Muśnięcie hebla od geniuszu
Warszawa wciąż jest głodna musicalu. Teatr Muzyczny Roma to rubin na pustyni, o poziomie Syreny lepiej milczeć. Potem o Tem każdy, łącznie z carem Mikołajem już chyba widział. Z tą większą radością liczyłem dni do „M. Faktora”, którego na wynajmowanej scenie garnizonowej wyreżyserowała Agata Biziuk w ramach Teatru Żydowskiego.
Bohater spektaklu bardzo ciekawy. Maks Faktorowicz i sen od zera do milionera. Uwielbiam takie historie. Pokazują, że jesteśmy, byliśmy i będziemy obecni w kulturze świata. Max Factor rewolucjonizuje ten świat. Daje poczucie siły i znajduje w ludziach piękno. Stawia na nogi współczesne kino i wymyśla make up. W zasadzie samograj, nic tylko usiąść i lekkim piórem nakreślić tę historię na potrzeby sceny. Aż się chce to wszystko zobaczyć. I zobaczyć już można.
W roli tytułowej Karol Osentowski, czyli nowy „chłopak z Sosnowca” na polskie mapie teatralnej. Oglądałem pana Karola w świetnej inscenizacji Anny Sroki-Hryń „Bóg wyjechał” i do tej pory żałuję, że ten spektakl pozostał tylko pracą na potrzeby akademickie. Max Factor Osentowskiego przyciąga uwagę, perfekcyjnie tańczy i znakomicie śpiewa. Coraz mniej w Polsce aktorów musicalowych. Krzysztof Szczepaniak przecież - chociaż talent ma niebywały - sam wszystkiego nie zagra, nie zatańczy i nie zaśpiewa. Z tym większą radością i ciekawością mościłem się na fotelu garnizonowym. Karol Osentowski w „M. Faktorze” nie zawodzi. Jest znakomitym Maksymilianem. Buduje swoją postać od nieśmiałego chłopaka ze Zduńskiej Woli, przez pupila carskiego dworu, męża-kunktatora, przyjaciela gwiazd amerykańskiego kina aż do wielkiego biznesmena. Śpiewa i przede wszystkim tańczy z lekkością, która potrzebna jest temu musicalowi. Dlaczego?
Bo libretto i songi są przebojowe. Świetnie napisane przez autorkę scenariusza Agatę Biziuk i twórczynię po prostu znakomitych piosenek Annę Domalewską. Wciągające i barwne. Takie, jakie w musicalu być powinny. Słucha się ich lekko, bez wysiłku, przechodząc przez kolejne piętra wielkiego drapacza chmur kariery który zbudował Maksymilian Faktorowicz. A na dodatek Sylwia Najah i Jej niesamowicie piękny, znany mi wsześniej z trailera, song rozpoczynający drugi akt widowiska.
Mielibyśmy silos miodu. Ale… musi być chochla dziegciu - skoro tego miodu wylałem aż tyle. Nagłośnienie to po prostu zbrodnia. Nie wiem, czy winić należy akustykę sali - zapewne tak odpowie niewymieniony w programie mistrz dźwięku. Coś potwornego. Słuchałem w rozpaczy, bo grał mi w uszach wspaniały song „Madame" Sylwii Najah, o którym już wspomniałem. Czekałem na niego. Z trudem wyłapywałem barwy poprzedzających go piosenek. I… Sylwia Najah docierała mi do uszu tak, jakby śpiewała przez słuchawkę telefonu, na dodatek bez Air Podsów. Panie akustyku. Czy naprawdę na tej konsolecie są tylko soprany???? Powstał piękny musical, pięknie napisany i zaśpiewany który momentami boli w uszy bo dźwięk jest metaliczno-szklany, kłuje bębenki wysokimi partiami. Nie ma w nim ani ciepła, ani głębi. Proszę nie mówić „Nie da się”, „Nie zna się”. Proszę powachlować tymi heblami bo sztuka z trudem sama się broni. Na dowód tego, jak może to być przepięknie zaśpiewane - link z YouTube bardzo proszę:
https://youtu.be/LrEKq40wO6I?si=_v6I2IPdZnrnpm2w
„M. Faktorowi” nie pomaga także scena. Jest za mała na takie widowisko, moim zdaniem. Ta barwna, bajkowa wręcz historia dusi się na maciupeńkiej jak na musical przestrzeni w Alejach Niepodległości. Ale to już głaz do ogródka władz Warszawy. Dlaczego Teatr Żydowski, znana i uznana instytucja miejskiej kultury, musi borykać się z problemem braku godnej siedziby? Naprawdę nie wstyd wam, Panie Rafale, że ich kwatera główna mieści maksymalnie pięćdziesięciu widzów, a przy spektaklach wymagających większej przestrzeni ledwie dwudziestu? Co to jest do licha? Sprowadzacie Teatr Żydowski do roli akademii u cioci na imieninach???? Jak nie wstyd Wam oglądać tak piękne musicale jak „M. Faktor”, wystawiane na ledwie spełniającej minimalne wymagania Twórców scenie garnizonowej? Ja bym się chyba ze wstydu wiercił na widowni jak na rozżarzonym węglu.
A na scenie? Rudolf Valentino, Pola Negri, Marlena Dietrich. Gwiazdozbiór czasów, gdy kino pędziło w swój kosmiczny sen. Wśród nich on. Chłopak ze Zduńskiej Woli, który postanowił dać ludziom odwagę. Ubrać ich w piękno kryjąc niedostatki urody. Wspaniała, wzruszająca historia Maksymiliana Faktorowicza. A i Max Junior, czyli Mateusz Trzmiel, przesympatycznie odnajdujący się w roli syna wielkiego twórcy make upu. Jest zabawnie, ciekawie, wzruszająco. Tak, jak w musicalu być powinno. Przecież to teatr, którego granicą jest tylko ludzka wyobraźnia.
Reasumując - „M. Faktor. Narodziny piękna” to spektakl, który jest o krok od miana musicalu sezonu w Warszawie. Ale zrobienie tego kroku nie zależy to jego Twórców. Ci dali wszystko, co w ich mocy. Zależy od władz Miasta, od konsolety, od pana co heble na niej przesuwa… Może wreszcie ktoś nimi machnie i Teatr Żydowski przestanie borykać się z kłopotami, na jakie nie zasługuje.
twórcy
scenariusz i reżyseria
AGATA BIZIUK
muzyka
STANISŁAW PAWLAK
choreografia
KRYSTYNA LAMA SZYDŁOWSKA
asystent choreografki
BARTEK DOPYTALSKI
scenografia i kostiumy
MARIKA WOJCIECHOWSKA
teksty piosenek
ANNA DOMALEWSKA
reżyseria światła
MACIEJ IWAŃCZYK
projekcje video
TOBIASZ CZOŁPIŃSKI
przygotowanie wokalne
TERESA WROŃSKA
asystentka reżyserki
MONIKA SOSZKA
konsultacje merytoryczne
ANDRZEJ KRAKOWSKI
inspicjentka
BEATA SZARADOWSKA
produkcja
MAŁGORZATA GĄSIOROWSKA (KIEROWNICZKA PRODUKCJI), MACIEJ KURPIEWSKI
obsada
DANIEL „CZACZA” ANTONIEWICZ
PIOTR CHOMIK
MONIKA CHRZĄSTOWSKA
EWA DĄBROWSKA
ADRIANNA DOROCIAK
ADRIANNA KIEŚ
MAŁGORZATA MAJEWSKA
SYLWIA NAJAH
HENRYK RAJFER
IZABELLA RZESZOWSKA
RAFAŁ RUTOWICZ
MONIKA SOSZKA
MAŁGORZATA TRYBALSKA
MATEUSZ TRZMIEL
EWA TUCHOLSKA
MAREK WĘGLARSKI
PIOTR WISZNIOWSKI
KAROL OSENTOWSKI



Komentarze
Prześlij komentarz