Dzień Drugi - Chińczycy nie wzięli jeńców…
Do konkursu ruszyli Chińczycy. Jest ich w eliminacjach mnóstwo, stanowią ponad jedną trzecią wszystkich startujących pianistów. Bardzo byłem ciekaw, jak artyści Państwa Środka wypadną. Niedawno byłem w Chinach. Chopin jest tam wszędzie. Dosłownie. Przecież nikt nie dziwi się temu, że słychać jego muzykę w księgarniach, czy sklepach z płytami. Ale gdy usłyszałem ją w pekińskim sklepie zoologicznym, zrozumiałem - oni po prostu i zupełnie spontanicznie kochają Chopina. Jak powiedział mi kiedyś jeden z chińskich biznesmenów: „Polacy nie zdają sobie sprawy ze swojego wkładu w rozwój światowej kultury. Polakiem był przecież Fryderyk Chopin. I nikt tego Polsce nie odbierze. Nie rozumiecie tego, że jest - powiedzmy grupa wybitnych kompozytorów klasy światowej. Ale jest też Chopin. Inna liga. Jego muzyka ucieka od wszelkich reguł. A na nas działa jak instrument fakira na kobrę.”. Obrazowo, prawda? Ale daje do myślenia. Dlatego niecierpliwie czekałem na dzień, w którym Chińczycy ruszą do fortepianu. I się doczekałem.
Ale ja lubię suspens. Powoli. Czwartek rozpoczął się zupełnie niewinnie. To są, pamiętajmy, eliminacje, z których mniej więcej połowa pianistów może zameldować się w konkursie głównym. Zatem - poziom jest wyrównany, nie ma tu budzących zdziwienie wpadek. Jest czysta przyjemność słuchania. Jednak, jak już pisałem w poprzedniej relacji, czegoś mi tu często brakuje. To są na pewno wspaniali muzycy, świetnie panujący nad instrumentem, technicznie sprawni. Ale gra się Chopina. A On wymyka się technikom, ocenom i regułom. Dlatego nie wystarczy przyjaźń z wymagającym Panem Steinwayem, czy urokliwie dźwięczną Panną Yamahą. Trzeba jeszcze Chopina przeniknąć. Pierwszego dnia najlepiej, wręcz świetnie, udało się to Pavle Krsticiovi. Drugi dzień też zaczął się od poszukiwań.
Interesującą propozycję pokazała filipińska pianistka, Ariya Laothitipong. Dziwną, dla mnie, chyba najbardziej kojarzącą się z nowoczesnym jazzem. Może nawet czymś katastroficznym? Bardzo dobrze wypadł jej mazurek (Mazurek Des-dur op. 30 nr 3) w pierwszej z zagranych etiud (Etiuda cis-moll op. 10 nr 4) narzuciła piekielne tempo. Wyszło oryginalnie, wręcz brawurowo. Podziwiam odwagę Pianistki, bo ryzykowała, mam wrażenie, sporo. Słabiej było z kolejną etiudą (Etiuda e-moll op. 25 nr 5). Tak, jakby Laothitipong przestraszyła się sama siebie i postanowiła nacisnąć na hamulec. Odbudowała się wyraźnie w nokturnie (Nokturn H-dur op. 62 nr 1), który w jej wykonaniu brzmiał niepokojąco, jak sen z którego w każdej chwili można zerwać się do działania . A bardzo dobrze, moim zdaniem, wyszło scherzo (Scherzo b-moll op. 31). Jednak czy to wystarczy, aby wrócić w październiku do Warszawy?Mam pewne wątpliwości.
Tych znacznie mniej dostarczył Gichang Lee z Korei Południowej. To był taki występ, który powoduje szersze otwarcie oczu i wybudzenie z eliminacyjnego letargu. Bardzo dobrze zabrzmiały w jego wykonaniu etiudy (Etiuda c-moll op. 10 nr 12 i Etiuda As-dur op. 10 nr 10). Były dokładnie takie, jak być powinny. Bez szukania na siłę dziwacznych rozwiązań, błyskotliwe, pełne emocji. Podobnie wyszedł mu nokturn (Nokturn c-moll op. 48 nr 1), natomiast mazurek, moim zdaniem, gorzej. W ogóle zacząłem się zastanawiać, czy pianiści obecnego pokolenia „czują” te mazurki? Mam wrażenie, że najmniej je rozumieją ze wszystkich granych w eliminacjach utworów. Za to scherzo (Scherzo b-moll op. 31) Gichang Lee zagrał tak, że wynagrodził wszystkie mazurkowe dywagacje. Ale to były poranne przedbiegi. Bo…
Przerwa, a po niej problem fonetyczny.Mieliśmy w drugim dniu festiwal panów Lee i Li, co w polskim języku brzmi bardzo podobnie, żeby nie powiedzieć tak samo. Jednego z nich jednak Filharmonia na pewno nie zapomni. Ostatni z występujących w porannej sesji. Niespełna osiemnastolatek. Wyszedł na scenę skupiony, jakby płynął nad podłogą. Szybko siadł do fortepianu i się zaczęło. Ten występ w moim rzędzie skomentowano dwukrotnie. W trakcie: „skurczybyk…” i po: „Nie mamy tu czego szukać…”. Obie opinie nie są pozbawione racji. Luwangzi Lee zagrał tak, jakby przyleciał z innej, chopinowskiej planety. Zaczarował salę, oraz wymagającego i nieufnego Steinwaya. To był genialny program, genialnie zagrany. Dla takich chwil chodzi się na przesłuchania eliminacyjne. Luwangzi Lee dał z siebie wszystko. Powoli, z namaszczeniem wirtuoza o wielkim doświadczeniu, budował swój recital. Najpierw Nokturn c-moll op. 48 nr 1. Przepiękny i przepięknie zagrany. Li poznał go na wskroś, wyciągnął każdy wątek, każdą myśl kompozytora. Cóż za talent, już było wiadomo że przy fortepianie siedzi ktoś niebywały. Potem etiudy. Kapitalnie zagrana Etiuda Ges-dur op. 10 nr 5 i bodaj jeszcze lepiej Etiuda a-moll op. 25 nr 4. Luwangzi Li nie odpuszczał. Chwyciła mnie za gardło jego interpretacja Mazurka a-moll op. 59 nr 1. Po prostu chwyciła za gardło. Li grał jak natchniony. A scherzo? Przecież to Scherzo b-moll op. 31! Tego dnia grane po raz czwarty. I co z tego? Tak zagranego jeszcze w tych eliminacjach nie było. Po prostu nie było. Jeśli pozostała ekipa Państwa Środka jest na takim poziomie, jak Luwangzi Li, to możemy w październiku spodziewać się konkursu kosmicznego. Ale rzeczywiście - trudno będzie szukać tam miejsca… Na dodatek to jest chłopak, który w październiku będzie świętować osiemnaste urodziny. A koncertuje w wielkich i ważnych salach już od dawna.
Sesja popołudniowa. Kolejni pianiści z Chin. Grali tak, jakby to nie były eliminacje a co najmniej drugi etap październikowego Konkursu. Ja o popołudniowej sesji mogę napisać to, co już napisałem wyżej: Jeśli pozostała ekipa Państwa Środka… Właśnie. A kolejni Panowie Li, czyli Tianyou, Xiaoxuan i Xinjie wypadli pierwszorzędnie. Nie miałem siły na więcej. Po prostu. Nawet najlepsze kiedyś się musi skończyć. Przeładowany świetnym drugim dniem ruszyłem szukać spokoju w innym miejscu. O nim też dzisiaj będzie można tu, na blogu, przeczytać.
Eliminacje dopiero się zaczynają. Przed nami jeszcze przecież zdrowo ponad setka pianistów. Cieszę się na każdy dźwięk tych koncertów. Bo poziom jest bardzo wysoki. Pierwszy dzień aż tak poprzeczki nie wywindował. Drugi już to zrobił. Mamy w Warszawie wspaniałą, chopinowską wiosnę. Warto wybrać się do Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej i samemu poszukać pereł wśród pianistów, stających do konkursowych eliminacji. Ja - jestem. A Państwo?



Luwangzi zaczarował !!!
OdpowiedzUsuń