba.
Świetny jest Mateusz Trzmiel. Miałem wręcz wrażenie, że opanował mikroskopijną Scenę Kameralną Żydowskiego. W jego ustach fragmenty poematu Ginsberga brzmią mocno, wyraźnie i zapadają w pamięć. Ma talent do budowania nastroju za pomocą brutalnych słów. Świetnie uzupełnia go gestami. Scena, w której porusza się pod wpływem narkotyków, niczym wyginana w takt kolejnych meandrów tekstu lalka - zagrana doskonale.
Zastanawiałem się dobrych kilka godzin, czy i po co w spektaklu potrzebny jest pewien amerykański prezydent w czerwonej bejsbolówce. Nie lubię teatralnej łopatologii. Parodii postaci, które z braku czasu nie zostały jeszcze ocenione przez bezlitosną Historię. Białaszek Trumpa posyła na scenę. A postać wręcz idealnie kreuje Rafał Rutowicz. Nie mogłem Go wprost poznać pod maską charakteryzacji, gestów i interpretacji mowy. Przez przestrzeń Żydowskiego przeszedł kilkukrotnie prezydent Trump. Zostawił po sobie - jak to ma w dotychczasowym zwyczaju - oszołomienie, spustoszenie i pustosłowie. Tak. Zgadzam się z Twórcami spektaklu. Trump jest niezbędnym składnikiem skowytu naszych czasów. Człowiek, który kieruje najpotężniejszą a zarazem najdelikatniejszą machiną do zarządzania światem przy pomocy ciosów, wymierzanych temu światu, kijem golfowym.
„Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbce
szkieletów! ślepe metropolie! demoniczny przemysł! upiorne narody!
nieusuwalne domy wariatów! granitowe chuje! monstrualne bomby!
Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! Bruki, drzewa, radia, tony!
podnosząc do Niebios miasto które istnieje i jest wszędzie wokół!”
Allen Ginsberg: Skowyt”.
Oto nasz świat. Zapisany siedemdziesiąt lat temu. Współczesnego nam molocha budujemy z innego materiału. Dom wariatów człowieka 2025 roku powstaje w świecie wirtualnym. Tam rozwija się i doskonali kolejna porcja narkotyku, mającego w planie omamić nie grupę społeczną. Nie margines, na który spychają się sięgający po niego w rozpaczy ci, którzy nie mogą odnaleźć się w ciasnym nie do zniesienia molochu świata. Inteligencja, która w samej nazwie ma sztuczność. Oto trucizna, zdolna ostatecznie upodlić i omamić ludzkość. Brakowało mi jej w „Skowycie” Teatru Żydowskiego. Ale Kamil Białaszek ma przed sobą całe artystyczne życie. Przecież jego spektakl powstał w ramach sceny debiutów reżyserskich Bima, powołanej przez Gołdę Tencer i realizowanej we współpracy z Akademią Teatralną. Przyjdą kolejne okazje. Czekam na nie z zainteresowaniem. Bo obok „Skowytu” Białaszka trudno przejść obojętnie.
Twórcy
Scenariusz i reżyseria
KAMIL BIAŁASZEK
Scenografia i kostiumy
JULIA ZAWADZKA
Muzyka
DOMINIK STRYCHARSKI
Projekcje wideo
MICHAŁ MITORAJ
Choreografia
BARTEK DOPYTALSKI
Inspicjentura
MONIKA SOSZKA, BEATA SZARADOWSKA
Produkcja
MAŁGORZATA GĄSIOROWSKA
Obsada
RAFAŁ RUTOWICZ
JOANNA RZĄCZYŃSKA
IZABELLA RZESZOWSKA
PIOTR SIWEK
MATEUSZ TRZMIEL
JERZY WALCZAK



Komentarze
Prześlij komentarz