Łysak czaruje w sadzie
Paweł Łysak proponuje w Teatrze Powszechnym „Wiśniowy Sad”, przeczytany przez i dla człowieka przełomu stycznia i lutego 2025 roku. Sytuacja jest tak dynamiczna, że reżyserowany przez Niego spektakl albo się za moment zdezaktualizuje, albo właśnie teraz zaczyna nabierać znaczeń. Urasta do rangi artystycznego, monumentalnego proroctwa.
Bo jest ten „Wiśniowy sad” pełen symboli, odniesień, paralel i aluzji. Aluzyjne są postaci, symboliczne dekoracje, paralele zaszyte w kwestiach i dialogach.
Pozwolę sobie przyjąć założenie, że mniej więcej przynajmniej wszyscy znamy fabułę czechowowskiego oryginału. Nie będę jej tu przytaczać, bo szkoda miejsca i czasu. U Łysaka domem są ponure, betonowe ściany, przypominające fasady wielkiego, zimnego bunkra potężnej wojny, która albo przeszła, albo się toczy, albo nadejdzie. Dom. Dopóki jest choć cegła na cegle i są wspomnienia, to jest i dom. Tak można o tym miejscu powiedzieć. Jest i sad, na który popatrują mieszkańcy. Postaci wyjęte z tragedii Czechowa i - to co lubię w teatrze współczesnym najbardziej - z pietyzmem i logiką posadowione w innych, niż ich pierwotna epoka, czasach. To się znakomicie sprawdza. Wystarczy odpiąć od nich łatkę arystokracji i pozostawić samymi sobie. Ze swoim brakiem zdolności organizowania się w trudnej sytuacji, nabytym przekonaniem że zawsze jakoś to będzie. Kim są? Gdzie to się wszystko dzieje? Na te pytania Reżyser nie odpowiada. Po prostu pokazuje wizję świata w obliczu grozy jego utracenia.
Na scenie mamy dwie ważne, choć nie pierwszoplanowe postaci. Jean (Mamadou Góo Bâ) i Firs (Artem Manuilov). Próbując rozłożyć „Wiśniowy sad” Łysaka na części, zacznę od nich właśnie. Jean symbolizuje sen o beztroskim zachodzie. Dobrze ubrany, lekko zawiany, mówiący wyłącznie po francusku zalotny, choć zdystansowany do otoczenia. Firs pełen gniewu i ognia. Głoszący kasandryczne proroctwa jest jak żołnierz, który powróciwszy z frontu stara się ostrzec nieświadomych pobratymców przed nadciągającym zagrożeniem. Ani francuskie frazy Jeana, ani ukraińskie przestrogi Firsa nie trafiają do pozostałych postaci dramatu. Jean w obliczu zagrożenia jako pierwszy znika, czując że i dom i sad zostały do cna wyeksploatowane i czas na powrót do swojego świata. Firs jest tam do końca. Porzucony, zostawiony samemu sobie. Zniknie w ciemności, gdy nad sceną gaśnie ostatni reflektor tego spektaklu. Symbolicznie w tej ciemności zapadają się i jego przestrogi, jego oddanie i jego ukraińskość. Alegoria?
Oglądałem ten spektakl w dniu, gdy Ukraina została otrząśnięta z marzeń. I tu pierwsza dezaktualizacja inscenizacji z Teatru Powszechnego. A może właśnie przerażającą aktualność wizji Łysaka? Dom jego „Wiśniowego sadu” układa się do snu. Spokojnego, choć w bliskiej odległości czai się katastrofa. Nie zauważają jej domownicy. Nie dopuszczają myśli o realnym, wręcz nieuchronnym zagrożeniu. Tylko bezsenny Firs woła o opamiętanie. Ukraina ostrzegająca Polskę? Świat? Tak to pewnie miało wyglądać. Ale już kilka dni po premierze Los płata spektaklowi figla…
To nie świat zasnął. To Ukrainę obudzono w środę 12 lutego 2025 roku. Śnili swój nierealny sen o zwycięstwie nad Rosją, odzyskaniu utraconych ziem i o członkostwie w NATO. Już wiedzą, że nic z tego nie nastąpi. Właśnie w dniu, w którym oglądałem „Wiśniowy sad” w Powszechnym, brutalnie im to zakomunikowano. Na dodatek dowiedzieli się też, że Amerykanie na pewno nie będą gwarantem ich bezpieczeństwa za pomocą swoich wojsk. W tym kontekście Firs wypada w połowie passé a w połowie comme il faut. Tragicznie i groteskowo zarazem. W gruzach leży dom i do cna ścięto sad - jeśli rzeką w której utopił się synek Luby ma być Dniepr. Ale czy gdyby dom i sad stały nad Wisłą to też dzieliłby taki sam los? „Wiśniowy sad” w tym aspekcie popada w uproszczenie stawiania tezy - znowu nie robicie nic i znowu przegracie - i jest nieprawdziwy. Przegrywają Ukraińcy. Walczyli, ale obudzili się za późno. Zmarnowali lata jakie płynęły od 1993 roku. Nie wykorzystali słabości Moskwy. I ta ostatnia walka była ich snem o wolności. Teraz czas na gorzki poranek. Polacy tym razem lekcje odrabiają. Kraj się zmienia. Armia zbroi. Jesteśmy w strukturach najsilniejszych sojuszy militarnych, gospodarczych i politycznych. Przeznaczamy na obronność najwięcej ze wszystkich sojuszników, goniąc ich technologię. Cóż więcej możemy zrobić?
Wracając do „Wiśniowego sadu”. Łysak nie rozstrzyga. Nie mówi, czy jesteśmy nad Dnieprem czy nad Wisłą. Zostawia tę kwestię otwartą. Na dziś Los szepcze, że to fale Dniepru a nie Wisły płyną za sceną Powszechnego. Jeśli to ma być „teatr, który się wtrąca”, to szkoda Panie Pawle, wielka szkoda, że dopiero teraz zabrał się Pan za tak wspaniałą inscenizację. W Teatrze Powszechnym od kilku miesięcy widzalem wiele. Dodam - wiele dobrego. Ten „Wiśniowy sad”, mimo uproszczenia w stawianej tezie głównej - jest jednym z najważniejszych spektakli, jakie miałem tam okazję zobaczyć.
Na fundamencie wątku o postawach wobec rozbójniczej wojny, kiełkują i rozwijają jak bluszcz pozostałe. Już bardziej związane z pierwowzorem Czechowa. Bezradna gnuśność kasty posiadaczy, przegrywająca swoją bezradnością ostatnie szanse ratunku. Budząca się siła pracowitych jak woły nuworyszy, którzy odepchnięci przez „stary układ” tratują go w imię nowego, silnego biznesowego świata. Inteligencja zepchnięta do roli efemerycznych idealistów. Niepewna przyszłości, nie dająca gwarancji profitu ze swojej działalności. Znakomita scena, w której jej przedstawiciele - Ania (Klara Bielawka) i Piotr (Jan Sałasiński) stają nadzy, pozbawieni wszelkiej skazy kastowej, niczym Adam i Ewa w obliczu tworzenia nowego ładu planety. Dawno tak świetnej, wysmakowanej i subtelnej sceny w żadnym teatrze nie widziałem.
Wiśnie padają pod ciosami siekier. Dom staje się zimnymi ścianami. Pustoszeje scena. Firs tonie w samotnej ciemności, z której zapewne już się nie wydobędzie. Jean umyka w świat kolorowo beztroski. I byłby to koniec mojego pisania o „Wiśniowym sadzie” w Teatrze Powszechnym, gdyby nie konieczność oddania honorów Artystom, bez których Paweł Łysak nie zrealizowałby swojego ambitnego założenia.
Po pierwsze najmłodsza z nich. Pisałem kiedyś o Niej, że chyba mieszka w Niej cała orkiestra, bo gdy otwiera usta i śpiewa - nie można sobie wyobrazić, że to tylko jedna, młoda kobieta. Agnieszka Rajda występuje w Powszechnym gościnnie. Oby zagościła na tej scenie na stałe. Wielki talent tak aktorski jak wokalny. Gdyby nie Jej głos, zbiorowa scena muzyczna nie byłaby doznaniem tak znakomicie przejmującym i pozostającym w pamięci. Świetna rola, Pani Agnieszko. Po prostu świetna! Bardzo dobry w roli niepełnosprawnego wuja Leona Michał Czachor. Wraz z Ewą Skibińską (Luba) stanowią kwintesencję bezradnie chowającej głowy w piasek kasty posiadaczy. Świetny, wyrazisty Mateusz Łasowski (Jeremi). Człowiek nowych czasów i nowej siły. Tylko, czy ta postać nie zdewaluowała się najbardziej przez lata dzielące powstanie „Wiśniowego sadu” od dnia dzisiejszego? Zagrane to było bardzo dobrze. Jednak czy współczesny bogacz-nuworysz jest aż tak podszyty ideałami?
No i scenografia. Ruchoma. Usytuowana na obrotowej scenie, która poruszając się zamyka postaci spektaklu w labiryncie szarych, zimnych ścian. Splotu własnych problemów. Genialna jest tu scenografia, której autorem jest Robert Rumas. Genialnie pracują światła i projekcje, a to za sprawą Artura Sienickiego. Napisałem już, że Paweł Łysak podjął się ambitnego zadania. I że bez tych Aktorów by pewnie sobie z nim nie poradził. Ale nawet mając aktorów nie stworzyłby tak znaczącego spektaklu bez Rumasa i Sienickiego. Nie ma mowy.
Rozpisałem się. Starając się zdemontować precyzyjny mechanizm, jakim jest „Wiśniowy sad” w Teatrze Powszechnym. Wyjąłem ledwie kilka trybów z jego wnętrza. Bo siedzi ich tam jeszcze mnóstwo i zapewne części nawet nie zauważyłem, skupiając się na jednych elementach, inne pozostawiając w cieniu. Taki to jest ten spektakl. Wieloznaczny, aluzyjny, monumentalny. Ważny i bardzo dobry. Mocna premiera w Teatrze Powszechnym. Na pewno warta zobaczenia.
obsada
Klara Bielawka - Ania
Michał Czachor - Leon
Grzegorz Falkowski - Szymon
Mamadou Góo Bâ - Jean
Andrzej Kłak - Piszczyk
Aleksandra Konieczna - Szarlotta
Natalia Lange - Dusia
Mateusz Łasowski - Jeremi
Artem Manuilov - Firs
Ewa Skibińska - Luba
Jan Sałasiński (gościnnie) – Piotr
Agnieszka Rajda (gościnnie) – Barbara
twórczynie i twórcy
reżyseria – Paweł Łysak
tekst i dramaturgia – Łukasz Chotkowski, Paweł Sztarbowski
tłumaczenie – Agnieszka Lubomira Piotrowska
asystentka reżysera – Ewa Platt
scenografia – Robert Rumas
kostiumy – Mateusz Stępniak
muzyka – Dominik Strycharski
reżyseria światła i projekcje – Artur Sienicki
inspicjentka - Sandra Milošević



Komentarze
Prześlij komentarz