"Komediant" przez duże K w teatrze przez duże N
To podobno sztuka jednego aktora. Naprawdę? Ja lubię iść pod prąd. Nie interesuje mnie pływanie w ciepełku mainstreamu. Dlatego na „Komedianta” w Teatrze Narodowym popatrzyłem po swojemu.
Oddajmy na początku królowi, co królewskie. Jerzy Radziwiłłowicz w tytułowej roli Komedianta, aktora Bruscona, jest wielki. Ale czy Radziwiłłowicz kiedykolwiek wielkim nie był? U Andrzeja Wajdy w „Człowiekach”? A może w Ferdydurke Macieja Wojtyszki? A w „Tartuffe…” Jacquesa Lasalle’a i Anny Smolar? Przecież nie będę się wygłupiać i wymieniać listy genialnych ról genialnego aktora! To zwyczajnie śmieszne i niepotrzebne. Jerzy Radziwiłłowicz zagrał Bruscona oczywiście - genialnie. Oddał wszystko to, co w aktorstwie odróżnia diament od węgla. Gdy mówi - nie śmiemy nawet zakasłać zaciśniętymi gardłami. Gdy milczy - przykuwa uwagę tak samo, jak w swoich wypowiadanych kwestiach. Po prostu owacja na stojąco Mistrzowi Radziwiłłowiczowi się należała, jak rzadko komu, i była. Idąc na „Komedianta” wiedziałem, że zobaczę aktorstwo, o jakie coraz dzisiaj trudniej. I takie zobaczyłem. Byłbym niezmiernie zdziwionym , gdyby stało się inaczej.
Czy jednak Bruscon Radziwiłłowicza byłby tak znakomity bez układu odniesienia? A zbudowanie tego ostatniego to dopiero zadanie! Oczywiście - wydawać się może, że najprościej byłoby zatrudnić po prostu złych aktorów i szlus. Mistrz zagra jak mistrz, a oni odbębnią swoje. Nic bardziej mylnego, paskudnego i powierzchownego. Postaci drugoplanowe w „Komediancie” Thomasa Bernharda są niezmiernie ważne, wręcz kluczowe dla powodzenia tego spektaklu. Na nich opiera się, jak na fundamencie, główna rola i cała ta sztuka. Bez ich wyrazistych sylwetek nic udać się by nie mogło. I sukces „Komedianta” w Narodowym to właśnie te postaci.
W przerwie usłyszałem w foyer zdanie: „Ten młody wyszedł, w zasadzie nic nie powiedział ale zagrał tak, że trudno zapomnieć”. To było o Hubercie Łapaczu, czyli Ferruccio, synu Bruscona. Rzeczywiście. To jest zagrane wprost urzekająco. Tekstu - prawie wcale. Ale każdy ruch, gest tworzą postać zahukanego i zdominowanego przez ojca młodego człowieka. Czy ma talent? Czy jest Ferruccio aktorem? To w spektaklu wyraźnie nie zostaje powiedziane. Ale Hubert Łapacz jest aktorem w całej okazałości. Dialog Ferruccia z Brusconem w drugim akcie - znakomity.
Bardzo trudna rola przypadła Zuzannie Saporznikow. Niewiele tekstu, w zasadzie dużo do zrobienia, a pozornie niewiele okazji. Sara, córka Bruscona to w jej kreacji pozbawiona emocji, zbuntowana wewnętrznie ale zarazem uzależniona od ojca, dorosła już kobieta. Zastygła twarz, oczy patrzące w nicość. Odzywa się niewiele. Ale to jest to. Z postaci Sary bije cały ogrom nieszczęścia córki zdominowanej i zniszczonej przez rodzica. Oddanie postaci bezwolnej, zrezygnowanej, przyjmującej życie na zasadzie całkowitej wobec jego wyroków uległości, pokazanie tego bez jednego grymasu na twarzy - to jest sztuka. I tak Zuzanna Saporznikow to zagrała. Oczywiście nie zapominam o scenie z językiem. Świetnej. Sam w domu spróbowałem wysunąć język tak, jak Pani Zuzanna to robiła. Jeszcze mnie boli.
Żonę Bruscona gra Aleksandra Justa. Jest jej mało. Za mało. Ale scena, gdy Bruscon instruuje rodzinę, jak zagrana zostanie jego komedia i „poprawia” charakteryzację żony, przygotowanej do odtworzenia postaci Marii Curie - bardzo dobra. Smutna, przytłoczona, zrezygnowana - taka jest pani Bruscon i Aleksandra Justa jest w tej roli prawdziwie prawdziwa.
„Komediant” opowiada o rodzinnym zespole aktorskim. Krążą po niewielkich miejscowościach i wystawiają sztukę autorstwa głowy rodziny, uważającego siebie za równego Szekspirowi. Aktora i autora w jednej osobie. Megaloman, mitoman, mizantrop przytłacza bliskich i zmusza do wykonywania swoich scenicznych założeń bez inwencji własnej, bez odstępstwa od nakazu i bez słowa pochwały. W tym aspekcie spektakl „czyta się” jako dyskusję o przemocy w teatrze. Ilu Brusconów krąży po polskich scenach i kulisach? Ilu po zagranicznych? Czy talent daje prawo do autorytaryzmu? Czy autorytaryzm daje prawo do wymagania całkowitej podległości? Gdzie kończy się teatr, rodzina a gdzie zaczyna tyrania? Oto pytania, jakie tekst Bernharda przynosi współczesnemu widzowi teatralnemu. I teatrowi, jako takiemu.
Znakomity, aktualny tekst. Wracajmy do niego. Przygotowania do wystawienia komedii Bruscona trwają, ma się to wszystko odbyć w wiejskiej gospodzie, której właściciel na poły oszołomiony, na poły zdominowany agresywną osobowością aktora, z rezygnacją przyjmuje kolejne jego polecenia. W tej roli sympatyczny Arkadiusz Janiczek a partneruje mu, jako małżonka-gospodyni, Kinga Ilgner. Nie można o tej roli zapomnieć z jednego powodu. Patos i tyranię rezerwuje Bruscon. Depresyjna uległość to nisza jego rodziny. Wycofanie przypada gospodarzowi. Gospodyni, czyli właśnie Kinga Ilgner, jest inna. To jedyna postać w tym spektaklu, na której twarzy pojawia się życzliwy uśmiech. W świecie dominacji, tyranii i psychicznej przemocy ten uśmiech ma działanie piorunujące i bardzo ważne.
Cóż tu więcej dodawać, ujmować i przelewać w słowa. W Teatrze Narodowym dobry i aktualny spektakl o przemocy psychicznej, której nie usprawiedliwia ani talent, ani ołtarz sztuki. Warto go zobaczyć. Nie tylko dla Jerzego Radziwiłłowicza. Dla całego, znakomitego zespołu Aktorów na scenie.
reżyseria: Andrzej Domalik
scenografia, kostiumy: Jagna Janicka
muzyka: Mateusz Dębski
reżyseria światła: Karolina Gębska
Bruscon, komediant: Jerzy Radziwiłłowicz
Pani Bruscon, komediantka: Aleksandra Justa
Sara, córka państwa Bruscon: Zuzanna Saporznikow
Ferruccio, syn państwa Bruscon: Hubert Łapacz
Właściciel gospody: Arkadiusz Janiczek
Żona właściciela gospody: Kinga Ilgner



Komentarze
Prześlij komentarz