Trochę mam Feblik…
Scena Studio Teatru Narodowego, wieczór poprzedzający rocznicę odejścia Mistrza. Jak przekornie zbiegają się nici Losu, że właśnie w ten wieczór, właśnie przed tą nocą co dla niego ostatnią - wybrałem się zobaczyć „Feblik”. Gdyby Mistrz mógł powstać z ziemi, zapewne mimo wszystko ziemi tam, w Jeziorach, siedziałby i patrzył z zadowoleniem zerkając na boki. A nie mówiłem - szeptałby zastygłej w nie bardzo wiedzieć czym widowni.
To jest spektakl jak z najlepszych snów Witkacego. Podszyty Wyspiańskim i Chwistkiem, niczym zimowy kożuch Kasiuli. Wszystko w nim jest. Przyjemnie zatopić się i po prostu odpłynąć w świat baśniowej osady na przednówku, w której Pleban tnie powietrze siekierą, bo tak zamarzło a Cyganie Zamek stawiają dla uciechy i chuci. Tu, gdzie Babka topnieje i korzenie zapuszcza a Mela feblik ma taki malutki, że Lekarka waha się czy szyć, czy jeszcze można pośladem wysmarować i moczyć. Wspaniały tekst! Co za tekst! Niespotykany, moim zdaniem, we współczesnym teatrze. Szybujemy do najlepszych lat polskiej sceny symbolicznej i formistycznej.
Nie jest „Feblik” łatwy i mainstream może uznać go za niezrozumiały. Słusznie. Bo to teatr oderwany od współczesności. Nierzeczywisty, baśniowy. Zło, czające się na Przednówku jest jak czarnoksiężnik, który zalewa świat smutkiem. A to Zło buch, huk i wziuu- kolejnych mężczyzn. I nawet Wielebny Pleban niewiele już na nie może. Nie będę opisywać fabuły. Jest za piękna aby ją spłycać sprawozdaniem. Za ulotna żeby odpowiadać na pytanie „no i jak?”.
Często powtarzam, że spektakl, aby odniósł sukces, musi być dziełem sprawnej grupy Artystów. Dramaturga, który dostarczy jedyny w swoim rodzaju tekst. Reżysera, co weźmie ów tekst i zobaczy w wyobraźni zarys spektaklu na jego fundamencie. Scenografa, kostiumologa, mistrza oświetlenia. Ci stworzą mu warunki do życia. A to życie dają spektaklowi Aktorzy. Dla mnie - zazwyczaj - najważniejszym z tej grupy jest reżyser. Bez jego wizji nic się na scenie nie urodzi. Ale to nie znaczy, że widowisko tej miary, co „Feblik” jest możliwe bez pozostałych osobistości teatralnych. Nie jest.
Napisała Małgorzata Maciejewska. Reżyseruje Lena Frankiewicz. I proponuje widzom wyprawę wprost w paszczę ludowej baśni. Pachnącej świeżo rozmiękła po mrozach ziemią, świerkowymi szczapami, kurzym łajnem i dymem z komina. Świat tej baśni tworzy fantastycznie Barbara Hanicka, której scenografia jest zwyczajnie doskonała. I ten sam przymiotnik należy się kostiumom, których autorem jest Michał Dracz. Dopracowane do każdego szczegółu. A postać Wanulissa? Panie Michale. Jakie ja mam szczęście w życiu. Siedziałem w pierwszym rzędzie i mogłem podziwiać każdy szczegół tego niesamowitego kostiumu. Nie ma „Feblika” bez zaskakującej, nie napiszę jakiej bo Państwo nie uwierzą, muzyki. Jej Autor, Miłosz Pękala zbudował dźwiękiem oszałamiające tło, a może proscenium tej historii. Gdy dołożymy do tego swietnie dopasowane i zachwycająco efektowne gry świateł, za które odpowiada Aleksandr Prowaliński, choreografię, która jest tu bardzo mocnym punktem, a stworzyła ją Agnieszka Kryst oraz umiejętnie w tym wszystkim znalezione miejsce dla projekcji video Mateusza Zielińskiego to… No właśnie. Mamy już „Feblik”?
Ależ skąd! Przecież to dopiero przestrzeń. Środowisko, które formą i treścią muszą wypełnić Aktorzy. I wypełniają! Ale jak! Prowadzi spektakl Elżbieta Zajko. Jej Mania to główna postać, wokół której dzieją się baśniowe sprawy i sprawki. Po części narratorka, po części uczestniczka, po części spiritus movens spektaklu. Jakże Ona to robi! Jak można mieć aż tak podzieloną uwagę, między skomplikowane interpretacyjnie kwestie, popisy gimnastyczne i śpiew? To, co pani Elżbieta wyprawia na scenie to majstersztyk. Nie zmienia tonacji. Nie zająknie się ani na moment gdy wisząc głową w dół wygłasza najważniejsze dla fabuły spektaklu monologi. Śpiewa głosem cichym, który po chwili przeskakuje w niemal dziki śpiew wiejskiego chóru. Zastanawiam się, jak długo aktor musi się po takim spektaklu zbierać i wracać do sił.
Ale w „Febliku” jest jedna postać zupełnie z innej planety. Pojawia się rzadko. Jest mocno zapisaną, ale drugoplanową. No dobrze. Tylko tu gra Anna Chodakowska! Jej Ladzia to… no to po prostu trzeba zobaczyć. Każde pojawienie się Anny Chodakowskiej na scenie się zapamiętuje. Każde jest po coś. I każde jest zagrane w punkt. Świetny jest Robert Jarociński w demonicznej roli Wonulissa. Podobnie Piotr Grabowski (Pleban), Paweł Tołwiński (Ojciec) czy Magdalena Warzecha (Doktorka) W zasadzie można wymienić wszystkich Aktorów „Feblika”. Każdy ma pomysł na swoją rolę. Każdy jest „jakiś”. Ten spektakl jest dopracowany jak szwajcarski zegarek.
Już napomykałem o tym. „Feblik” nie jest łatwy. Jest niebywały. Czy znajdzie w Warszawie wierną publiczność? Boję się. Boję się, że w świecie tych, co na wystawę dzieł Witkacego poszli robić selfiacze, może mu widzów zabraknąć. Nic to. Niech się zejdą marzyciele. Niech przychodzą miłośnicy Myśliwskiego, Wiecherta i Mrożka. I niech odcumują od brzegu realności. To jest coś specjalnie dla nich.
Cieszę się, że mogłem „Feblik” zobaczyć. Bo na taki spektakl czekałem od lat. I wiem konkretnie od ilu. Było to w grudniu 1987 roku. „Bezimienne dzieło” Stanisława Ignacego Witkiewicza. Przedstawienie dyplomowe studentów IV roku Wydziału Aktorskiego PWST w Warszawie. Reżyserował Jan Englert. Scenografia Jadwigi Jarosiewicz. Teatr Polski w Warszawie. Trochę się naczekałem. Ale „Feblik” wynagrodził każdą chwilę tego czekania…
reżyseria: Lena Frankiewicz
dramaturgia: Małgorzata Maciejewska
scenografia: Barbara Hanicka
kostiumy: Michał Dracz
muzyka: Miłosz Pękala
choreografia: Agnieszka Kryst
reżyseria światła: Aleksandr Prowaliński
projekcje wideo: Mateusz Zieliński
Obsada
Elżbieta Zajko - Mania
Barbara Fudalej - Babka
Anna Grycewicz - Matka
Joanna Gryga - Bartkowa
Magdalena Warzecha - Doktorka
Anna Chodakowska - Ladzia
Aleksandra Sroka - Kasiula
Paweł Tołwiński - Ojciec
Piotr Grabowski - Pleban
Robert Jarociński - Wanuliss, Ostępowy
Hubert Łapacz - Tomek



Komentarze
Prześlij komentarz