Variacje chopinowskie

Koniec sierpnia i początek września to, w moim życiu, od kilku lat miła tradycja pocenia się niemiłosiernie w eleganckim ubraniu podczas koncertów festiwalu Chopin i jego Europa. Lubię ten czas. Czas wyciszenia, pogodzenia się z końcem lata w takt chopinowskich nut. Około chopinowskie też są fajne. 


W tym roku Festiwal obchodzi 20 urodziny. Z tego powodu dokonano zmiany. Wydłużono to tak, że od 17 sierpnia do 8 września melomani mogli biegać między salami Filharmonii a Studiem im. Lutosławskiego ile tylko pary mieli w nogach. Czy biegali? To już inna sprawa i dyskusja nad repertuarem „Chopina”. Tegoroczny - to moje prywatne zdanie - mnie nie zauroczył tak jak ubiegłoroczne koncerty. Z litanii wykonawców wybrałem jedynie sześć modlitw do Boga Muzyki. I - niestety, co także jest moim subiektywnym punktem widzenia - nie wszystkich modlitw  ów Bóg wysłuchał. Nie wiem, czy nie było to o tydzień za długo i Bóg Muzyki przełączył się na Rolling Stones. 


Nie ma sensu, mając tak znikomą próbkę festiwalowych atrakcji, dokonywać jakiejś listy tego, co marne a co wielkie. Napisać mogę jedynie, że szesnastoletnia Sophia Liu, którą w Montrealu uczy Dang Thai Son, jest dla mnie absolutnym objawieniem. Tak, jak w ubiegłym roku osiemnastoletni wtedy Kevin Chen. Ona nie gra. Ona płynie z instrumentem. A słuchacze razem z Nią ruszają w podróż poprzez dźwięki. Coś wspaniałego. Z niecierpliwością czekam na kolejny Konkurs, bo wierzę, że pani Sandra w nim wystartuje. Podobnie jak pan Kevin zresztą. Oboje byliby gwarantami wielkich emocji i wspaniałych doznań. 


I tyle. Proszę nie pytać „A widziałeś…?”, bo albo widziałem i tyle, albo nie widziałem i też szlus. Dodam tylko nieśmiałą uwagę po koncercie Lukasa Geniušasa: Chopin żył w wieku XIX. Jego Europa nie znała wieku XX. Nie można mylić tego festiwalu z Warszawską Jesienią Muzyczną. Nawet jeśli brakuje pomysłu na kolejne interpretacje znanych przecież od zawsze utworów. 


Słowo należy się słuchaczom. Zmienili się. Widać, że w spółkach Skarbu Państwa, z których kilka sponsoruje Festiwal, doszło do zmiany warty. Na podstawie umów sponsorskich przyznawane są przecież bilety. I one potem trafiają do pracowników. W ubiegłym roku byli to ludzie już jako tako ukształtowani. Nie klaskano po poszczególnych częściach jednego utworu, nie ciumkano krówek na widowni, nie piszczały AppleWatche informacjami ze czas zrobić wieczorną kupę. No i nie rozmawiano w czasie koncertów, nie wydawano z siebie szympansiego wycia w ramach owacji. Nie wychodzono w trakcie, łupiąc krzesełkami jak jaskiniowcy w ścianę. Nowyje Polskije - można rzec, parafrazując pewne rosyjskie określenie. Może się nauczą. Albo - co chyba nawet lepsze - za rok nie pójdą. 


I tym miłym akcentem żegnam festiwal „Chopin i jego Europa”. Do kolejnego spotkania. 




Komentarze

Popularne posty