Cudu nie ma
Kiedy powstawał blog TeatrVaria, miał dwa założenia. Jedno Państwo znacie: „Można się nie zgadzać.”. A drugie, które jest dla mnie bardzo ważne: „Zawsze będzie uczciwie.”. Niech to będzie pod prąd, niech będzie w opozycji. Ale zawsze subiektywnie, czytelnie i nie unikając własnego zdania. Zatem - uczciwie: „Cud, że jeszcze żyjemy” w Teatrze Współczesnym to spektakl, moim zdaniem, nieudany. Trudno - darmo. Kłamać nie będę.
Tytuł oryginału jest zaczerpnięty z Księgi Hioba „The skin on my teeth” w przekładzie na polski to „Do skóry, do ciała przylgnęły mi kości, ocaliłem [tylko] ciało moich dziąseł.”. To o tryumfie wiary człowieka opuszczonego. Już zamiana w „Cud, że jeszcze żyjemy” trąci uproszczeniem. Pierwszym, otwierającym moim zdaniem, cały ich ciąg. Zamiast ułatwiać widzowi podróż przez ten spektakl, czynią go nijakim. Ma to trzy akty. Po drugim trzeba włączać z magnetofonu komunikat, że będzie jeszcze epilog. Tak to jest zrobione że część widzów uważa, że już koniec i klaszcze z kurtuazji. Dlaczego z kurtuazji? Ano, jest po prostu płytko, łopatologiczne.
Akt pierwszy opowiada o dziwacznej rodzinie Antrobusów, która mieszkając w wygodnym domu na przedmieściach New Jersey mierzy się z najzimniejszym sierpniem w historii. Na ich świat powoli nadciąga lodowiec. Czy dojdzie do zagłady? Postaci są papierowe, sztuczne i kompletnie w dzisiejszym odczytaniu nielogiczne. Dlaczego George Antrobus ma być wynalazcą tabliczki mnożenia, zarazem alfabetu i koła? Po co, skoro wszystkie osoby na scenie komunikują się ze sobą zupełnie poprawnie. Komunikują. Bo niczego więcej o nich powiedzieć nie można. Ten przewidywalny i pusty akt mija jak ból zęba po ketonalu. Na szczęście. Chociaż tu jeszcze kilkoro widzów się śmiało. Co nawaliło? Moim zdaniem odczytanie tego tekstu. Pokazany światu w 1942 roku nie jest i nie będzie „proroctwem na nasze czasy”. Powstał w kompletnie innych okolicznościach i do czego innego się odnosił. Dzisiaj, w dobie rozproszonych po globie wojen grożących konfliktem światowym o skali nie do wyobrażenia, pandemii, zmian klimatycznych i społecznych jest już zużyty. To bodaj najlepsze określenie. Życie go zwyczajnie przerosło. Próby wplecenia weń, dajmy na to pandemii covid to pudrowanie umarłego. Siedziałem i zastanawiałem się, po co to wszystko się przed moimi oczami dzieje?
W drugim akcie już nawet wytrwali śmieszkowie przestawali się śmiać. Szanowni Państwo. Jesteśmy w teatrze Erwina Axera, Macieja Englerta. Od niedawna w teatrze byłego znakomitego rektora Akademik Teatralnej, Wojciecha Malajkata. A serwowane są nam żarty rodem z odpustu w jakiejś osadzie - nie obrażając osad. Czy Twórcy zdają sobie sprawę, kto i wobec kogo używa dziś pejoratywnie określenia „chochoł”??? Jeśli nie - nie zapraszajcie na ten spektakl ambasadora Ukrainy. Będzie dyplomatyczny skandal. A ten anturaż trumpowskiej kampanii wyborczej? Ni to śmieszne ni mądre. Przykro pisać, poziom żartów, kostiumy aktorów - to jest dramat. Nie komedia. Dramat. Kto się na to w ogóle zgodził? Jakim prawem obraża się legalnie wybranego prezydenta USA? Dlaczego powiela się stereotypy głupawych, powierzchownych Amerykanów? Antrobus - rubaszny lider ludzkości - przypomina bardziej Polaka-cebulaka na egipskich wakacjach, niż Noego. Na końcu tej odsłony pakuje do łódki ludzi i zwierzęta, ratując towarzystwo z opresji potopu.
Akt trzeci. Klęska. Niewiele więcej można tu dodać. W pierwszym nad bohaterami ciążyło widmo zagłady w epoce lodowcowej. w drugim globalne ocieplenie. Oba zapewne były, czy też być miały w założeniu reżyserującego „Cud…” Marcina Hycnara - śmieszne. Ten? Jakieś katharsis? Hmmmm. Skończyła się wojna. Jaka wojna? Henry Antrobus, który jest Kainem okazuje się Darth Sithem, dążącym do ustanowienia nowego porządku. Przegrywa wojnę. I co? No właśnie, co? Liczyłem, że tu wreszcie rozwiąże się zagadkowy wątek pojawiający się w poprzednich odsłonach i zrozumiem, dlaczego co jakiś czas Sabina staje się Barbarą Wypych, ciągnie za sobą pozostałych Aktorów. Razem „wychodzą z ról”, a ona opowiada w jakim to badziewiu musi grać. Nie dowiedziałem się. Poza tym, że Kain, a właściwie Henry wyznał George’owi, czyli Antropusowi seniorowi, że po prostu jest zagubiony i dlatego lubi komuś czasem dać po ryju.
Teatr Współczesny słynął ze spektakli dla wszystkich. Był miejscem, w którym każdy Widz czuł się u siebie. Domem zabawnych, lekkich, czasem nostalgicznych spektakli. Ale niewykluczających nikogo. Pokazywanych tak, że nikt nie czuł niesmaku z powodu poziomu żartów, czy dialogów płynących ze sceny. Naprawdę trzeba to zmieniać? Siedząc na widowni czułem, że miejsce, które znam od czasów licealnych nagle staje się mi obce. Nieprzyjazne. Krzyk i tupanie dochodzące ze sceny irytowały.
A miało w założeniu Autora być tak: Antrobusowie to Adam i Ewa. Kain, ich pierworodny, zabija swojego brata Abla. Kolejnym dzieckiem w rodzinie jest Gladys, a żyjący syn staje się plamą na rodowej historii w świadomości ojca. Narasta w Henrym/Kainie przez dwa akty budowany gniew, wola walki i wyzwolenia z życia w piętnie mordercy. Stąd akt trzeci - wojna światów ojca i syna. Konsekwentnie zbudowana postać Henryego/Kaina wypowiada wojnę światu jaki zna i tę wojnę przegrywa. Konsekwentnie. Bo w krzykach i hopsach na warszawskiej scenie zupełnie tego nie widać. Postaci, które nawiedzają Antrobusów w akcie pierwszym mają w oryginale symbolizować mityczne Muzy, Mojżesza i Homera. W inscenizacji Marcina Hycnara są cieniami cieni. Grupą kloszardów śpiewających Jingle Bells. Akt drugi z kolei, który w warszawskim wydaniu przypomina scenerię taniego hotelu w Hurghadzie to alegoria Sodomy i Gomory tuż przed potopem. Wodzony na pokuszenie Antrobus, prezydent tajemniczej żywej tkanki ziemskiej, staje się Noem i w finale aktu powraca na łono rodziny ratując i ją i przedstawicieli różnych gatunków od zagłady na pokładzie wielkiej łodzi. Ratuje tym samym nie tylko życie ale i wartości. Reżyser zaproponował nam natomiast żarty z Donalda Trumpa, plakat z amerykańskiej kampanii wyborczej i biegających po scenie pustych jak butelki po coli Amerykanów. Trzeci akt miał być rozważaniem możliwości naszego gatunku i jego siły przetrwania. Czy ludzkość podniesie się raz jeszcze po wyniszczającym doświadczeniu - tym razem wojennym - i stanie na czele ziemskiego życia. Odbuduje swoje miejsce i nadal będzie pchać świat drogą rozwoju. układając kamienie milowe wielkich naukowych odkryć. Czy to dostajemy? Mam wątpliwości.
Tekst dostał nagrodę Pulitzera. Tekst. Podkreślam. Nie spektakl w Teatrze Współczesnym. Widzę ideę. Czyli pokazanie ślepego zaułka, w jakim jesteśmy my - ludzie. Niszczeni przez samych siebie i doprowadzający ludzkość znowu na skraj zagłady. I zarazem zawsze umiejący spaść na cztery łapy, omijając samounicestwienie. Ale durne żarty, uproszczenia na poziomie człowieka z Cro-Magnon i tęczowa parasolka na głowie aktora, grającego dziennikarza - niewiele dają. To jest odpust. I to w marnym guście.
Przesiedziałem trzy akty. Uczciwie napiszę: Gdy to się wreszcie skończyło, były brawa. Nawet część Widzów wstała. Zatem pozostaje mi przypomnieć zasadę TeatrVaria: Można się nie zgadzać. To moje, rzetelne i uczciwe zdanie o spektaklu. Zachęcam Państwa do wizyty we Współczesnym. I do dyskusji. Jestem ciekaw Waszych opinii. Nazywa się to „Cud, że jeszcze żyjemy”. Ja - przeżyłem. Ale cytując Mistrza Zbigniewa Herberta mogę napisać: Przeżyliśmy. To słowo z wszystkiego nas rozlicza…
Twórcy
Autor Thornton Wilder
Tłumaczenie Bartosz Wierzbięta Reżyseria Marcin Hycnar
Scenografia Martyna Kander
Kostiumy Anna Adamek
Muzyka Mateusz Dębski
Światło Karolina Gębska
Projekcje video Jagoda Chalcińska
Autor plakatu Andrzej Pągowski Asystentka kostiumografki Marta Kopańska
Inspicjentka Olga Kucharska
Sufler Konrad Braciak
Obsada
Mamut, Delegat, Radiowiec Szymon Roszak



Komentarze
Prześlij komentarz