AC i DC w Komunie
Scena pokryta zwojami kabli. Nieład, w którym mają poruszać się dwie performerki. Przykuwają uwagę nienaturalnymi uśmiechami i… przedziwnymi butami. Dwa ludziki z kasztanów. Ruszają. Posuwają się po scenie szurając stopami. Tylko w bok. Nie odrywają stóp od podłoża. Dziwnie się to zaczyna. A co? „Call me Jay” czyli pierwsza tegoroczna premiera Komuny Warszawa.
A tworzą ją Artystki znane i cenione. Agata Maszkiewicz, mieszkająca we Francji polska choreografka, performerka i tancerka. Absolwentka Instytutu Tańca Antona Brucknera w Linzu. Znana z miksowania tańca, teatru, performance i… humoru. Emma Tricard to z kolei absolwentka berlińskiego Inter-University Center for Dance, badaczka tańca i eksperymentatorka. Za światła w ich spektaklu odpowiada Sevèrine Rième, poetka i performerka, a stronę muzyczną opracował Antoine Tirmarche. Co z tego wynikło? Jak to zobaczyłem?
AC i DC. Prąd zmienny i stały. Stały porusza się zawsze w tym samym kierunku. Nie zmienia się jego biegunowość. Jest przewidywalny, bezpieczny. W przeciwieństwie do zmiennego. Trzykrotnie groźniejszego, chaotycznego choć zarazem powodującego o wiele mniej strat energii. Przesuwają się wzdłuż linii prostych, zaczynają z kabli wyławiać te, które stanowią istotę systemu. Łączą je. Prąd zaczyna płynąć. Ożywa zdalnie sterowany reflektor. Do niego przysuwa się Emma Tricard, prąd zmienny. Porzuciła już proste linie swojego ruchu. Jest jak AC. Mocna, niosąca ładunek mocy w różnych kierunkach. Poszukująca ujścia dla swojej wewnętrznej energii. Eksperymentuje. Ciekawość poznawania pcha ją w stronę reflektora. Czy ona mu się podporządkowuje, czy on spełnia jej polecenia, wykonując identyczne, jak ona ruchy? Za wszystkim stoi, a w zasadzie siedzi - DC. Prąd stały. Uporządkowany, statyczny, budzący zaufanie. Agata Maszkiewicz obsługuje sterownik, który - wydaje się - stymuluje ruchy reflektora. Gdy wstaje i zaczyna się poruszać, przyjemnie patrzyć na spokój, elegancję tych układów.
Następuje zaburzenie prostego podziału. Performerki zderzają się, dotykają i odpychają, aby kontynuować taneczną podróż po scenie. Kto w tych układach przewodzi? Kto nadaje ton i stwarza podstawę? Światło. Powoli scenę opanowuje światło. Zaczyna odgrywać z minuty na minutę ważniejszą rolę. Scena jest wypełniona kablami i wiszącymi na ich uwięzi reflektorami. Performerki przenoszą je, krzyżują ze sobą smugi świateł. Życie prądu. Nadrzędny, podrzędny, współrzędny. Każdy inny, jednak żaden nie osiąga na dłużej przewagi. Pozostawia w cieniu i cień buduje.
Jak to w przypadku eksperymentów performatywnych, za co bardzo je cenię, interpretacja jest w dużej mierze swobodna. Widz, zatapiając się w meandry spektaklu sam szuka rozwiązań i uzasadnienia kolejnych aktywności Twórców. Czy któryś z nich przewodzi? Zwycięża i dominuje? W „Call me Jay” zagadnienia wzajemnej kontroli i powiązań pozostawiono światłu. Ono podąża za performerkami. Łapie je w swój snop, wypuszcza. A one obie poszukują w improwizacjach, figurach tanecznych - koneksji. Każda na swój, indywidualny sposób. Scena tak postrzegana zamienia się w dialog Tesli z Edisonem. Kable oplatają performerki, produkują światło. Trwa taniec AC / DC w takt gry świateł. Po godzinie zapada ciemność. Cisza. Koniec. Prąd został wyłączony. Stały i zmienny muszą poddać się woli wyłącznika, który przerywa przepływ każdego prądu.
„Call me Jay” to ciekawe widowisko performatywne, w którym jest miejsce na improwizację na scenie i wielorakość interpretacji na widowni. Mogę na zakończenie dodać tylko, że Komuna Warszawa staje się w tym sezonie najciekawszym laboratorium ekscentrycznych ale i nowatorskich eksperymentów teatralnych. Fascynujących spektakli tym samym.
Zespół



Komentarze
Prześlij komentarz