Kąpiel w kałuży

Gdy spektakl się skończył zapanowała cisza. Kilka chaotycznych oklasków, po czym wyszliśmy. Szybko i z ulgą. Tylko jedna pani szeptała drugiej do ucha: „świetne”. Brzmiało to jak powtarzane przez żołnierza w bitewnym okrążeniu zdanie o tym, że ostatnią kulę zostawia dla siebie. „Medee/Materiały do Pokojówek”, spektakl firmowany przez Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu, stworzony przez Studio Wachowicz/Fret, i Teatr Zar. Reżyserem jest - jak rozumieniem z briefu festiwalowego i krótkiego wprowadzenia przed salą teatralną - Jarosław Fret. 


I myślę, że chciał dobrze. Miał natłok pomysłów. Jak to bywa z pomysłami, są wśród nich zarzewia rozwiązań genialnych, doskonałych, dobrych i średnich. Bywają też niestety katastrofalne. Tu do doskonałych można zaliczyć scenografię pierwszej części widowiska. Stoimy przy basenie. Scena jest obok widzów i jest zalana wodą. Światła wydobywają jej bezmiar. Na środku tratwa. To doprawdy robi wrażenie samotnej zbitej z desek tratwy na środku morza. Cóż z tego, skoro dalsza część spektaklu ten pomysł niweluje. Zamienia morze w kałużę. Wystarczyło, że do wody weszli aktorzy i okazało się, że jest jej ledwie tyle, że nawet nie zakrywa im stóp. Wrażenie padło. Po co? Czy nie mogli być po prostu na tratwie, samotni wobec bezmiaru wody, która oblewa ich jak nicość, bezradność i brak perspektyw? 


Uczciwie mówiąc to jeden z dwóch świetnych pomysłów w części „Medee”. Drugim jest symboliczna, pobudzająca wyobraźnię scena finałowa. Nie jestem chemikiem, ale podejrzewam że maczał w niej palce suchy lód. Zmieszany z wodą zamienia się błyskawicznie w ciężki, snujący się nisko biały opar. Pochłania postaci. Te wyłaniają się z niego zastygłe, jak odchodzące w nieme, bezimienne zapomnienie. Dwie dobre sceny. Na dwie godziny spektaklu. To mało. Za mało. „Medee” są - reżyser tak mówił przed  rozpoczęciem widowiska - w założeniu krzykiem tych, którzy giną w falach Morza Śródziemnego, próbując przedostać się do Europy. Jak to często bywa ze spektaklami tworzonymi w słusznej społecznie sprawie łatwo im przekroczyć cienką granicę i wpaść w sidła propagandy. Te obrazy rażą naiwnością i jednostronnością. To nie jest tak, że na łodziach w stronę Europy płyną hoże dziewoje w białych giezłach, a źli panowie jedynie wiozą je burcząc kajakowymi silniczkami. Tam płynie przekrój społeczeństwa północnej Afryki i albo mówmy o tym uczciwie, albo nie mówmy wcale, bo to właśnie propaganda. A scena mycia kanistrów w miednicy? Sadzania ich potem w huśtawkach??? Czy Twórcy wiedzą, co najczęściej przechowuje się w metalowych kanistrach? Substancje palne i wybuchowe. Wyszło zatem na to, że do Europy docierają owe hoże dziewoje niosąc nam w podarku mikro benzynowe bombki. W tle tej części trwają lamenty w językach krajów, z których uchodźcy przybywają. To arabski, perski i kurdyjski. Zatem bądźmy i tu uczciwi. Persowie i Kurdowie nie płyną przez Morze Śródziemne. Kto wie? Może są wśród nich ci, którzy ranią naszych Strażników Granicznych na pograniczu białoruskim? Nie będę tego wątku rozwijać. Po co? Reżyser miał swoją wizję, mój wobec niej zarzut jest taki - zbyt jednostronna i uproszczona. Szkoda, bo pomysł na zalanie sceny wodą mógł tu okazać się doskonałym. 


A potem przenosimy się do innej przestrzeni. Wyznaczają ją białe zasłony. Znowu woda. A w niej przeróżne przedmioty. Figura Marki Boskiej, wózek inwalidzki, czerwone buty - czółenka. I wiele innych kompletnie do siebie nie przystających. Przyznam, że zdegustowany pierwszą częścią spektaklu złośliwie nazwałem to wszystko „Krajobrazem znad Sadzawy”. I nie pomyliłem się nadmiernie. „Materiały do Pokojówek” też mają w sobie potencjał. I też niszczy go identyczny, jak w pierwszej części mankament. Jest tu wszystkiego za wiele. Symboli, idei, wątków. I na dodatek całość tonie w uproszczeniu. Tym jest tło. Zapętlone i emitowane w głośnikach fragmenty reporterskich relacji z różnych konfliktów dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Mieszają się języki, nazwy miast i krajów. Nazwiska polityków i zbrodniarzy. A na scenie? Znowu kałuża, w której tym razem już bez tratwy taplają się hoże dziewoje. Taplają. Bo rozumiem ideę, że oto patrzymy na nie, gdy już dotarły do świata wolności. Ale trauma Morza Śródziemnego jest w nich, wylewa się z ich wspomnień, zatruwa codzienne życie. Toną w jego imaginowanych falach. Jasne. Byłyby to wstrząsające. Gdyby nie fakt, że panie co i rusz wywracają się i przez chwil kilka leżą w tej ledwie kałuży. Sprawiało to trywialne wrażenie. Może w tej części woda powinna być już mniej dosłowna? Na przykład będąca wytworem projekcji wideo na białych płachtach, stanowiących trzy ściany wokół sceny? 


Szanuję ideę i pomysł, zatem nie będę pastwić się nad Reżyserem i spektaklem, bo to nie jest tak że przyszedł człowiek bez pomysłu, wziął grupę zmanierowanych aktorów i słaby tekst a potem ulepili z tego coś na obraz i podobieństwo teatru. Absolutnie nie. Tu jest pomysł. Jest ciekawa grupa ludzi, chcąca ten pomysł przenieść na scenę. Jest, jak już napisałem, kilka (tak wiem. Dwa) doskonałych momentów. Ale za dużo w tym barszczu zatopiono grzybów. Powstaje galimatias symboli ważnych i groteskowych. Głosów mądrych i pustych. Szkoda. 


Jest oczywiście potrzebny mocny spektakl o tym, że Europa musi wyjść z mgły własnej hipokryzji. Zresetować swój stosunek do migrantów. Albo powiedzieć: „Mieliście swoje kraje. Przez mordercze religie, ideologię, korupcję i polityczny chaos doprowadziliście je do ruin i zgliszcz. Zatem nie macie żadnego moralnego prawa przychodzić do nas i domagać się utrzymania. Możemy wam pomagać, ale tam. Jeśli weźmiecie stery swoich krajów w ręce i staniecie do odbudowy. Wtedy pomożemy w tym dziele.”. Albo: „Będziemy was wpuszczać w określonych, rozłożonych na raty transzach. Asymilować i wdrażać do naszych spraw. Dopóki będziecie elementem naszych układanek - będziecie traktowani jak równi równym.”. A może tak: „Nie chcemy was tu i jeśli tego nie rozumiecie, czeka was śmierć od kul naszych żołnierzy!”.  Wersji może być wiele. Ale coś logicznego, poukładanego, stanowiącego spójny pomysł na problem migracji mieć trzeba. A tego Europa nie ma. Jest zatem miejsce na spektakl o tym właśnie. „Medee/Materiały do Pokojówek” tym spektaklem nie są. Mogą się nim stać. Ale nie są. 


Pokazano to widowisko w ramach Festiwalu Lamentacje, który śledzę z zachwytem, bo takiej imprezy teatralnej Warszawa nie miała. Oczywiście, są „Warszawskie Spotkania Teatralne”, ale to zupełnie co innego, inny dobór spektakli. Punktem wyjścia Lamentacji - to cytat z materiałów festiwalowych - są „Dziady” Adama Mickiewicza i jego słynna „Lekcja XVI”, poświęcona teatrowi i dramatowi słowiańskiemu. Świetnie. Jak wobec tego wytłumaczyć na tym festiwalu obecność spektaklu „Medee/Materiały do Pokojówek”??? W drugiej jego części padają sformułowania o tym, że państwo to plaga, kraj jest nienawistny, a dzieci będą uczone pogardy dla wszystkiego, co wojenne - tu wymienione zostają wielkie bitwy między innymi pierwszej i drugiej wojny światowej. Rozśmieszyło mnie to. Oto festiwal pod skrzydłami myśli Mickiewicza. Wielkiego patrioty, wspierającego militarne odzyskanie niepodległości. Kochającego naród i narodowi służącego. I na tym festiwalu pojawia się spektakl, który wszystkie te mickiewiczowskie ideały topi w kałuży. Nie tylko te. Także te Słowackiego, Wyspiańskiego, Witkacego. Wszystko w tej kałuży się tapla razem z dziewojami. I drugi zabawny aspekt. Miało być o lekcji teatru słowiańskiego. Gdzie to się w „Medeach/Materiałach do Pokojówek” kryje? Doprawdy nie znajduję odpowiedzi. 


Skończę tak, jak zacząłem. Klask. Klask. Klask. Wstajemy. Nikt nie czeka na aktorki. Mijamy je w korytarzu. Wychodzimy. W takim zakończeniu spektaklu jeszcze nie uczestniczyłem. Jest w nim przesłanie dla Twórców. 


OBSADA


Maša Jelić, Selda Õztűrk, Marjan Vahdat, Monika Wachowicz, Marie Walker, Hsinyu Wu. 




Komentarze

Popularne posty