Faust na wiele sposobów
Gdyby Goethe żył w dwudziestym wieku, zapewne jego Faust miałby zupełnie inne rozterki i spotykałyby go inne wyzwania. Gdyby żył. Ale tak - zapewne Państwo wiedzą - się nie stało. Nie żył. Zdążyliśmy w tak zwanym międzyczasie, od jego epoki, do naszej współczesności, udoskonalić zło. Wspiąć się na wyżyny wysublimowanego okrucieństwa i doprowadzić grzech do granic doskonałości.
„Fausta” można dzisiaj czytać dwojako. Albo jako zamkniętą i skończoną całość, traktat o grzechu i pokusie - albo jako wielowątkowy zaczyn. Katalizator dyskusji o świecie i ludzkości w jej fazach rozwoju. Wojciech Faruga ewidentnie hołduje tej drugiej metodzie. Jego „Faust” w Teatrze Narodowym, to w zasadzie dzieło napisane i odczytane na nowo z udziałem Julii Holewińskiej, która w spektaklu odpowiada za dramaturgię.
Co do zasady jestem przeciwnikiem takich sztuczek. Albo się szanuje autora i odtwarza jego słowa, albo siada i pisze dramat samemu. Inaczej ocieramy się o teatralny plagiat, lub o twórczą niemoc. Obie wersje paskudne. Ale - są wyjątki. Czyli wykreowanie zupełnie nowej jakości. Popchnięcie kamieni sztuki na nowe tory. Faruga chyba tak to sobie wymarzył. I… moim zdaniem w wielu elementach jego „Faust” jest sukcesem.
Po pierwsze zapiera dech scenografia. Katarzyna Borkowska, która poza scenografią jest tu autorką kostiumów i operacji światłem, sprawiła się wprost genialnie. Dwupoziomowa, przesuwająca w górę i dół scena, monumentalne elementy dekoracyjne, w tym Palec Boga ze „Stworzenia Adama” Michała Anioła - świetne. Ten spektakl, nawet w trudniejszych momentach ogląda się doskonale właśnie dzięki pracy Pani Katarzyny. Nie wspominając o kostiumach bez których przepychu, przemyślanej koncepcji i zaskakujących momentami rozwiązań tego „Fausta” by nie było. Przyjemność dla oka.
Po drugie pomysł. Zło i Dobro, pozaziemskie wartości przez maluczkich zwane Bogiem i Szatanem zawierają zakład. Ich uosobienia to Papież - może i Jan Paweł II, ale głowy nie dam bo mówił szybciej i mniej patetycznie od Karola Wojtyły i Adolf Hitler. Czy można wyobrazić sobie w naszym, chrześcijańskim kręgu kulturowym, lepszą alegorię? Papież to boski namiestnik na Ziemi. Hitler, który nie stronił od Gott mit Uns - świetnie uosabia zbuntowanego anioła. I w tle Faust. Człowiek, szukając. Szukający. Ale czy szczęścia? Jeśli tak, to czym jest szczęście w jego rozumieniu?
Idąc przez świat sięga do zbiorowej pamięci. Otwiera walizki, w których zmagazynowano ludzkie potworności. Narzędzia zbrodni, czaszki zabitych, buty pomordowanych, kosztowności skorumpowanych, łakocie i specjały omamionych. Taka jest ludzkość. Na wskroś zła. Zawistna. Chora na władzę i apanaże. Chora na swoiście postrzegane szczęście. Egoistyczne, pozbawione jakiejkolwiek refleksji o skutkach swoich działań. Za nim, w takt diabelskiego paktu, podąża Faust. Nota bene świetna rola Cezarego Kosińskiego.
Jednak Faust, moim zdaniem, w „Fauście” Farugi nie jest dominantą. Znikł prolog, słynny i znany zapewne każdemu licealiście monolog Fausta z pierwszego aktu u Goethego. Rozumiem ten zabieg, bo jest w nim zasada: to spektakl o ludzkim okrucieństwie i grzechu. Ponadreligijnie postrzeganym występku przeciwko normie i prawu. Dlatego nie znalazłem sensu owego prologu i zgadzam się z Reżyserem, że można go było spokojnie „ciachnąć”.
To zresztą można zrobić z wieloma elementami widowiska z Narodowego. Moi życzliwi Hiobowie wieścili, że „Faust” to bite cztery godziny. Na stronie teatru przeczytałem, że trzy czterdzieści. Skończyło się po trzech godzinach i circa dwudziestu minutach. I nadal jest pole manewru, szczególnie w akcie drugim, który jest przegadany, nadmiernie alegoryczny i niejasny. Fakt. Ale zawiera świetne, wręcz monumentalne zakończenie. O nim jednak za moment, bo jeszcze trochę mięska z tego „Fausta” można wycisnąć.
Wróćmy do aktu pierwszego. Wszelkie zło, podłość i okrucieństwo lokuje się w krótkim okresie dwudziestego wieku. Zgadzam się z Farugą. Czas Hitlera to czas, gdy Szatan we własnej osobie zstąpił na Ziemię, a Bóg zastygł w osłupieniu. Zło było tak potworne, że rozczłonkowało się, rozpadło na cząsteczki, które jak wirusy wnikały do ludzkich organizmów. Te czasy oddychały złem. Dobre jest więc rozbicie postaci Mefistofelesa na cztery odrębne byty. Rozdrobnienie zła. Czy dobrze dobrane są alegorie tego zła? Cóż. Każdy Twórca ma prawo do pokazania swojego obrazu świata. Mnie ta czwórka znanych przecież z historii postaci nie raziła. Szaleństwo, władza, blichtr i wyrachowanie. Tak bym je określił. Wszystkie razem składają się na potworność ludzkiego „ja”. Są zarzewiem każdego grzechu i występku. Są w nas.
No, ale godzina i czterdzieści pięć minut jednego aktu, Panie Reżyserze, to sporo. Szczególnie dla młodych widzów, a widownię „Fausta” w dużej mierze stanowią licealiści. Słuchałem ich w przerwie z przyjemnością. Zrozumieli. Dostrzegli rozbieżności z tekstem Goethego. Złapali clou spektaklu. A mam wrażenie, że otworzył im umysły na jeszcze jedno: Na to, że teatr nie ma granic. Można poszukiwać swojej drogi. Byleby iść tropem logiki i mieć wizję tego poszukiwania. Twierdzę, że Faruga taką wizję ma. Może namnożył za wiele alegorii. Przedobrzył. Cóż. Może i tak. Ale nie zmienia to faktu, że jego „Faust” jest jakiś. Mówi ten spektakl wyraźnym głosem. Tylko trzeba słuchać a nie się tylko gapić.
No i ten koniec. Scena - epilog. Przesuwają się koło nas, bo ruszają zza pleców widzów, postaci spektaklu. Idą miarowo, wolno. Przechodzą przez scenę. Wspinają się i nikną w chmurach. I wciąż pojawiają kolejne i kolejne. Jak łańcuch pokoleń, czy kołowrót Czasu. A katalizatorem ich mijania, rozwoju i upadku jest wojna. Wieczna wojna Zła z Dobrem, w której ludzkość jest jedynie narzędziem wielkiego Boga i Szatana, zakładu o to, kim jest człowiek w swojej istocie. Smutna ta wojenna konstatacja i niewesoło się „Faust” kończy. Cóż. Taki mamy klimat.
A teraz zarzuty. Słyszałem, że to spektakl „jarmarczny”. Bzdura, moim zdaniem. Na czym ta „jarmarczność” ma
polegać? Że jest księżną Diana i Stephen Hawking? No i co z tego? Jeśli są potrzebni, a moim zdaniem są, to szlus. Sprawa załatwiona. Że jest nudne i za długie. Nudne to może nie. Ostatecznie w momentach, gdy Faruga „odlatuje”
można podziwiać scenografię i kostiumy. Ale rzeczywiście. Nadal jest to niepokojąco długie. Że nie trzyma się oryginału. No nie trzyma. Fakt. Moim daniem wręcz oglądanie tego spektaklu po przeczytaniu tekstu Goethego może utrudnić odbiór. Ale czy jesteśmy belframi w pruskiej szkółce, aby rozliczać kogokolwiek z trzymania się literalnie oryginału? Nie zawsze belferiada się sprawdza. Tu - nie.
„Jestem, kim jestem. Niczym więcej.”. To zdanie kilkukrotnie pada ze sceny. I doskonale tu pasuje. „Faust” w Teatrze Narodowym nie jest spektaklem dla wszystkich. Na pewno nie dla miłośników teatru podawanego na talerzu, trzymającego się sztywno ram pierwowzoru tekstowego. Nie odnajdą się w nim także ci, którzy szukają prostych odpowiedzi i dają się zwieść pozorom prostoty. Potrzeba uwag i wrażliwości i wyzbycia się wszelkich uprzedzeń. Nie słuchania tych, co z góry wiedzą, że „Będzie ci się podobało”, albo „Nie będzie ci się podobało”. Jakie jest ich prawo do takich też? Skąd niby czerpią tę wiedzę. To spektakl dla tych, którzy mówią „Mi się podobało, bo…”, albo „Mi się nie podobało, bo…”. Dla tych, co nie słuchają głosów, tego co mówią na mieście. Umieją mieć własne zdanie. Oby ich było jak najwięcej.
Reasumując. Przez „Fausta” w Narodowym idzie się jak przez las, którego imię to Ból. Ale to ból oczyszczający. Może i wiele ścieżek w tym lesie niepotrzebnie meandruje i wikła widza w cierniste ostępy . Jednak koniec drogi wynagradza podróż. Ja bym na Państwa miejscu jednak odpękał te trzy godziny z hakiem. Dla własnych, niepokornych myśli.
Twórcy:
projekty technologiczne i wykonanie elementów dekoracji i rekwizytów: pracownie techniczne Teatru Narodowego
Występują:
Cezary Kosiński, Paweł Brzeszcz, Aleksandra Justa, Mateusz Kmiecik, Damian Kwiatkowski (gościnnie), Sławomira Łozińska, Wiesław Cichy, Małgorzata Kożuchowska, Henryk Simon, Natalia Kawałek, Hanna Wójtóściszyn, Anna Grycewicz, Adam Szczyszczaj, Partycja Korthals, Piotr Piksa


Banalne, trywialne analogie: Papież - Hitler, etc...gorzej być nie może.
OdpowiedzUsuńMnie nie raziły :) Przeciwnie. Uważam, że dla człowieka współczesnego te analogie są czytelne i wzmacniają odbiór spektaklu w Narodowym. Ale - istotnie, dostrzegam grupę osób które mogą ich nie „kupować”.
OdpowiedzUsuń