Niezły Wieczór w AT
Zacznę od przeprosin. Szanowni Studenci II roku Akademii Teatralnej. Nie dałem rady. Siedem spektakli w ciągu jednego dnia to za dużo. Wybaczcie. Jestem przekonany, że poszło Wam świetnie i jeszcze nie raz będziemy mieli okazję się spotykać na linii widz - aktor. Nie widziałem Waszych Impresji na temat „Ożenku” i Scen z Czechowa. Ale pięć spektakli obejrzałem! „Dobry Wieczór w AT”. Czyli coroczny festiwal teatralny studentów warszawskiej uczelni teatralnej, którzy prezentują swoje najlepsze prace egzaminacyjne z zimowej sesji. Wszystko dzieje się pod auspicjami Teatru Collegium Nobilium. Dla wielu z nich to być może pierwsze tak ważne wydarzenie w życiu artystycznym. Może nawet pierwsze spotkanie z dużą widownią. Bardzo ten dzień lubię. Bo to jest prawdziwe święto teatru. W tym roku, jak już pisałem, pokazano siedem spektakli. Tak. Spektakli. To nie są jakieś wprawki, czy poszarpane, porozrywane strzępki widowisk. To pełnoprawne, często znakomite spektakle.
Zaczęła w samo południe Katarzyna Anna Dominiak muzodramem „Tutaj Niebo!”. Reżyseruje Magdalena Milczarska, studentka III roku reżyserii, a działa pod opieką artystyczną Anny Lobedan i Dariusza Janusa. Historia Aglai, trzynastoletniej dziewczynki rumuńskiego pochodzenia, która z rodzicami - cyrkowcami - ucieka z Europy gdzieś w świat. Świat muzycznie przebogaty. Jest tu i ludowa muzyka węgierska, jest tango, samba, czy rumba. Ten muzodram zachwyca dojrzałością. Pod każdym względem. Aglaja balansuje na granicy światów nastoletniego dziecka, dojrzewającej dziewczyny i dorosłej kobiety. Opowiada historię życia, które przechylając się w różne strony pociąga za sobą konsekwencje. Śpiewa. Śpiewa grająca rolę Aglai Katarzyna Anna Dominiak - po prostu pięknie. Jej „Tango Desperado” zostało ze mną na cały dzień. Dostaliśmy kompletny, poruszający, godzinny spektakl, który spokojnie mógłby zostać pokazany na każdej kameralnej scenie i zapewne zyskałby przychylność widzów wrażliwych na urok głosu, kunszt aktorski i klimat. Niepowtarzalny, delikatny, stworzony przez tekst oparty o powieść Aglaji Veteranyi. Do tego zabawne, stworzone z wyczuciem interakcje Artystki z widzami. Poprzeczka poszybowała wysoko. Bardzo wysoko.
Zastanawiałem się, jak w tym odnajdą się studenci II roku aktorstwa. Przepraszałem Ich na początku, bo z dwóch egzaminów musiałem zrezygnować, ale ten - czyli „Trylogię Leenane” pod opieką Adriana Zaremby zobaczyć chciałem. Bardzo chciałem, bo dramaty Martina McDonagha to materiał świetny. Wybrali dwa - „Królową piękności z Leenane” i „Czaszki z Connemary”. Wprawdzie reżyser widowiska, Adrian Zaremba, ostrzegał przed opkazem że sceny pochodzą z dwóch dramatów i może się niespecjalnie będą zazębiać, ale nie miał racji. Wyszedł świetny spektakl, w którym przeplatają się dwa różne teksty jednego autora, różne interpretacje aktorskie tych samych postaci w różnych sytuacjach scenicznych. Całość stała się spójnym, bardzo dynamicznym i krzepkim jak irlandzkie piwo komediodramatem. Zaskoczyli mnie dojrzałością. Znakomitym warsztatem. Umiejętnościami budowania scen dialogowych. Operowaniem pauzą i wykorzystywaniem ciszy. Zmianami sposobu i stylu tworzenia swoich postaci. Z wielką przyjemnością obejrzałem sześcioro Aktorów, którzy na początku swoich artystycznych karier pokazali, że niecierpliwie należy ich wyglądać na polskich scenach. Martyna Burchała - wyrazista, charakterystyczna, świetnie operująca głosem. Michalina Łajtar - o ogromnych, przykuwających uwagę oczach, oryginalnej urodzie i wspaniałych możliwościach. W każdej odsłonie jej kobiece postaci oglądało się z przyjemnością. Julia Trzaskalik - charakterystyczna, zmysłowa, wszechstronna. Jan Scardina - myślałem że najtrudniej będzie mu wcielić się w postać niezbyt mądrego pomocnika przy cmentarnych ekshumacjach. A zagrał to po prostu wspaniale. Filip Rogowski - zbudował role tak różne i tak prawdziwe, że nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Maciej Rębacz - świetnie radzący sobie z postaciami subtelnymi, wrażliwymi a zarazem opiekuńczymi. Powstał spektakl, który jest jak trailer twórczości Martina McDonagha. Nic tylko wybrać któryś jego tekst i wrócić z nim na scenę. Mnie osobiście bardziej odpowiadała czarna, podszyta tajemniczą tragedią poetyka „Czaszek z Connemary”. Michalina Łajtar w roli dewotki, życzącej wiekuistego potępienia kilku pięciolatkom sikającym na teren kościoła i Filip Rogowski, wysyłający Jana Scardinę do księdza aby dowiedział się co też katolicy robią z fiutkami po śmierci - role do zapamiętania.
Bartosz Porczyk w tym roku podjął się, wspólnie z Anną Lobedan opieki nad muzodramem. Na scenie Karolina Klich, która sama napisała scenariusz i teksty piosenek do swoich „Męskich dłoni”. Reżyseruje Klaudia Gębska z krakowskiej AST. To moim zdaniem materiał na świetny i ważny spektakl. Opowieść o Camille Claudel, rzeźbiarce, kochance Augusta Rodina. Rozmowa o pozycji kobiety przełomu XIX i XX wieku w sztuce. Na dodatek sztuce uznawanej za „męską”. Prowadzący do szaleństwa dylemat artysty, który borykając się z głodem, chłodem i brakiem możliwości rozwijania talentu - popada w szaleństwo. Nieźle się tego słuchało, szczególnie świetnie wypadały hip-hopowe songi napisane i zaśpiewane przez Karolinę Klich. Jednak pozostał we mnie pewien niedosyt. Nie znalazłem mocnego, spójnego pomysłu na narrację w tym spektaklu. Trzeba się było, moim zdaniem, na coś zdecydować. Osadzić go na przykład w jednym, czytelnym miejscu i czasie. Osadzić wyraźnie, bo tego zabrakło. Dajmy na to szpitalu psychiatrycznym, do którego Claudel trafiła na kilkadziesiąt lat. I tam dać jej głos. Może dzięki temu „Męskie dłonie” byłyby czytelniejsze. Dla mnie wątek szaleństwa Claudel zupełnie nie wybrzmiał. Podobnie jak nie zachwyciła mnie choreografia muzodramu - ani jej pomysł, ani wykonanie przez Aktorkę.
Henrik Ibsen i Jan Englert. Czyli mistrz tworzenia niewidzialnego napięcia i zależności miedzy postaciami swoich dramatów i Aktor - Artysta kompletny. „Hedda Gabler”, czyli spektakl który Jan Englert na pewno doskonale pamięta, przecież w Jego Teatrze Narodowym miał ten dramat Ibsena swoją premierę w maju 2019 roku. Wtedy reżyserował go Kuba Kowalski. Tu, w Akademii Teatralnej, na scenie pojawiają się studenci III roku aktorstwa dramatycznego. Ich opiekunem jest Jan Englert. Zagrali to w skompresowanej pigułce, szybko wymieniając się rolami i przeskakując między postaciami. Umiejętnie, z humorem, a zarazem pokazując wszechstronność swoich artystycznych możliwości. Pierwszą Heddą, rozpoczynającą swoją partię emocjonalnych szachów, jest Mary Pawłowska. Przebiegła, niepokojąco tajemnicza. Potem przenosi się do uroczej, niestety epizodycznej roli służącej. W obu wypada znakomicie. W sztafecie Hedd pałeczkę przejmuje Nela Maciejewska. Jej tytułowa bohaterka jawi się jako postać życiowo doświadczona i panująca nad każdym zakrętem życiowej podróży. Dominuje na scenie. Przekazuje Heddę Marcie Noemi Tabęckiej, która z wyrachowanej postaci czyni kobietę w sytuacji bez wyjścia. Gra się kończy. Zdemaskowana, stojąca w obliczu skandalu Hedda - umiera. Znakomite pozostałe postaci tego dramatu. Urszula Rossowska tworzy świetną Theę Elvsted. Karol Jankiewicz i Mateusz Tomaszewski żonglują postaciami Jörgena Tesmana, Asesora Bracka i Eilerta Lövborga wprawnie i ze swadą aż iskry się ze sceny sypią. Bardzo to udana, godzinna esencja ibsenowskiej „Heddy Gabler”.
I gwóźdź programu. Zapadł zmrok. Czułem, że coś się święci, bo w zakamarkach Akademii Teatralnej zaczęli ukrywać się widzowie, chcący jak najszybciej wskoczyć do Sali Gimnastycznej i zająć możliwie najlepsze miejsca. Ba. Zająć w ogóle jakieś miejsca, bo tuż przed spektaklem przemili pracownicy obsługi widowni mieli nietęgie miny. Spektakle Anny Sroki Hryń to zawsze wielkie wydarzenia. Spodziewano się kompletu. Ale frekwencja przeszła najśmielsze oczekiwania. Przyszedł tłum. Po prostu. Wspomniałem Anne Srokę-Hryń. To artystka i pedagog, który ma ogromne zasługi dla Akademii Teatralnej. Dla polskiej kultury. Dla kolejnych pokoleń młodych aktorów. Jej tworzone od lat spektakle muzyczne to klasa sama w sobie. Dość wspomnieć genialny „Lunapark” z piosenkami Grzegorza Ciechowskiego. Widziałem to trzy razy i to co najmniej o trzydzieści razy za mało. Fantastyczne „A planety szaleją” - hołd Korze i Maanamowi, czy trzymający nie tylko za gardło ale i za serce „Z ręką na gardle” - muzyczne widowisko oparte na twórczości Ewy Demarczyk. Pani Anna ma niesamowity talent do tworzenia, wspólnie z kolejnymi rocznikami studentów niezapomnianych spektakli muzycznych. W ubiegłym roku był to hitowy „Bóg wyjechał”, którego niestety nie można na razie nigdzie zobaczyć. W tym roku na warsztat Anna Sroka Hryń i studenci fakultetu „Aktorska interpretacja piosenki” wzięli twórczość Leonarda Cohena. Czujecie już dreszcz emocji? To nazwisko jest przecież jak ukłucie prądu. Mistrz ballady o niebywałym, głębokim, aksamitnym głosie. Wybrali inne niż ikoniczne tłumaczenie Macieja Zembatego, stawiając na przekłady Daniela Wyszogrodzkiego. Na scenę wyszło dziesięcioro Aktorów. I… pokazali „Oto jest”. Zaczarowali nim Salę Gimnastyczną warszawskiej Akademii Teatralnej. Zupełnie na inny sposób, niż ich koledzy rok temu, kiedy pokazali fantastyczne układy choreograficzne dziejące się na, pod i dookoła stołu na dwanaście krzeseł. Tym razem jest zarazem i prościej i trudniej. Aktorzy siedzą, tworząc półkole na scenie. Każdy z nich po kolei wstaje, podchodzi do mikrofonu i śpiewa. No dobrze. Ale oni także grają na instrumentach. Skrzypce, saksofon, kilka gitar, perkusja, pudło rezonansowe. Nie w muzyce ma instrumentów łatwych. Każdy wymaga słuchu i umiejętności. Jak i kiedy opanowali podstawy gry na nich? - nie wiem. Jak w tym samym czasie zdążyli stworzyć takie widowisko muzyczne? - to także ich słodka tajemnica. Ale udało się. Powstał zestaw dwunastu ballad jedyny w swoim rodzaju. Przepięknie zaśpiewany i zaaranżowany. Oczywiście brawo biłem każdemu z Nich. Ale największe wrażenie na mnie zrobili: Goha Nowińska - cóż za głos, przepiękna interpretacja. Michał Lupa - wyszedł zza perkusji i strzelił w nas fantastycznym, mocnym wykonaniem, oraz Aleksander Sajewski - skromnie skrywający się aż do samego końca ze swoją balladą. Kawał świetnej muzyki. Bisowali. Słusznie. Tego się po prostu chciało i chce słuchać. Inny to spektakl niż wcześniejsze, reżyserowane przez Annę Srokę-Hryń. Może bardziej chaotyczny. Mniej spójny. Natomiast jako finał „Dobry Wieczór w AT” wypadł błyskotliwie.
Tyle atrakcji. Teraz trzeba poczekać rok na kolejne spotkanie z egzaminami w Akademii. Mam po tegorocznych pokazach jedną obserwację. Akademia się zmieniła. Rok temu wszystkie sale podczas spektakli były wypełnione po brzegi. Siedziało się na krzesłach, podłodze, w przejściu. Gdzie bądź. W tym roku - poza cohenowskim finałem - było zupełnie inaczej. Zabrakło widzów, którzy wtedy stanowili armię, wspierającą swoimi oklaskami i okrzykami występujących Aktorów. Zabrakło studentów Akademii Teatralnej. Co się stało? Rok temu byliście - takie odniosłem wrażenie - jak jedna wielka aktorska rodzina. Tym razem Was bardzo brakowało. Dlaczego? Nie wiem, ale jeśli ktoś umie to wytłumaczyć, chętnie bym się dowiedział.
Człowiek jest stworzeniem paskudnym. Uwielbia rywalizację. Rankingi. Od zakończenia tegorocznego „Dobry wieczór” już kilka osób zapytało mnie, co uważam za najlepsze. No, dobra. Moim zdaniem zwycięzcą „Dobry Wieczór w AT” roku 2025 jest… Tadaaammmm: Katarzyna Anna Dominiak (scenariusz i rola Aglai) oraz Magdalena Milczarska (reżyseria). Czyli muzodram „Tutaj Niebo!”. Świetny, wzruszający spektakl. Na drugim miejscu „Oto jest” - piosenki Leonarda Cohena w reżyserii Anny Sroki-Hryń. Na miejscu trzecim „Trylogia Leenane”. Dwa pozostałe spektakle o włos. Minimalnie. Ale jednak poza podium. Wiem. Porównywanie ich ze sobą to jak porównywanie kiełbasy, księżyca i lodowców. Czyli wszystko z innej parafii. Ale człowiek jaki jest - każdy widzi i porównywać widocznie musi.
Do zobaczenia za rok.
P.S. listy Twórców spektakli i ich Obsady są tak długie, że tym razem pozwalam sobie załączyć link do „Dobry Wieczór w AT" na stronie Teatru Collegium Nobilium. Tam są wszystkie opisy, nazwiska i tytuły.
https://tcn.at.edu.pl/spektakl/dobry-wieczor-w-at-2/



Komentarze
Prześlij komentarz