Cieniutka linia

Uwaga! W tekście pojawiają się słowa wulgarne. Ale skoro pan Wyrypajew z upodobaniem wkłada je w usta aktorom - nie mogę ich uniknąć opowiadając o spektaklu. 


Teatr Polonia wziął - świadomie, czy nie - udział w modnej ostatnio akcji wspominania tego, co dotykało nas dziesięć lat temu. Bring Back 2016 to zdjęcia, memy, bon moty - wszystko co przed dekadą siedziało w głowach. Moda opanowała media społecznościowe pod koniec ubiegłego i na początku bieżącego roku. A „Słoneczna linia” to przecież spektakl właśnie z 2016. Reżyseruje Iwan Wyrypajew. 


Już po pierwszych minutach zorientowałem się, że w Polonii okres między 2016 a 2026 to przepaść. Bo ustawienie „Słonecznej linii” obok fenomenalnego „Żaru”, jednej z najlepszych inscenizacji „Matki” Witkacego, jaką miałem okazję widzieć, czy brawurowej „Sztuki wywiadu” byłoby profanacją. Teatr Krystyny Jandy przeszedł ewolucję. Gdy zajrzałem do spektakli w repertuarze odniosłem wrażenie, że zaczęła się koło 2020 roku. Wraz z pandemią Polonia spoważniała. Pojawiły się tu widowiska ważne. A w 2025 roku wręcz wyjątkowe. 


Fascynujące to. Teatr komercyjny, który przecież musi dbać o pełną widownię, a zarazem wybijający się w Warszawie lat ostatnich wysmakowanym, artystycznie wyrazistym repertuarem. „Słoneczna linia” w tym kontekście jest moim zdaniem przedstawieniem z innego okresu Polonii. Tego, który mówiąc szczerze odpuściłem. Nie były to spektakle mojej wrażliwości, czy poetyki. I nic się w tej kwestii przez lat dziesięć nie zmieniło. 


Na scenie dwie postaci. Małżeństwo z siedmioletnim  stażem, czyli Barbara (Magdalena Boczarska) i Werner (Borys Szyc). Po jedenastej „kurwie”, wypowiedzianej przez duet aktorski, przestałem je liczyć. Podobnie po dziesiątym „ja pierdolę” i nie wiem w jakim celu w kółko powtarzanym „o piątej nad ranem” w różnych konfiguracjach. Czy doprawdy widz Wyrypajewa to człowiek upośledzony, któremu w koko trzeba powtarzać, ze jest piąta rano? Odkładając bezsensowne przypominanie godziny, śmieszne  jest to w spektaklu o tyle że umieszczony dłonią Pani scenograf na scenie zegar stoi. I pokazuje wciąż tą samą 5.03. Czas się zatrzymał, a w szczelinie jego pauzy słuchamy „kurew”, „pierdoleń” i innych „gówien”. Powiem tak: Przeklinać w sztuce można, gdy się umie. Wtedy jest to finezja a nie przaśne grubiaństwo. Tu finezji nie znalazłem. W teatrze najgorsza jest dosłowność. Razi i przeszkadza w odbiorze. Prawdziwe widowisko to sztuka obudzenia wyobraźni. Nieopowiedzenia, które reżyser i aktor zbudowali a widz w lot chwyta i pojmuje. W „Słonecznej linii” jest dosłownie. Po prostu przez osiemdziesiąt minut oglądamy przewidywalną do bólu kłótnię małżeństwa. Oboje wrzeszczą. Lepiej i wyraźniej wychodzi to Borysowi Szycowi, w którego Wernerze widać to, co Szyc lubi i umie. Jest dezynwoltura, sarkazm, Jest humor. Magdalenie Boczarskiej idzie, moim zdaniem, znacznie gorzej. 


Kiedy oglądałem „Słoneczną linię” cieszyłem się jak dzieciak i z ulgą oddychałem. Bo przecież Wyrypajew mógł, zamiast swojego tekstu, sięgnąć po „Szaleństwo we dwoje” Eugène’a Ionesco. I zniszczyć swoim ciężkim jak miotane przekleństwa reżyserskim butem tamtą przepiękną, delikatną historię. O tym samym zresztą - dlatego ją pozwalam sobie przytoczyć. Miałem nawet wrażenie, że „Słoneczna linia” to zapis, jak mały Jaś sobie wyobraża „Szaleństwo we dwoje”. Także dwoje ludzi. Też znających się na wskroś i od lat stanowiących jedność. Też dialog i konflikt. Ale tak jak w Polonii lata 2016 i 2026 dzieli przepaść, tak tekst Wyrypajewa i dramat Ionesco są na dwóch brzegach oddzielonych rwącą rzeką. 


„Słonecznej linii” brakuje lekkości. Polotu. Czekamy na to niecierpliwie i z każdą kolejną „kurwą”, pędząca ze sceny, śmiejemy się coraz ciszej. To spektakl dla widzów mało wymagających od teatru. Takich, których w cyrku bawi klaun ciskający gumowym tortem w paszczę innego. Tu dostaną wleczenie kobiety po podłodze w akompaniamencie wrzasków, czy opowieść o obcinaniu głowy chomikowi. 


Jestem wielkim admiratorem Teatru Polonia. Do tej pory wracam w myślach do wspaniałych spektakli, które tu widziałem a kilka już wspomniałem. Jest jeszcze przecież wstrząsające „Pogo”, doskonałe „Życie pani Pomsel”, czy pozostający na długo „Na pierwszy rzut oka”. To zupełnie inna liga, inny rodzaj teatru. Jeśli ktoś z Państwa chce sprawdzić i poczuć na własnej skórze ewolucję Polonii, albo lubi humor ze świata Kiepskich - to „Słoneczna linia” będzie w sam raz. Ja przesiedziałem osiemdziesiąt minut w pełnej powadze a jedynym zabawnym momentem była epicka wyprawa pana z siódmego czy szóstego rzędu, który mniej więcej dziesięć minut po rozpoczęciu spektaklu ruszył w podróż do klopa. Siedział na samiuteńkim środeczku, dlatego widzowie z jego rzędu, niczym tulipany w deszczu, podnosili się by po chwili opaść na fotele. Kiedy myślałem, że zabawa skończona, pan po dość długim czasie powrócił i z uporem podążał znów na swoje miejsce. Bardzo mu dziękuję. Gdyby nie on - nie byłoby dla mnie niczego godnego uwagi. 


I właśnie to w teatrze jest najpiękniejsze. Subiektywność wrażeń, jakie dostarcza. Każdy widzi spektakl na swój sposób. Odbiera go jak chce. „Słoneczną linię” można stawiać tu za przykład wręcz idealny. Bo ja, szumnie zapowiadanego „pozytywnego rezultatu” w przedstawieniu Wyrypajewa nie zauważyłem i takiego nie osiągnąłem. 


Reżyseria: Iwan Wyrypajew

Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska

Scenografia: Anna Met

Kostiumy: Katarzyna Lewińska

Muzyka: Cazimir Liske

Konsultacja kaskaderska: Maciej Maciejewski

Asystent scenografa i kostiumologa: Małgorzata Domańska

Producent: Piotr Duda (WEDA Project)

Producent wykonawczy: Ewa Ratkowska

Asystenci reżysera: Agnieszka Baranowska i Ewa Ratkowska

Asystent producenta wykonawczego: Justyna Kowalska

Inspicjent: Rafał Rossa

Obsada:

Magdalena Boczarska, Borys Szyc






Komentarze

Popularne posty