Musicalowy trup
Rzadko to robię. A jeszcze rzadziej z taką niecierpliwością czekam na koniec pierwszego aktu. Ale wytrzymałem. Po czym pobiegłem do szatni, zabrałem płaszcz i dopiero na Litewskiej z ulgą odetchnąłem. Grany na scenie Teatru Syrena musical „Heathers” to widowisko dla ludzi: 1. O wrażliwości hoplity 2. O zdiagnozowanej, co najmniej połowicznej utracie słuchu 3. Takich, którym nie chce się wieczorem iść gdziekolwiek indziej. Choćby bezcelowy marsz przed siebie będzie lepszym rozwiązaniem, niż to widowisko.
Już prolog zapowiada kłopoty. Z grupowego pokrzykiwania aktorów można wyłowić pojedyncze słowa, czasem sylaby. Mając tak rozśpiewany zespół nic nie stoi na przeszkodzie aby organizować widowiska baletowe. Obsadę, jak można wyczytać z entuzjastycznych artykułów, kompletowano miksując casting z aktorami stale występującymi w Syrenie. Efekt jest piorunujący. Jak to mawiał Kazimierz Górski: Tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Tym razem castingowcy nie stanowili nawet tła tyłu sceny. Aktorzy zresztą też nadmiernie się nie wysilali. O ile można było zrozumieć songi solo i dialogi, o tyle gdy dochodziło do scen grupowych - przypominało to spotkanie wilków na dorocznym Święcie Księżyca.
W sumie - wiele się na tym nie traci. Teksty wygłaszane i wykrzykiwane w takt muzyki, są proste jak amerykański sen i płytkie jak wyschnięta sadzawka w Wyoming. Ale ale. Zupełnie pomijam fabułę. Pewnie znają Państwo ten model, w Latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku opierał się na nim prawie każdy amerykański młodzieżowy film fabularny, serial, powieść i inne. Jest zatem szkoła, a w niej kasty. Piękności, Siłacze, Szarówka. Między nimi wyalienowany główny bohater - albo bohaterka, oraz klasowe pośmiewisko. I nagle pojawia się ferment. Najczęściej wpada ktoś nowy, z innej szkoły. Oryginał. No i się zaczyna dziać. Tak właśnie jest i tutaj. Tyle, że mamy lata dwudzieste XXI wieku. Takiej młodzieży w Polsce nie ma. Tak daleko idących rozterek też. Są zupełnie inne sprawy i dylematy. Chyba, że odnosimy się do nagłaśnianych w mediach jednostkowych przypadków patologii.
Zgredy starają się swoimi nieudolnymi, archaicznymi metodami edukować kolejne pokolenia. Efekt wzmacnia pokazanie postaci dorosłych. To albo przemocowa patola, albo nieudacznicy, albo w najlepszym razie poczciwi idioci. I do tego kostiumy, do bólu sztampowe i standardowe. Szkolne Piękności są chearleaderkami, skrzyżowanymi z uszkodzonymi w transporcie do zakładu utylizacji lalkami Barbie. Siłacze - obowiązkowo mają szkolne bluzy sportowe. Szarówka jest… jak to szarówka. Nijaka. Główna bohaterka przypomina Pippi Langstrumph po liftingu, klasowe pośmiewisko przerośniętego przedszkolaka, a oryginał Pinka z The Wall. Masakra.
Siedziałem blisko. Na tyle blisko, żeby zalany falą wstydu zamykać oczy. Dialogi są nie proste. One są prostackie. Miejscami wulgarne, na poziomie wulgarności radzieckiego kołchozu w czas żniw. Potęgują jeszcze uczucie niesmaku, gdy chce się to jakoś wszystko przetrzymać, bo wychodzić w połowie aktu to jednak obciach. Wstyd był dla mnie tym większy, że przecież to w tej samej sali, przy tej samej scenie, miałem zaszczyt poznać Irenę Kwiatkowską, Hankę Bielicką, Wiesława Drzewicza, Tadeusza Plucińskiego, gdy jako bardzo młody redaktor Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego uczestniczyłem w przygotowaniach do rewii „55 kapeluszy pani Hanki. Zapewne każdego wieczoru, gdy w Syrenie grają „Heathers” wszystkie przeze mnie wymienione wybitne Postaci tero teatru obracają się w grobach z taką szybkością, że aż iskry strzelają. Porównanie tamtego czasu z tym, co Syrena funduje obecnie - to po prostu przepaść. Albo inna galaktyka.
Niby szczytny cel. Pokazanie szkolnej przemocy. Ale pokazano ją na przykładzie odległym i czasowo i kulturowo. Nie rozumiem, po co taki spektakl w ogóle powstaje? Wypełnia lukę po dawnych popisach podwórkowych komediantów? Chyba tylko. Co zadziwiające - „Heathers” jest w zasadzie codziennie wyprzedany. Dowodzi to chyba jedynie rozpaczy Warszawiaków, spragnionych teatru musicalowego. Bo tych rzeczywiście w stolicy jak na lekarstwo.
W pierwszym akcie są trzy trupy. Troje dzieci zabitych przez dzieci, które mają w pupach to, że zabiły. Jest fajnie bo się kochają. W kolejnym - doczytałem o czym jest ciąg dalszy już po wyjściu - padają trupy następne. Ktoś to kiedyś napisał. Już sam ten fakt dowodzi, że jako cywilizacja jesteśmy zdrowo zaburzeni. Ale że ktoś to wystawia dzisiaj na scenie teatru, w stolicy 40 milionowego kraju europejskiego - to już dowód zbiorowego szaleństwa. Albo bezguścia w rozpaczliwym poszukiwaniu rozrywki.
Można na „Heathers” z Syreny patrzyć także w innym, szerszym kontekście. Musical wpisuje się w idiotyczny, anachroniczny system wychowywania i edukowania młodych. System, w którym aby uczyć pokazuje się ekstremalne, negatywne przypadki i wydarzenia. Jaki to ma sens? Doprawdy nie rozumiem, bo poza wzmacnianiem postaw socjopatów i patologii żadnego pożytku w takiej metodzie nie widzę. Jestem przeciwnikiem zajęć na których stojący tuż przed emeryturą, uważający się za guru edukator prawi młodzieży: „Jeśli usłyszysz, że ktoś cię hejtuje podejdź do najlepszej koleżanki. Najlepszego przyjaciela. Weź go za rękę. A jeśli jesteś najbliższym przyjacielem kogoś, kto zetknął się z hejtem własnej osoby - weź go za rękę. Idźcie razem do nauczyciela i opowiedzcie mu o wszystkim.”. Halo, Ziemia. Może czas wylądować? Oczywiście trzymając się za ręce…
To jest spektakl, w którym pokazane jest zło. Paskudne. Zabójstwa, gwałty, doprowadzanie do samobójstwa. Pokazane jest to zło w takt scenicznych pląsów i śpiewanek. Dlaczego nie umiemy, nie chcemy, zamiast przez wszystkie przypadki i gatunki międlić owo zło, pokazywać zdarzenia pozytywne? Wolę rozwoju, ambicję. Miłość, jako wspaniały blask szczęścia, a nie relację dwojga morderców, którzy zabijają i uważają że w zasadzie jest OK bo się kochają. Tak przecież dzieje się w „Heathers”. Narzekamy na młodzież. Na to, że jest apatyczna. Pozbawiona inicjatywy. A jaką ma być, gdy karmimy ją czymś tak prostacko potwornym, jak ballada zakochanych nad ciałem koleżanki którą przed chwilą napoili Domestosem i uśmiercili? Napisać, że to w złym guście - za mało.
Reasumując. Musical w Syrenie to przerażający znak upadku kultury. Ekshumowano specyficzny, amerykański tekst i w jarmarczny sposób, pod szyldem antyprzemocowej edukacji, pokazano na scenie. Śmiech widowni, który towarzyszy Veronice, gdy umyka od dwóch gwałcicieli po zasypanym krowimi plackami pastwisku, jest czymś przerażającym. Jeśli to są nasze czasy, nasza wrażliwość - to może rzeczywiście lepiej niech to się już wszystko skończy?
Scenariusz:
Laurence O'Keefe i Kevin Murphy
Choreografia:
Michał Cyran
Muzyka:
Laurence O'Keefe i Kevin Murphy
Teksty piosenek:
Laurence O'Keefe i Kevin Murphy
Tłumaczenie:
Jacek Mikołajczyk
Obsada
Natalia Kujawa, Małgorzata Majerska, Aleksandra Gotowicka, Karolina Gwóźdź, Joanna Gorzała, Patrycja Jurek, Maciej M. Tomaszewski, Bartosz Łyczek, Karol Ledwosiński, Jędrzej Czerwonogrodzki, Stefan Andruszko, Marta Burdynowicz, Klaudia Kuchtyk, Krystian Embradora, Jakub Cendrowski, Klaudia Duda, Agnieszka Rose, Beatrycze Łukaszewska, Michał Konarski, Albert Osik, Dominika Łysakowska, Marta Skrzypczyńska, Dominik Ochociński
Twórcy
Reżyseria
Agnieszka Płoszajska
Kierownictwo muzyczne i przygotowanie wokalne
Tomasz Filipczak
Choreografia
Michał Cyran
Scenografia i kostiumy
Anna Chadaj
Reżyseria świateł
Artur Wytrykus
Reżyseria dźwięku
Jakub Niedźwiedź
Charakteryzacja
Daria Skrzypkowska
Asystentka reżyserki
Beatrycze Łukaszewska
Asystentka scenografki i kostiumografki
Agnieszka Bogojło
Produkcja
Zuzanna Miladinović
Inspicjentka
Marta Skoczek
Suflerka
Katarzyna Kulik
Zespół muzyczny
Dyrygent i instrumenty klawiszowe
Tomasz Filipczak
Gitara basowa
Paweł Bomert
Gitara
Jan Malecha
Skrzypce
Justyna Baran
Saksofony i klarnet
Mariusz "Fazi" Mielczarek
Perkusja
Grzegorz Poliszak
Trąbka
Piotr "Ziarek" Ziarkiewicz



Człowiek, który nie zna musicali i ich nie rozumie nie powinien na nie chodzić. Gdyby mnie ktoś zabrał na Toscę do La Scali napisalbym podobną recenzję, bo nie rozumiem i nie lubię opery.
OdpowiedzUsuńHeathers to świetnie zrealizowany musical - z tempem, werwą, wyjątkowo dobrą choreografią, świetną inscenizacją i dobrymi głosami i z orkiestrą na żywo. Wysoki poziom realizacji.
Temat trudny, może za trudny dla pana, który chciałby tylko chichotać na musicalu.
Musical jest świetny dla młodzieży, bo pokazuje ich takimi jacy są. A forma jest takze świetna. Syrena stanęła na wysokości zadania adaptując musical tak, że nic nie stracił z oryginału, a zyskal na aktualności!
Moja rada jest taka - jeśli ktoś lubi musical, taniec na poziomie i dobrze wykonane piosenki i nie jest zgredem, któremu są obce problemy młodzieży, musi koniecznie wybrać się do Syreny. To jedno z lepszych przedstawień misicalowych ostatnich lat. GORĄCO POLECAM!!!
A nienawidzący musicalu zgorzknialcy powinni zostać w domu oglądając Klan.
Ideą mojego bloga jest "można się nie zgadzać". :) Teza o nienawidzących musicali i ich miejscu przed telewizorem jest w dwóch elementach na wprost. Rozumiem, że wynika z emocji. Dobrze, że teatr je budzi :) Pozdrawiam serdecznie J.M. - który pozostaje przy swojej, negatywnej, ocenie "Heathers" :)
OdpowiedzUsuń