Niemyte Narkotyki
Aktor powinien rozumieć to, co przekazuje widzom. Osiąganie tego, moim zdaniem, jest działaniem złożonym, wykraczającym poza ramy wczytania się w utwór literacki i szukania w nim recepty na rolę. Wymaga znajomości kontekstu, okoliczności powstania tekstu. Można oczywiście, a nawet trzeba odczytywać literaturę na nowo. Osadzać ją w światach widzów współczesnych granym spektaklom. Jednak bez wykonania pracy nad tekstem, poznania jego genezy, intelektualnych korzeni - powstaje spektakl pusty i powierzchowny. Jest jak sanki, które ślizgają się po zmarzniętym śniegu Krupówek, ale głębiej niż śnieg nie dosięgają. A sztuka powinna zazgrzytać w głowie. Zarysować umysł widza, jak ostra płoza sanek ziemię pod tym śniegiem, zostawiając szramę - swój ślad w pamięci. Tego zupełnie nie ma w monodramie Sebastiana Fabijańskiego „Niemyte Dusze/Narkotyki”, który pojawił się w ramach Teatru Klasyki Polskiej na scenie Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego. Reżyseruje go Anna Kękuś.
Na początek tytuł. Skoro Aktor przez dziewięćdziesiąt pięć procent czasu spędzonego na scenie sięga do tekstu „Narkotyków” i one stanowią dominantę monodramu, to dlaczego nazywa się to „Niemyte Dusze/Narkotyki”, a nie na odwrót? Zapewne nieuwaga. Nie pierwsza i nie ostatnia w tym spektaklu. Idąc dalej szlakiem pytań, które mi się nasunęły: Dlaczego Aktor za każdym razem wykrzykuje nazwisko Ernsta Kretschmera, zamiast je po prostu wypowiedzieć? Czemu ten zabieg ma służyć, ponad wzbudzenie obawy, że Fabijański kompletnie nie rozumie co można przeczytać w „Narkotykach” i „Niemytych Duszach”, a co Kretschmer opisał w „Kōrperbau und Charakter”. Czyli w monografii, na którą Witkacy się w obu swoich utworach powołuje. Zresztą Bogiem a prawdą z „Niemytych Dusz” wzięto jedynie dwa wierszyki o synku schizoidzie i synku pykniku. Reszta witkacowskich opisów teorii Kretschmera to zdania z „Narkotyków”. Konkretnie z rozdziału o alkoholu. Czyli jedno wielkie uproszczenie. Po co dopisano „Niemyte Dusze” do spektaklu opartego o „Narkotyki”? - pozostanie słodką tajemnicą Twórców.
Oczywiście, tekst Witkacego można interpretować dowolnie. Mamy wolny kraj i nie takie rzeczy już w nim robiono. Tu przyjęto, moim zdaniem, wersję najprostszą. Fabijański odgrywa po kolei uzależnionego od nikotyny, pijanego, kokainistę i morfinistę. Pożeracza peyotlu nie. Nie wiem dlaczego, bo o hiper narkotyku opowiada. Nie ma też w ogóle części o eterze, która w „Narkotykach” jest i, podobnie jak pozostałe rozdziały, napisana została w porywającym stylu. Tego ostatniego zresztą nie udało się, moim zdaniem, przenieść do monodramu. Na zakończenie sięga - już mocno po łebkach do appendixu „Narkotyków” i próbuje być zabawny gimnastykując się oraz opowiadając o ludzkich zapachach. Nie jest zabawny.
Witkacy napisał „Narkotyki” po coś. Były w pewnym sensie kijem wsadzanym w mrowisko, w innym „puszeniem się” wobec tłumu poszukiwaczy odskoczni od życia. Wykładem narko-księcia dla maluczkich. Pokazaniem im miejsca w szeregu, windowaniem istoty artysty na niedostępny dla nich piedestał. Ale „Narkotyki” mają przecież także wspaniałą psychologiczną podszewkę! Czyta się je niemal czując ból i przeżywając stany upojne i odstawienne wraz z Autorem. Nie zastąpią tego kilkukrotnie powtarzane głosem drużynowego w harcówce przestrogi, że palenie, picie, wąchanie i kłucie są - drodzy Druhowie - marne. No ewentualnie, jeśli już naprawdę musicie, to ten peyotl. Witkacy nie był tak płytki. Jego tekst spiętrza się, narastają w nim emocje. Krzyczy. Ale nie po to aby w durny sposób wykrzyczeć nazwisko Kretschmera, słowo „kurwa”, czy pytanie „Co to jest?”, odnoszące się do obrazka na interaktywnej tablicy za plecami Aktora. Moim zdaniem nie udało się Twórcom odnaleźć esencji „Narkotyków”, a duszy „Niemytych Dusz” nie było w ogóle. Nie udało się istoty tych tekstów przenieść na scenę.
Sebastian Fabijański jest aktorem dyplomowanym. Tak przeczytałem w Jego biografii. Dlaczego zatem stosuje przedziwne maniery, budzące daleko idące wątpliwości? Iloczas w języku polskim zanikł podobno w XVI wieku. Nie znam współczesnej zasady, która nakazuje mówić „deeepresja” zamiast „depresja”, czy „prooowadzi” zamiast „prowadzi”. Nie ma również słów „stao” czy „podobee”. Są natomiast „stało” i „podobne”. Warto też przypomnieć sobie, na którą sylabę w tymże języku polskim przypada akcent.
Rozpisałem się. Echh. A pisząc z przyjemnością sięgnąłem do dawno odłożonego na półkę tekstu „Narkotyków” Witkacego. Znowu mnie zachwycił. Jest piękny. Skrzy się błyskotliwym stylem. Niesie treści. Emocje. Czyta się go jednym tchem. W zasadzie mogę być Annie Kękuś i Sebastianowi Fabijańskiemu wdzięczny. Monodram ich jest, moim zdaniem, płaski i płytki. Ale dzięki niemu wróciłem do znakomitej lektury, czyli do tekstu źródłowego.
Zachęcam Państwa do tego, aby mówić teatrom, w których bywacie: sprawdzam! Nie zgadzam się na to, aby niesmaczna sztuka w dwóch aktach z epilogiem stawała się jednoaktówką, bez oddania istoty założeń autora. Nie podoba mi się robienie gawędy druha drużynowego z dwóch znakomitych tekstów, stanowiących ważne punkty w twórczości genialnego multi artysty. Przecież w ten sposób przekazuje się współczesnym widzom teatralnym zakrzywiony obraz polskiej literatury. Przedstawia ją w formie uproszczonej i okrojonej. Moim zdaniem zasługujemy na więcej, niż na - jak to się kiedyś mówiło, „bryk”.
Reżyser: Anna Kękuś
Każdy: Sebastian Fabijański



Proszę Pana, trudno oczekiwać od tej rezyserki i od Pana Fabijanskiego czegoś na przyklad na miarę Mszy za miasto Arras. Wiadomo było od razu czego się spodziewać. Nie ma sensu się tak oburzac.
OdpowiedzUsuńPozwolę się z tym nie zgodzić. Mamy prawo oczekiwać od teatrów jakości. Nie tylko w imię naszych gustów ale także w imię poszanowania wartości polskiej kultury. Ten monodram był niedobry. I może nie tyle mnie oburzył, ile wytykam mu wiele mankamentów. Bardzo chciałbym zobaczyć „Narkotyki” w pełnej swojej krasie na scenie. Pozdrawiam serdecznie Jacek Mroczek Teatr Varia
Usuń