Błysk Rebeki
Teatr Gudejko wystawił „Przebłyski” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. Na scenie postaci wyjątkowe w polskim teatrze - Jadwiga Jankowska-Cieślak i Daniela Olbrychski. Warszawa biła brawo. Na stojąco. A ja czułem się jak ten Niemiec na wiecu nazistów. Jeden w morzu wyciągniętych w ichnim powitaniu rąk. Jeden, który stał z opuszczonymi. Bo spektakl, moim zdaniem, jest poprawny. Jedynie. I w takt snobistycznego założenia, że wielcy robią rzeczy wielkie - iść nie zamierzam. Powiem tak: „Przebłyski” mają przebłyski. Przebłysk. Ale czy to nie poniżej oczekiwań?
Zaczyna się czymś strasznym i zupełnie dla mnie niezrozumiałym. Nieakceptowalnym. Ze sceny płynie ciąg „kawałów o Żydach”. Nie przytoczę tu ani jednego, bo samo ich wspomnienie budzi odrazę. Znacie je na pewno. Takie żarty typu pytanie/odpowiedź. Co robią dwaj Żydzi w piecu… Tak. Gdy byłem bezrozumnym bachorem, jakimś ośmioletnim, powtarzałem te świństwa wraz z grupą starszych kolegów. Zapewne chcąc się im przypodobać. Do dziś pozostało we mnie piekące wspomnienie i wstyd za to, co wtedy bezmyślnie wygadywałem. Nie wiem, czy już Los wybaczył mi tę hańbę? Bo ja sobie sam wybaczyć nie umiem. Takie to były czasy, schyłkowy PRL miał swoje paskudne zakamarki. Miał ich więcej, niż dzisiaj chcemy pamiętać.
I te właśnie „żarty” wykorzystano w spektaklu. Szukałem odpowiedzi na pytanie: Po co? Nie znalazłem. Z jakiego powodu Agata Duda-Gracz epatuje nas tym świństwem? Co chce udowodnić? Nasz brak wartości? Może. Bo w kilku momentach na widowni pojawił się pojedynczy, stłumiony chichot. To było dla mnie jak przejście przez Piekło.
A potem rusza spektakl, oparty o tekst Serge’a Kribusa. Wsłuchiwałem się weń uważnie przez kwadrans. Po nim głowa zaczęła mi ciążyć od płytkich, banalnych zdań, które z patosem, pieczołowicie wypowiadały i wykrzykiwały nasze Teatralne Bóstwa. Nic z tego we mnie nie zostało. Bo król jest nagi. Ten spektakl to literacka mielizna, moim zdaniem. I na niej usiadła arka nazwana „Przebłyski”. Widzowie zareagowali cztery bodaj razy. Trzykrotnie, gdy Daniel Olbrychski (Josef) powtarzał, że ma wszystko w dupie. Jeśli kogoś to śmieszy - z radością konstatuję - mam inny gust.
Ale skoro jesteśmy przy Aktorach. Jadwiga Jankowska-Cieślak gra Jadwigę Jankowską-Cieślak. Wyśmienita w roli chorobliwie drobnej, neurastenicznej, zahukanej i oddanej mężowi kobiety. Tym razem Jej bohaterka ma na imię Rosa. Daniel Olbrychski od wielu lat znakomicie z kolei gra Daniela Olbrychskiego. Hałaśliwego, nadętego, wypchanego banałami jak kaczka jabłkami, Proroka Metafizyki Podrzędnej. Tym razem Jego bohater ma na imię Josef. Bałem się, że w którym momencie rzeczywiście zasnę. A podobno głośno chrapię. Ale te monumentalne frazesy doprawdy usypiały.
Napisałem na wstępie, że „Przebłyski” Teatru Gudejko mają przebłyski. Ja złapałem jeden. Wręcz błysk. Muzykę w tym spektaklu. Ją należy oddzielić od całości i analizować odrębnie. Jest fantastyczna. To, jak Maja Kleszcz śpiewa przy akompaniamencie Wojciecha Krzaka można wyciąć, zszyć i użyć jako odrębnej, pięknej całości. Ten błysk, który na moment wyrwał mnie z ciężkiego i co ty kryć nudnego widowiska, przenosząc w świat marzeń, to „Rebeka”. Maja Kleszcz zaśpiewała to pięknie. Ale przecież nie ma w tym niczego nowego, bo Jej wykonanie o ile dobrze pamiętam podbiło Przegląd Piosenki Aktorskiej w 2011 roku. Tak, czy siak - miły akcent.
I tyle. Widzowie zerwali się z miejsc. Klaskali i patrzyli w onieśmieleniu na dwie wielkie postaci polskiego teatru. Potem ruszyliśmy do wyjścia. „Jak to się właściwie nazywało? Jakoś tak krótko?” - zapytała pani pana. „Przebłyski” - pan odparł mimochodem i zaczęli rozmawiać o wyjeździe na narty…


Komentarze
Prześlij komentarz