Bardzo dobre fale

To był wieczór, który zacząłem się od nieufności, a skończyłem szczerym aplauzem. „Good Waves Only” w warszawskim Teatrze Ochoty. Tekst i reżyseria Aga Błaszczak i Paweł Bernadowski. Na scenie tylko pan Paweł. 


Skąd nieufność? Nie przepadam za ćwiczeniami gimnastycznymi, jak określam włączanie widzów w spektakl. Pouczanie ich, tajemnicze rytuały przygotowawcze i oczyszczające. Widz, na miłość boską, idzie do teatru przygotowany i oczyszczony. Chcę spotkania ze sztuką, a nie  traktowania niczym przedszkolaka z grupy Muchomorów i wymagania jakichś pozbawionych sensu aktywności. Tym razem Bernadowski poprosił wszystkich o zamknięcie oczu, głębokie oddechy i nasłuchiwanie. Moim zdaniem mogłoby się bez tego obejść, szczególnie że w sali Teatru Ochoty zawsze słychać to samo: wentylację i huczący reflektor. 


Ale potem zaczęło się to wszystko nagle znakomicie sklejać, składać i wciągać, jak niebezpieczne prądy Pacyfiku. Zostaliśmy zaproszeni do świata tak oryginalnego i tak pasjonującego, że zupełnie zapadłem w fale „Good Waves…”. Dźwięk. Jaki odbiera, jaki wytwarza najsamotniejsze stworzenie na świecie. Płetwal 52. Fascynujące zwierzę zostało zaobserwowane w latach 80 przez marynarkę USA. A raczej nie „zaobserwowane”, bo wieloryba tego nikt nigdy nie spotkał. Wojskowi namierzyli jedynie jego sygnał.


No, ale cóż w tym dziwnego i dlaczego Płetwal 52 jest taki samotny? Słusznie pytanie. Do końca nie można stwierdzić ile w tej historii jest medialnej otoczki a ile prawdy. Rzeczywiście jego krewniacy co do zasady porozumiewają się dźwiękami o częstotliwości na poziomie 10 - 40 Hz. On, wysyłając do nich wiadomości na częstotliwości 52 Hz (stąd przydomek) - może być dla nich zupełnie niezrozumiały. Jednak są badania wskazujące, że płetwale mogą słyszeć i przyjmować dźwięki o częstotliwościach wyższych, nawet do 100 Hz. Tylko jakie to ma znaczenie w teatrze? Zbudowana w „Good Waves Only” historia traktuje Płetwala 52 jako wyjście do rozważań. Na zupełnie już ludzkie tematy. Bo w tym spektaklu jest kalejdoskop spraw i tematów. Wydawać by się mogło, że za wiele, jak na osiemdziesiąt minut widowiska. Ale nie. Ani na moment widz nie odczuwa przesytu, przebodźcowania.


Poszukiwania dziwnego wieloryba stają się pasją bohatera monodramu. Prowadzi eksperymenty, z których część możemy obserwować na scenie. To, co dzieje się z nami gdy doświadczamy dźwięków z wachlarza odbieranych przez ludzkie ucho częstotliwości jest przeżyciem ciekawym. Ale arcyciekawym, dającym do myślenia, pobudzającym wyobraźnię jest proste doświadczenie z wodą poddaną działaniu dźwięków o różnej częstotliwości. Jej odpowiednio podświetlona tafla, którą widzowie spektaklu podziwiają w transmisji na dużym ekranie umieszczonym w tyle sceny, jest piękna. Gnie się w uporządkowane, zastanawiająco dla laika równe kształty. Przypomina starannie zaprojektowaną mozaikę. Zmienia się wraz ze zmianą częstotliwości emitowanych dźwięków. I wciąż stara się dostarczyć komunikat. Tylko jak go odebrać…


A to dopiero początek! Przecież „Good Waves Only” to nie zaprojektowana lekcja fizyki na potrzeby żądnych wiedzy licealistów. Wracamy do zagadnienia pierwotnego. Biedny Płetwal 52 wysyła swoje sygnały ale nikt go nie rozumie. Jeśli słyszy, to nie reaguje na komunikaty. I tu pojawia się człowiek. Ze swoim zupełnie przyzwoitym, na tle płetwali, zakresem częstotliwości odbieranych dźwięków. Od 20 do 20000 Hz. Sporo. A jednak - za mało. 


Spektakl skręca w zupełnie inną stronę. Nagle dominującym zagadnieniem staje się to, co - już się obawiałem - umknie Twórcom. W potoku doświadczeń i eksperymentów pozostał wątek na wskroś humanistyczny. Samotność wśród swoich. Niemożność nadania i odebrania komunikatu, który uczyniłby z odstającej od normy jednostki pełnoprawnego członka społeczności. Tu już nie było ani ciekawe, ani arcyciekawe. To było wzruszająco ważne. Słuchamy komunikatów o samotności. O marzeniu, w którym jest dom z drzwiami. Przez te drzwi będzie można przejść do świata zamieszkanego przez przyjaciół i znajomych. A jednak coś hamuje. Powoduje, że wśród dziarsko maszerującego społeczeństwa są ci, którzy ów marsz obserwują zza firanki. To jest świetnie, sugestywnie opowiedziane i przedstawione.


Poruszające historie ludzkie. Nastolatki, która została skazana na klasowy ostracyzm. Szuka pomocy, wstydzi się iść z tym do matki. Opowiada wszystko „świętemu obrazkowi”, który traktuje jak swoją prababcię. Nie znała jej. Miała ledwie dwa lata gdy tamta odeszła. Ale mówienie do obrazka, zrzucenie z siebie ciężaru gorzkiego doznania, pomaga. Prababcia staje się pomocą dla zagubionej, zalęknionej ludzkiej wrażliwości. Przepiękna, głęboko filozoficzna, zastanawiająco ludzka historia. Dalej marzenia o czymś tak zwyczajnym, że zaskakująco ważnym. Chłopak, który z domu wychodzi na rower wyłącznie w towarzystwie ojca, jego partnerki i małego dziecka. Patrzy z zazdrością na rówieśników. Podgląda ich sprawy, zachowania. Radości. Nie ma go w ich środowisku. Jest szklany. Niewidzialny. Marzy o tym, aby szkło przestało być szybą. 


Wreszcie finałowa scena, przynajmniej w moim odczuciu. Próba rozmowy telefonicznej z dziadkiem. Wnuk, który zapewne zaniedbywał sam te kontakty, próbuje się porozumieć. Opowiedzieć o swoich pasjach. Być zrozumianym, zaakceptowanym. Szuka nici porozumienia. W teraźniejszości. We wspomnieniach. Przerażająco prawdziwa jest ta scena. Uderzyła mnie prosto w serce. Tak. Mam do niej wiele osobistych wątków do dodania. Bo rozmowa się urywa. Nie została zawiązana choćby cieniutka niteczka upleciona ze słów. Wnuk stara się przebić przez mgłę starości, która pochłonęła i zabrała mu dziadka. Ten ostatni jest już daleko. Zanurzony w odrabianiu lekcji swojego przemijania - nie słucha. Nie jest zainteresowany rozmową. 


Paweł Bernadowski zagrał ten monodram perfekcyjnie. Stopniuje napięcie. Zaczyna z uśmiechem entuzjasty. Powoli, wprowadzając widzów w świat poszukiwań Płetwala 52, zaczyna budzić obawy o stan własnego szaleństwa. Potem znowu się zmienia. Z ducha sprawczego przechodzi na pozycję narratora. Wykorzystuje nagrane głosy postaci wołających o pomoc z piekła samotności. Wreszcie kończy apelem o ciszę. Czy w ciszy można czuć się bezpiecznie? Cisza nie ukoi ani myśli, ani pragnień. Potęguje stan samotności. Tu jednak spektakl się kończy. Urwany. Jak dziwne, niezrozumiałe sygnały wysyłane na niemożliwych do odebrania częstotliwościach. 


Teatr Ochoty ma świetny sezon. W repertuarze przedstawienia różnorodne, ambitne i przede wszystkim kreatywne. „Good Waves Only” to wysoko postawiona poprzeczka. Monodram, który zobaczyć warto. Zrozumieć? Tak. Aby to się jednak stało trzeba odłożyć analizowanie spektaklu pod względem formalnym, rozszczepianie go na czynniki pierwsze. Po prostu warto poddać się tym dobrym falom. I spróbować nadawania na tych samych częstotliwościach, co Twórcy „Good Waves Only”. 



Twórcy i twórczynie

Tekst i reżyseria: Aga Błaszczak, Paweł Bernadowski
Dramaturgia: Aga Błaszczak
Wykonanie: Paweł Bernadowski
Scenografia i kostiumy: Marta Kodeniec
Muzyka: Rafał Ryterski
Produkcja: Natalia Czekalska
Plakat: SamSara Małecka
Głosy:
Malwina Czekaj
Helena Czepiec
Jadwiga Domka
Maciej Kulmacz
Filip Pardyak




Komentarze

Popularne posty