Gumowy „Melodramat”
Teatr Powszechny ma bardzo wygodne foteliki na widowni. To ważne. Bo „Melodramat” w reżyserii Anny Smolar trwa 170 minut. Po co? Nie umiem powiedzieć.
Zacznę starym dowcipem - „Kiedy pewien Żyd wrócił z wesela, zapytano go, jakie było jedzenie. Odpowiedział: Gdyby zupa była tak gorąca jak wino, a wino tak stare jak kurczak, a kurczak tak tłusty jak panna młoda, to byłoby to nadzwyczajne jedzenie.”. I taki jest ten Melodramat. Gdyby Pani Reżyser posłuchała, jakie jest pierwsze zdanie Jej spektaklu, może nie byłoby żałosnego babola językowego. Można powiedzieć gol samobójczy w pierwszej sekundzie meczu: „Kiedy Krystyna pierwszy raz POZNAŁA Kubę” w wersji angielskiej, wyświetlanej nad głowami jest dobrze: „When Krystyna FIRST MET Kuba”. Poznanie kogoś jest jednorazowe. Podobnie, jak łosoś Bułhakowa miał tylko jedną świeżość. Nie można kogoś poznawać kilka razy. Niby drobiazg, ale jeśli są to pierwsze słowa spektaklu - zgrzyta w uszach. Gdyby… gdyby miała litość nad widzami…
Potem jest źle. Po prostu źle. Nie wiem, kto wprowadził manierę, aby Aktorzy grali na scenie z mikroportami. Przecież po to mają w szkołach zajęcia z emisji głosu, z dykcji - aby świadomie i swobodnie rozporządzać swoim aparatem mowy. Mikroport spłaszcza dźwięk. Ulokowanie mikrofonu tuż przy ustach Aktorów powoduje, że gdy interpretując tekst mówią szybciej i głośniej - nic nie można zrozumieć. Tu nieczytelna jest już mini aria miłosna śpiewana przez Annę Ilczuk tuż po opisanym językowym samobóju. Obok mnie siedziały dwie eleganckie, starsze panie. Pierwszy rząd. Nic nie rozumiemy. Panie zaczęły głośno, moim zdaniem nadmiernie głośno, wyrażać dezaprobatę. Po chwili na scenie dzieje się przedziwny taniec. Układ choreograficzny trzech damsko-męskich par. Trwa. Trwa. Jeszcze trwa. Fikają fikołki. Trwa. Padają. Wstają. Trwa. Panie też wstały. I wyszły. Mówiąc uczciwie - nie zdziwiły mnie, bo zostałem tylko z powodu wygodnego fotelika i braku innych planów na wieczór.
I teraz zaczyna się coś niebywałego, niezrozumiałego i pozbawionego moim zdaniem sensu. Anna Smolar, nie wiem po co, miesza w swój świat ikoniczny polski film z 1957 roku, w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa, czyli „Pętlę”. Niby jej zamysł jest taki, jak mniemam, że w świecie artystów sceny takie pętle dzieją się stale i chce rozłożyć na czynniki pierwsze mechanizm ich funkcjonowania.
Na moment pozostańmy przy tej scenie. Przenosimy się do 1957 roku. Filmowana jest bardzo ważny moment „Pętli” - dialog Gustawa Holoubka z Aleksandrą Śląską. Miałem okazję poznać Mistrza Holoubka w czasach Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Jedyne, czym ucieszył mnie „Melodramat” w Powszechnym, to konstatacja że nie tylko ja uważam go za nadętego kabotyna. Bo tak jest w tej scenie przedstawiony. Ale nie zmienia to faktu, że nie rozumiem po co było mieszać konwencję i wplatać ów film do spektaklu? I tak jest tasiemcowo długi i śmiertelnie przez to nudny. Spektakl. Nie film.
Taka jest kolejna scena. Wracamy do współczesności. W teatrze, po oklaskach i opadnięciu kurtyny, zaczyna się awantura. Aktorzy kontra miękki i koncyliacyjny dyrektor. Kuba, ona - główna aktorka - właśnie zakończonego spektaklu była pijana. Kompletnie. A to, jak można się domyślić nie pomaga w tworzeniu nastroju teatralnego wydarzenia. Aktorzy są, użyjmy słowa z „Melodramatu”, wkurwieni. Dyrektor próbuje na miękko. I ta scena trwa. Trwa. I jak się domyślacie trwa jeszcze i jeszcze. Oczywiście, zamysł jest uzasadniony i słuszny. Pokazać, jak w środowisku współczesnego teatru w którym dyrekcja musi mierzyć się z przeróżnymi kolektywami i grupami interesów aktorskich lawiruje między nimi, swoją wizja teatru i oczekiwaniami reżyserów. I jak w tym świecie można latami sankcjonować pogrążanie się gwiazdy w nałogu. Ale to jest banał. Po prostu banał. I ta ciągnąca się w nieskończoność, nudna scena tym banałem cuchnie. Dość napisać, że zdezorientowani widzowie biorą prowadzony dialog za dobra monetę i tu i ówdzie zaczynają się śmiać. Z czego się śmiejecie? Z raka, który tłamsi teatr się śmiejecie!
Antrakt. Zostałem, bo ciekawiło mnie, jak Anna Smolar zapanuje nad sytuacją w drugim akcie. Czy wreszcie zacznie się coś dziać, czy też oddanie sceny we władze literackich zapędów Aktorów poprowadzi „Melodramat” do Krainy Snów. Bo dialogi i monologi napisali w tym spektaklu aktorzy. Tak! Nie dramaturg, który zapewne nie dopuściłby do tak rozlazłych i przegadanych scen. Aktorzy! Rozumiem, że polska literatura współczesna, jeśli chodzi o sztuki teatralne, nie jest najbogatszą. Ale na miły Bóg! Jeśli mechanik zacznie projektować samochody to bardzo możliwe, że będziemy jeździć blaszanymi pudłami.
Aktor jest od grania. Reżyser od reżyserowania. Dramaturg od pisania. I tak dalej i dalej. Jeśli się pozamienia ich miejscami - wyjdzie jak wyjdzie. Czytam z niedowierzaniem, że jest to spektakl o miłości. Hmmm. Chyba miłości do
własnych tekstów. Bo w drugim akcie nie jest ani trochę lepiej. Nakładające się na siebie sceny. Wrażenie chaosu, potęgowane przez to, że Kuby i Krystyny są grane przez wszystkich na zmianę. Jest zatem co jakiś czas „ona Kuba” i „on Krystyna”. Przedziwny zabieg mający na celu - domyślam się - pokazanie że nałóg jest ponadpłciowy? Bo innego uzasadnienia nie znajduję. Pojawia się to już w pierwszym akcie, ale w bałaganie aktu drugiego razi jeszcze bardziej.
I gdy wydaje się, że oto przed nami następuje ruina „Melodramatu”, który dostojnie zamienia się w sceniczny gruz - następuje scena finałowa. Anna Ilczuk i Jej monolog. Mówi kobietą, która jest na zakręcie. Stoi w obliczu decyzji o odejściu. Tam, gdzie nikt nie będzie jej szarpać, gdzie do dzieci będzie się mówić, a noc będzie do spania a nie czekania czy i kiedy wróci tata. Mówi przejmująco. Jest w tym monologu poruszająco prawdziwa. Słucha się go całym sobą. O wątpliwościach. Strachu przed nowym życiem, w którym wszystkie decyzje trzeba będzie podejmować samej. Obawie, czy starczy na wszystko pieniędzy. Czy jednak nie lepiej przełknąć godność i zostać w tym, co jest. Mówi to z wielkim kamieniem na kolanach. Czekamy w napięciu, czy zdecyduje się ów głaz zrzucić. Wyzwolić się spod ciężaru trującego życie jej i jej dzieci. Czy rzuca? Jeśli wytrzymacie 155 minut - możecie dowiedzieć się tego sami. Weźcie poduszki. Takie jak do samolotów i nastawcie budziki na 21.30.
Moim zdaniem, gdyby wziąć solidne, ostre nożyczki. I wyciąć nimi z „Melodramatu” godzinę. Stworzyć dwa akty- jeden 55 a drugi 45 minutowy. Dać dziesięć minut antraktu na kawę i szarlotkę. Byłoby to świetne widowisko. Ale - nie jest.
obsada
Karolina Adamczyk - Krystyna, Śląska, Kuba, Narratorka
Michał Czachor - Has, Narrator, Krystyna, Artysta
Anna Ilczuk - Krystyna, Kuba, Landlorka
Andrzej Klak - Holoubek, Krystyna, Kuba, Teściowa, Janek
Karolina Kraczkowska (gościnnie) – Kuba, Babcia, Choreografka
Julian Świeżewski - Jahoda, Krystyna, Dr Kac, Dziadek, Kuba, Przyjaciel
twórczynie i twórcy
reżyseria – Anna Smolar
scenariusz – Anna Smolar
wiersze – Natalia Fiedorczuk
monologi i dialogi – Karolina Adamczyk, Michał Czachor, Anna Ilczuk, Andrzej Kłak, Anna Smolar, Julian Świeżewski
scenografia i kostiumy – Anna Met
choreografia – Karolina Kraczkowska
muzyka – Enchanted Hunters (Magdalena Gajdzica, Małgorzata Penkalla)
światła – Monika Stolarska
asystentka reżyserki – Marta Szlasa-Rokicka
asystentka scenografki – Zofia Ratasiewicz
inspicjent - Zuzanna Rucińska



Komentarze
Prześlij komentarz