Sztuka, czysta jak łzy
Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi —
Cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
Nędza porywa za gardło i dusi —
Zginąć, to zginąć, jak pies, a tymczasem,
Choć życie nasze splunięcia nie warte:
Eviva l’arte!
Kazimierz Przerwa - Tetmajer i wiersz, który chwycił mnie za gardło i trzyma. Od licealnej ławki po dzień dzisiejszy. Wspominam go, brzęczy mi w uszach w muzealnych salach pełnych obrazów, na teatralnych korytarzach. Słyszę go na wieczorach autorskich poetów, którzy zapełniają wierszami przestrzeń pustą, niczym międzyplanetarna. Dzieła powstające w smutku, zapomnieniu, często głodzie i biedzie. Wstyd mi. Wstyd, że ludzkość nie umie od pokoleń wypracować mechanizmu ochrony twórców. Zapewnić warunków egzystencji. „Czuję wstyd, żyjąc w takim świecie” w reżyserii Wiktora Rubina, czyli spektakl gnieźnieńskiego Teatru im. Aleksandra Fredry na 45 Warszawskich Spotkaniach Teatralnych jest właśnie o tym. Współczesny „Eviva l’Arte”. Wiersz, pisany sceną teatralną. Czas w sztuce nie ma znaczenia. Dla artystów jest zawsze tak samo zły.
Spektakl zaczyna się w foyer i… miałem szczęście. Narastający gwar głosów, ścisk ludzi czekających na pojawienie się aktorów, duchota - z przerażeniem patrzyłem na jaskrawy strój ratownika medycznego, który całkiem słusznie tam był i miałem ochotę uciec. Na świeże powietrze. Odetchnąć i zrezygnować z wizyty w teatrze. Zostałem na szczęście. Bo gnieźnieński teatr pokazał bardzo ważny i mądry spektakl. Nie ma tu niepotrzebnych, tanich emocji. Nie ma wydumanej hucpy, opartej na nagiętej do teatralnych potrzeb, trzeszczącej od naiwności, quasi historii. Jest zimno. Głodno. Brudno. Jest sztuka. Kawał przerażająco prawdziwej sztuki.
To jest historia człowieka napisana łzami. Żyła niecałe 34 lata. Córka Stanisława Przybyszewskiego, który nie interesował się jej losem. Wcześnie, bo w wieku jedenastu lat traci matkę. Mając lat 22 wychodzi za Jana Panieńskiego. W Gdańsku mieszkają w skromnym budynku należącym do gimnazjum, w którym Panieński uczy - dopóki nie umrze, dwa lata po ślubie. Przybyszewskiej. pozwolono zostać w jednym pokoju - izbie mieszczącej z trudem łóżko i stół, na którym stała maszyna do pisania. Tworzy. Fascynatka Rewolucji Francuskiej zanurza się w jej okrucieństwie i tam szuka artystycznych inspiracji. Nikt tego w Gdańsku nie chce. Nie chce w Polsce. Nie potrzebuje na świecie. Przybyszewska zapada w nędzę. Głód i szaleństwo. Umiera, mając niespełna 34 lata. Gdy przyszła po nią śmierć, zapewne sama zapłakała nad swoją ofiarą. Umierając Stanisława Przybyszewska ważyła ledwie 30 kilogramów. Była schorowana, uzależniona od morfiny, która uśmierzała jej ból. Grób, mówiąc lakonicznie, nie zachował się do dzisiejszych czasów. Pozostały po niej tylko kartki. Zapisane w chaotycznym wyścigu z umykającym czasem. Listy, w większości niedokończone opowiadania. I „Sprawa Dantona”. Dramat, pisany z myślą o scenie teatralnej. Jego druga część „Thermidor”, pozostała nieukończona.
Poznajemy ją osiem kilogramów od śmierci. Waży ich ledwie 38. Ostatnia prosta ostrego jak okruchy szkła z rozbitej szyby życia. Na scenie pięcioro postaci. Joanna Żurawska roli Przybyszewskiej, popadającej w obłęd. Kruchej, zbudowanej z talentu i głodu artystki nie pozwala oderwać od tego dramatu oczu. Michał Czachor świetny w kostiumie i osobie Stanisława Przybyszewskiego. Zapatrzony w siebie, kładący własny talent ponad cienie świata - literat. Splot dwojga tragicznych postaci. Ona, dla której wrota Parnasu Artystów pozostają zamknięte. On, duch co wcisnąwszy się tam przez szparę, wciąż pozostaje w przedsionku i kolejce niespełnionych ambicji. Dramat ojca i córki, jej krzyk rozpaczy wołający pomocy w twórczej bezsilności. Zawieszony nad głowami widzów. Krzyk, który nie dotarł do adresata. Nie mógł. Córka przeżyła ojca o siedem lat. Stanisław, za życia uznany za ikonę Młodej Polski, umiera w gościnnych Jarontach w 1927 roku Pod dach dworku Józefa Znanieckiego zaprowadził go brak środków do życia.
Wróćmy do gdańskiej klitki z wybitym oknem, w której zostawiliśmy główną bohaterkę spektaklu. Nie jest sama. W mikro przestrzeni krąży duch Dantona, grana przez Macieja Hązłę postać wyróżnia się znakomitym kostiumem i świetną charakteryzacją. Niewiele ma do zagrania, ale to osoba bardzo w spektaklu ważna. Stwarza klimat czającego się w kątach pokoiku szaleństwa. Danton o anielskich skrzydłach czuwa nad swoją apologetką. Pozornie. Bo ochronić jej już niepodobna. Mijają kolejne kilogramy utraconej wagi. Stanisława zbliża się do śmierci. Michał Karczewski w roli Jana Panieńskiego. Błądzi w swoich, już wolnych od ludzkich trosk, światach. Zostały po nim obrazy. Nikt ich nie chce, nikogo nie interesują. Mówi się - malarz najwięcej zyskuje po śmierci. Panieński nie podziela losu Amadeo Modiglianiego. I jeszcze Kamila Banasiak jako starająca się pomagać Przybyszewskiej sąsiadka, nauczycielka. Człowiek zbudowany z dobra, współczucia i empatii w starciu z człowiekiem, któremu za budulec służy sztuka. Fascynujący kontrast dwóch kompletnie różnych postaw wobec świata i jego możliwości. Znakomita to rola. Zresztą w „Czuję wstyd, żyjąc w takim świecie” nie ma niepotrzebnych postaci. Każda jest jak filar, którego usunięcie spowodowałoby zawalenie się świetnej konstrukcji, napisanego przez Jolantę Janiczak dramatu. To wielka przyjemność zobaczyć na scenie dzieło takiej literackiej jakości. Wstrząsająco smutne, nie mające dobrego zakończenia ani rozwiązania. Ale świetne.
Powracają pytania o granicę sztuki i potrzeb ludzkiej, codziennej egzystencji. Artysta kompletny, oderwany od wymogów tej ostatniej nie ma szans przeżycia. Tworzy, zamyka się w klatce talentu po to, aby paradoksalnie być wolnym. Jego wolność ma ogromną cenę. Jest nią niedostatek, głód, samotność. Śmieszność i lekceważenie w oczach współczesnych. Po śmierci i latach zapomnienia może w ciemnych magazynach bibliotecznych jakiś szukający szczęścia badacz literatury odnajdzie na jednej z półek kilka zakurzonych tomów. Otworzy je i zafascynowany wyciągnie na ostre dzienne światło. Zaczną żyć na nowo. Tym razem dostatnio i statecznie. Ale ich twórca będzie już poza ich sukcesem. Zapomniany za życia, niechciany przez sobie współczesnych. Cień czasów i memento dla kolejnych pokoleń, które odkrywają w sobie iskrę talentu. Przekleństwo, czy najcenniejszy dar losu?
Gnieźnieński spektakl skłania się ku odpowiedzi - przekleństwo. Choć i dar losu wybrzmiewa ze sceny, opanowanej przez postaci dramatu. Obejrzawszy „Czuję wstyd, żyjąc w takim świecie” ów wstyd poczułem. Wyszedłem zatopiony w myślach na przecudnej urody placyk przed Pałacem Kultury, który w trybie ekspresowym tam powstaje. Sztuczne, zamknięte w ramach równych klombów rośliny. Jarmarczne kandelabry, mające zapewne korespondować z bryłą Pałacu. Twardy, wszechobecny kamień. Zbudowano więzienie przyrodzie, które ma cieszyć oko przechodniów. Równe, zmierzone, wykreślone liniami początku i końca. Jak cela. Za moimi plecami, w teatrze, został mikroskopijny pokoik w którym uwięziła się sztuka i talent tragicznego życia Stanisławy Przybyszewskiej. Tam, na dwunastu metrach kwadratowych, w klatce obskurnego, brudnego pokoiku owładniętej szaleństwem kobiety, mieszkała wolność. Tu, na powierzchni wielokrotnie większej - tylko więzienie.
Eviva l'arte! W piersiach naszych płoną
Ognie przez Boga samego włożone:
Więc patrzym na tłum z głową podniesioną,
Laurów za złotą nie damy koronę,
I chociaż życie nasze nic nie warte:
Eviva l'arte!
autor: Jolanta Janiczak
reżyseria: Wiktor Rubin
współpraca reżyserska i dramaturgia: Jolanta Janiczak
scenografia i wideo: Łukasz Surowiec
kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Krzysztof Kaliski
reżyseria światła: Monika Stolarska
inspicjent: Ewa Malicka
obsada:
Kamila Banasiak, Joanna Żurawska, Michał Czachor (gościnnie), Maciej Hązła, Michał Karczewski



Komentarze
Prześlij komentarz