Sonata wirtuozów

„Sonata jesienna” w Narodowym została sprowadzona do niezbędnej esencji. Wypadły z niej, w stosunku do filmu Bergmana, niektóre postaci. To dobrze. Ta esencja jest jak mokka. Dławi smakiem. Nie daje spokoju. Wciąga. 


Dramat, jakich w zasadzie wiele w historii filmu i teatru. Rozliczenia matki i córki. Spór o stracone w mniemaniu dziecka, a z perspektywy rodzica zupełnie udane - dzieciństwo. Nienawiść i żal, które skrywane przez lata urastają jak pokład lawy. I wreszcie dochodzi do erupcji. Wyzwolenia niszczycielskiej energii. Wszystko zamienia się w zgliszcza. 


Tak dzieje się na Scenie Studio Teatru Narodowego. Allegro zwiastuje kłopoty. Bergman to mistrz napięć niewidzialnych a plastycznych. Zawieszonych w przestrzeni i do bólu realnych. Tu jest tak samo. Radość córki z przyjazdu matki. Refleksyjny, choć życzliwy mąż owej córki. A wszystko jak na pejzażu, gdzie tłem są potężne, wypiętrzające się w oddali, burzowe chmury. Allegro con amore kończy się gwałtownie. Trzask tłuczonego szkła w gwałtownym zakończeniu sceny kolacji -  łamie ów mit wesela i radości. Zbliżamy się do wybuchu. 


Adagio i menuet zlewają się ze sobą. Wolne tempo? Gracja? W „Sonacie jesiennej” jest inaczej. Wspaniała, trzymająca w napięciu i znakomicie zagrana scena nocnej rozmowy Charlotty (Danuta Stenka) i Ewy (Zuzanna Saporznikow). Na dzielący matkę i córkę stół, jak krew na stół operacyjny bryzgają oskarżenia. Spadają ciężkie od łez wspomnienia, traumy, animozje. Wreszcie uwalnia się nienawiść. Oglądamy to z zapartym tchem. Dawno nie widziałem publiczności w takim skupieniu. I wtedy, gdy wszystko jest już powiedziane, rozlane i zniszczone - znowu allegro. Wspaniale spinający klamrą „Sonatę" Wiktor (Jan Englert). Dość powiedzieć że „Sonata Jesienna”, w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, na Scenie Studio Teatru Narodowego, to uczta. Dla oka, serca i umysłu. Cóż dodać?


Nie można przejść obojętnie obok scenografii i oświetlenia w spektaklu. Praca Mirka Kaczmarka jest po prostu genialna. Jaka to radość uczestniczyć w tej klasy wydarzeniu. Zobaczyć, jak można zaczarować publiczność umiejętną grą oszczędnej scenografii i wspaniale zaplanowanych zmian oświetlenia sceny. Patrzyłem na to zauroczony, dziękując Losowi że zrezygnowałem z szukania biletu w pierwszym rzędzie. Uwielbiam patrzyć na teatr z bliska, jednak w „Sonacie Jesiennej”, właśnie dzięki mistrzostwu światła - perspektywa jest moim zdaniem konieczna. 


Ale nie byłbym sobą. Łyżeczka - taka łyżeczka z serwisu kawowego - dziegciu. Znów kino w teatrze. Tym razem te kinowe ekrany, moim zdaniem, nieuzasadnione. Charlotta w finałowej scenie równie dobrze wypadłaby w snopie punktowego światła. Ale - to właśnie ten porywający urok, szał teatru. Ileż on daje możliwości, wizji. Jak rozbudza wyobraźnię… 


reżyseria: Grzegorz Wiśniewski 

scenografia, kostiumy, światło: Mirek Kaczmarek

muzyka: Agnieszka Stulgińska 


Obsada: 

Charlotta: Danuta Stenka

Ewa: Zuzanna Saporznikow

Wiktor: Jan Englert




Komentarze

Popularne posty